Wiara jest zaufaniem temu, co do czego mam powód wierzyć, że jest prawdziwe. (J.P. Moreland)

Wiara religijna i zabobon są czymś całkowicie różnym. Drugie wypływa z lęku
i jest rodzajem fałszywej nauki. Pierwsze jest ufnością. (L. Wittgenstein)

W sytuacji niepewności poznawczej, w jakiej znajduje się człowiek odnośnie istnienia Boga, bardziej racjonalnym jest
- w świetle posiadanych racji za i przeciw - a także bardziej owocnym społecznie i egzystencjalnie (dla ludzkich zbiorowości,
jak i dla wzrostu moralno-duchowego jednostki) opowiedzieć się za Jego istnieniem i podjąć ryzyko wiary.
Wielkie, wiarygodne i ważkie aksjologicznie idee wymagają bardzo silnych racji, aby mogły zostać odrzucone.
Ateizm nie posiada silnych i spójnych racji podważających teizm (wiarę w osobowego Boga), jest też jednym z najsłabiej filozoficznie
uzasadnionych światopoglądów, tym samym opowiedzenie się za teizmem jawi się jako akt bardziej spójny intelektualnie
i właściwszy moralnie.
(przekonanie własne)

wtorek, 25 grudnia 2018

Autopsja człowieka z Całunu

Poniżej przytaczam fragment Wstępu i ostatni rozdział pt. Wnioski z pracy zbiorowej włoskich uczonych Autopsja człowieka z Całunu (2018), będącej medyczno-sądowym raportem/ekspertyzą wyników badań śladów widocznych na Całunie Turyńskim.

Autorami opracowania są:
Bruno Barberis - profesor fizyki matematycznej na Wydziale Matematyki Uniwersytetu w Turynie, obecny dyrektor Międzynarodowego Centrum Syndonologii (syndonologia to wyodrębniona dziedzina nauki, dotycząca interdyscyplinarnych badań nad Całunem - historia, archeologia, medycyna, botanika, ekspertyza materiałów, informatyka i komputerowa analiza zdjęć, historia sztuki);
Luigi Fabrizio Rodella - profesor anatomii człowieka na Wydziale Nauk Klinicznych i Eksperymentalnych Uniwersytetu w Brescii;
Giovanni Pierucci - emerytowany profesor medycyny sądowej Uniwersytetu w Pawii;
Mauro Labanca - profesor kontraktowy anatomii człowieka na Wydziale Nauk Klinicznych i Eksperymentalnych Uniwersytetu w Brescii;
Alessandra Majorana - profesor zwyczajna patologii stomatologicznej specjalnej na Wydziale Specjalizacji Medyczno-Chirurgicznych, Nauk Radiologicznych i Zdrowia Publicznego Uniwersytetu w Brescii;
Giampiero Farronato - profesor zwyczajny ortodoncji Wydziału Nauk Biomedycznych, Chirurgicznych i Stomatologicznych Uniwersytetu w Mediolanie;
Massimo Boccaletti - dziennikarz, freelancer


Fragment Wstępu:
W niniejszej książce zebrano i poddano krytycznej ocenie informacje dotyczące aspektów anatomicznych, medyczno-sądowych i anatomopatologicznych w odniesieniu do człowieka z Całunu oraz przedstawiono osobiste obserwacje autorów.
Choć w formie popularnonaukowej (i tak treść książki nie jest lekka, analizy są bardzo drobiazgowe i zaopatrzone w tabele wyjaśniające terminologię i systematykę miar antropometrycznych, co czytelnika niecierpliwego i oczekującego krótkich syntez może zmęczyć - przyp. autora bloga), przystępnej dla wszystkich czytelników, zastosowana tu metoda badania jest typową dla analizy anatomicznej i medyczno-sądowej, której poddano - zamiast zwłok - wizerunek utrwalony na płótnie Całunu. Podczas gdy ocena anatomiczna pozwoliła na dyskusję o danych antropometrycznych człowieka z Całunu, to badanie medyczno-sądowe umożliwiło sformułowanie hipotezy na temat przyczyn jego śmierci.
W pierwszej części książki (...) omówione są dane morfologiczne, antropologiczne i antropometryczne, zaś w obrębie zagadnień medyczno-sądowych obraz z Całunu zostaje przyrównany do typowego "diagramu anatomicznego", w medycynie sądowej zwykle użuwanego do opisu zranień cielesnych zarówno człowieka zmarłego, jak i żywego. 
W drugiej części opisano szczegóły różnych obszarów anatomicznych obrazu, rozważając po kolei aspekty morfologiczne i traumatologiczne (...).
Rozdział Wnioski:
Podsumowując, w świetle obiektywnej analizy obrazu z Całunu, jakie są do dyspozycji, potwierdzono i wskazano ex novo aspekty anatomiczne, antropologiczne i medyczno-sądowe, z których wyciągnąć można wnioski dotyczące człowieka z Całunu.
Niniejsze studium pokazało i potwierdziło, że badane płótno owijało zwłoki mężczyzny, który wcześniej doznał obrażeń dwojakiej natury:
1) wielokrotnych stłuczeń rozsianych na szerokim obszarze skóry, licznych zwłaszcza na twarzy, powstałych w wyniku działania ciał tępych oraz najprawdopodobniej po części na skutek upadków;
2) ran otwartych w wyniku działania narzędzi kłutych; raczej powierzchownych, ale licznych.
Śmierć nastąpiła wskutek ukrzyżowania, a więc procesów właściwych tej metodzie, takich jak: asfiksja (zakłócona dynamika oddychania właściwa dla ukrzyżowania) oraz wstrząs, także wielorakiej natury (ortostatyczny; hipowolemiczny, szczególnie krwotoczny; mikrozatorowy; bólowy itd.). Na człowieku z Całunu widoczne jest poważne obrażenie w postaci rany kłuto-ciętej z prawej strony piersi. Jej główne cechy wskazują na naturę pośmiertną tej rany, chociaż nie ostatecznie, gdyż można je interpretować ewentualnie ze wskazaniem na powstanie rany in limine vitae. W takim przypadku bezpośrednie jej konsekwencje mogłyby przyczynić się do zgonu jako "czynnik ostateczny" (masywny krwotok, uszkodzenie narządów wewnętrznych, zator powietrzny itd.). Interpretując pozycję różnych części ciała, zwłaszcza kończyn, unikać należy koncepcji "klinicznych", czyli stosowanych w odniesieniu do ludzi żywych, ale niemających zastosowania do zwłok. W przypadku martwego ciała zwiotczenie mięśni (natychmiastowe zjawisko tanatologiczne) likwiduje wcześniejszy skurcz mięśni, a następujące stężenie (zjawisko skutkowe) na długi czas utrwala strukturę mięśniową w takiej formie, w jakiej się znalazła po zwiotczeniu. Skądinąd pewne ustawienia (np. ręce i brak widoku kciuków) wydają się odzwierciedlać działania ze strony osób specjalnie do tego wyznaczonych i/lub krewnych przygotowujących ciało do złożenia w grobie.
Wnioski te porównać można z "historycznymi" opisami Ewangelii i tradycji chrześcijańskiej, ażeby zweryfikować ich zgodność. W porównaniu z ewangelicznym przekazem o męce Jezusa, obiektywne dane z Całunu okazują się całkowicie zgodne z informacjami o biciu, biczowaniu, nałożeniu korony z cierni, ukrzyżowaniu i uderzeniu włócznią w klatkę piersiową (zgodnie z wcześniejszymi uwagami co do kolejności chronologicznej).
Tak samo chrześcijańska tradycja dotycząca upadków pod ciężarem krzyża (a przynajmniej patibulum <pozioma belka - przyp. autora bloga>) w czasie wchodzenia na Golgotę zgadza się z zespołem stłuczeń twarzy i kolan. Obraz ran powstałych przy upadku sugeruje ewentualność wystąpienia niezwykle silnych uderzeń w klatkę piersiową wraz z deformacją w kierunku przednio-tylnym nawet całej klatki piersiowej. Wypływa z tego możliwość lub wręcz prawdopodobieństwo częściowego rozdarcia ściany aorty (w miejscu jej cieśni), które dopełniło się w całości w drugim momencie (dwuetapowe uszkodzenie) poprzez otwarcie otaczającej ją błony surowiczej, co zaskutkowało masywnym krwotokiem w jamach opłucnych (krwiak opłucnej) i bardzo szybką śmiercią w następstwie wstrząsu hipowolemicznego, krwotocznego. Jako, że dobrze znany jest charakterystyczny przeszywający ból towarzyszący rozdarciu błon surowiczych, przedstawiona rekonstrukcja okazuje się zgodna z przekazem Ewangelii o śmierci Jezusa: "zawołał donośnym głosem i oddał ducha" (Mt 27,50); "zawołał donośnym głosem" (Łk 23,46). W tym kontekście obiektywne dane wynikające z analizy Całunu harmonizują z pośmiertną naturą ciosu zadanego włócznią, o którym pisał Jan: "Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda" (J 19,33-34).
Niniejsze obiektywne wnioski prowadzą do uznania za niezwykle prawdopodobne, że w płótno Całunu owinięte było martwe ciało Jezusa z Nazaretu, postaci historycznej, o którego losach opowiadają nie tylko Ewangelie, ale także niektórzy rzymscy historycy z I w. Jednak sposób, w jaki na płótnie pojawiło odbicie Jego obrazu, pozostaje - i może na długo jeszcze pozostanie - jedną z nierozwikłanych tajemnic Całunu.
Autorzy w przyjętej metodzie postanowili zbadać Całun tylko pod kątem śladów zwłok na płótnie (anatomopatologicznym, morfologicznym i hematologicznym <podają również grupę krwi AB>), nie zajmując się tym, co należy do kompetencji specjalistów innych dziedzin (pyłki, ślady ziemi, rodzaj splotu materiału, datowanie wieku, trójwymiarowość obrazu itd.). Należy uznać to za pozytywne, w przeciwnym wypadku powstają bestsellery w rodzaju Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, pisarza beletrystycznego, który nagle stał się archeologiem, historykiem, specjalistą od języków starożytnych itd. Wiedzę całościową oraz dotyczącą wyników badań nad innymi aspektami Całunu przytaczają szeroko inne książki, których tytuły podaję w najstarszym poście na tym blogu, dotyczącym Całunu Turyńskiego, wraz ze wzmiankami o ich autorach. Tutaj chciałem podzielić się wnioskami z najnowszej książki dotyczącej badań nad Całunem. Treść książki, zgodnie z wcześniejszymi analizami innych autorów, nie pozostawia wątpliwości, że wizerunek na Płótnie nie jest obrazem-malowidłem naniesionym na niego w sposób sztuczny, artystyczny. Nawet jeśli ktoś chciałby przyjąć hipotezę płótna-falsyfikatu (co jest prawie niewykonalne w świetle wyników badań interdyscyplinarnych), musi uznać jednocześnie, że ewentualne fałszerstwo nie odbyło się przez namalowanie wizerunku ukrzyżowanej osoby, ale że w płótno rzeczywiście musiały być zawinięte zwłoki zmarłego krótką chwilę przed tym mężczyzny, którego śmierć nastąpiła poprzez zadanie takich samych ran, jakie pociągało za sobą rzymskie ukrzyżowanie (nie jest możliwe wywołanie owych śladów poprzez naniesienie, ani nie istniała taka wiedza anatomiczna w XIII i XIV wieku, której ewentualny fałszerz, wyprzedzający znacznie swoją epokę, musiałby być dodatkowo wybitnym znawcą). Trzeba też pamiętać, że ewentualna ofiara, której śmierć miała posłużyć fałszerzowi do stworzenia wizerunku, nie mogłaby umrzeć po prostu od jakiegoś ciosu czy uduszenia, a później zadano jej różnego typu rany dla upozorowania ewangelicznego Ukrzyżowania. Musiałaby ona być torturowana za życia w taki sposób, aby pozostawić ok. 120 ran od samego biczowania (prof. G. Fanti doliczył się 370 ran, a mówi o 600 możliwych), ok. 70 ran kłutych na głowie (od korony cierniowej), rany twarzy, deformację nosa, mocno obtarte krwawo ramię i plecy od niesienia patibulum itd. Przyczyna śmierci była złożona i składały się na nią, jak piszą autorzy: asfiksja (zakłócona dynamika oddychania właściwa dla ukrzyżowania) oraz wstrząs, także wielorakiej natury (ortostatyczny; hipowolemiczny, szczególnie krwotoczny; mikrozatorowy; bólowy itd.). Ewentualna ofiara fałszerza-geniusza (o skali geniuszu, który byłby konieczny do wytworzenia w tamtym czasie wizerunku choćby częściowo zbliżonego do Całunu, a którego nie udało się nikomu zadowalająco odtworzyć w czasach obecnych, pisze w osobnym rozdziale swojej książki Całun. Kwestia wciąż otwarta prof. Bruno Barberis, współautor także obecnych badań, które opisuję w tym poście) poza zniesieniem powyższych tortur, musiałaby więc umrzeć jeszcze w ten sposób*. Jak prawdopodobne jest to, że jakiś wybitny lekarz-geniusz z XIII-XIV wieku miałby dokonać tego rodzaju zbrodni, aby stworzyć wizerunek Ukrzyżowanego, który nie przyniesie mu ani pieniędzy, ani sławy (z definicji autor falsyfikatu musiał być anonimowy), do tego nie mając pewności, że będzie on przedmiotem czci w Kościele i zostanie uznany za autentyczny, pozostawiam czytelnikowi tej notki (i jednocześnie zachęcam do lektury chociaż jednej z książek całościowo przedstawiającej stan badań nad Całunem, co zilustruje w szerszej skali jak hipoteza fałszerza jest nieprawdopodobna).

*O przyczynie śmierci pisze też krótko w wywiadzie dla WP prof. Idzi Panic: - Na podstawie badań wiemy, że nastąpiło pęknięcie serca z powodu niedotlenienia płuc. Organizm był tak wyczerpany wcześniejszymi biczowaniem i całą tą drogą, aż pękały pęcherzyki płucne. To jest potworna śmierć. Tak jakby połączenie rozrywanego serca z męką topielca.

niedziela, 23 grudnia 2018

Jak wygląda(ł) św. Mikołaj?


Rekonstrukcja twarzy św. Mikołaja z Mirry, 2014 r. (Fot. Liverpool John Moories University)
Pogodnymi oczami patrzy przed siebie ciemnooki mężczyzna o siwych włosach. Okrągła, pełna twarz sugeruje, że lubił dobrze zjeść, trudno więc uwierzyć, iż mamy do czynienia z weganinem, który do tego regularnie pościł. „Przyjazne” zmarszczki wokół oczu pozwalają sądzić, że to człowiek o pogodnym usposobieniu, dlatego dziwi zniekształcony, najwyraźniej noszący ślady złamań nos.   

Powyżej komputerowy portret św. Mikołaja stworzony na przełomie 2014 i 2015 r. przez prof. Caroline Wilkinson z John Moores University w Liverpoolu, na podstawie kości i czaszki, przechowywanych w kościele we włoskim Bari.   

Badania kości świętego potwierdzają np. zaawansowany artretyzm, co może wynikać nie tylko z sędziwiego wieku Mikołaja (zmarł mając ok. 70-80 lat), ale również z faktu, że – według legend – za rządów Doklecjana święty pięć lat przesiedział w więzieniu. Złamany nos ma być za to brakującym dowodem (nie zachowały się żadne zapiski) na to, że w 325 r. biskup Mikołaj nie tylko uczestniczył w Soborze Nicejskim, ale też pobił się tam z – opowiadającym jego zdaniem herezje – Ariuszem.   

Mikołaj, późniejszy biskup Miry (obecnie Demre w Turcji), urodził się w południowo-zachodniej Anatolii około 270 r. n.e., za ostatniego niechrześcijańskiego cesarza Rzymu Doklecjana, zmarł już za Konstantyna, którego rękoma cesarstwo przyjęło chrześcijaństwo za religię państwową.   

za: Niegrzeczny święty Mikołaj, Marcelina Szumer-Brysz (Tygodnik Powszechny, 27.11.2016)

niedziela, 16 grudnia 2018

Jeszcze o doświadczeniu mistycznym i neutralności poszukiwań ateisty

Przypuśćmy, że ateiści twierdzą, iż mają mistyczne doświadczenie Nicości, źródłowego bez-sensu świata i wszelkiej istniejącej rzeczywistości; że ta podstawowa meta-fizyczna Pustka i Brak, zostawiające miejsce tylko na przypadkową i ślepą (jak twierdzi D. Dennett, neurobiolog) ewolucję "czystej", pozbawionej nad-naturalnego wymiaru, materii, jakoś manifestują się w ich wnętrzach/umysłach i są przez nich percypowane, doświadczane. Przypuśćmy, iż twierdzą oni, że nie muszą już wierzyć w nieistnienie Boga i Sensu, jakoś wpisanego w strukturę tego świata (jeśli nie ma być to sens subiektywny, nadawany mu, a raczej jednostkowym zdarzeniom z życia każdej osoby przez nią samą, bo nie można nadać wtórnie sensu Historii lub wszech-światowi, może zrobić to tylko Ktoś znajdujący się poza nimi), tylko o tym nieistnieniu wiedzą, ponieważ realnie i w sposób wykluczający wątpliwość doświadczają nieobecności Boga i obiektywnego sensu/znaczenia zdarzeń i samej podstawy rzeczywistości.
Przypuśćmy też, że piszą oni "pamiętniki" z takich doświadczeń, relacje wewnętrzne, opisujące stany mentalne, percepcję rzeczywistości i doświadczane, a nie wywoływane przez nich samych (jak twierdzą), właściwości struktury rzeczywistości, wszelkiego bytu, który jawi im się jasno i wyraziście jako nagi, przypadkowy, bez odniesień do jakiejkolwiek nad-przyrodzoności i Stwórcy, bezosobowy i bez-celowy.

Czy jako wierzący mógłbym przejść obojętnie obok tych relacji, nie zajrzeć choćby do wstępu do którejkolwiek z nich lub skwitować je z góry jako urojenia i brednie chorego lub chcącego mnie oszukać umysłu? Pomińmy już ciekawość, badawczą czy całkiem prywatną, wynikającą z braku innych zajęć. Czy pewien aspekt moralny poszukiwania prawdy, związany z powagą każdej relacji do prawdy bytu, do tego, jak się rzeczy mają, a jak się nie mają, nie nakazywałby mi zapoznać się z tymi doświadczeniami innych, które mają tak podstawowe znaczenie dla zagadnienia życia-w-prawdzie i dla mojego stosunku do świata, losu, śmierci, trwania, cierpienia, itd.? Jeśli ich doświadczenia są prawdziwe, wiarygodne i trudne do podważenia, zanegowania, a ja sam nie mam doświadczeń religijnych (jak większość wierzących), to być może jednak posiadam błędne przekonania i choć trochę powinienem je zweryfikować, jeszcze raz przemyśleć i przeanalizować czy ich treść i sposób ich pozyskania ma mniej rzetelne, mniej wiarygodne i mniej bezpośrednie podłoże, niż opisywane przez ateistów (najbardziej realne ze wszystkiego, co dotąd doświadczyli, jak twierdzą) doświadczenie braku sensu i transcendentnego wymiaru bycia/bytu świata. Nie wolno mi oskarżać o kłamstwo i chęć zwiedzenia mnie oraz całych mas ludzi, z których relacjami się nie zapoznałem. To moralny wymóg. Czy jest więc prawdopodobne, że nie sięgnąłbym po żadną taką relację i nie przeczytał jej? Piszę o sobie, a nikt nie zna siebie w sposób zupełny i nie może być pewien swoich zachowań/wyborów w sytuacjach granicznych i takich, które jeszcze się nie wydarzyły, ale myślę, że prawdopodobieństwo, iż nie sięgnąłbym po żaden taki mistyczny pamiętnik jest bardzo małe. Chciałbym i czułbym się w obowiązku do któregoś z nich zajrzeć i zapoznać się z treścią doświadczenia autora, choćby po to, by stwierdzić, że nie jest oszustem, a tylko się pomylił, źle owo doświadczenie zinterpretował. To możliwe, ale żeby to stwierdzić (lub zobaczyć, że tak nie jest) muszę zapoznać się z relacją.

"Ale o co ci chodzi?". Już wyjaśniam. Otóż nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w swoim życiu spotkał osobę niewierzącą, a już szczególnie ateistę czynnie zwalczającego religię i wszelki "zabobon" wyznawany przez "religiantów", która przeczytałaby i zdała w swojej krytyce przekonań religijnych relację z lektury choćby jednego dzieła chrześcijańskiego mistyka. Czytam sporo książek i artykułów pisanych przez ateistów na tematy religijne i nie przypominam sobie ani jednej analizy, ani dłuższego lub merytorycznego (związanego z analizą treści) nawiązania do jakiegokolwiek mistycznego pamiętnika/dziennika osoby uchodzącej w Kościele katolickim (lub w innych wspólnotach chrześcijańskich) za osobę doświadczającą zweryfikowanych i uznanych przez Kościół (choćby w akcie kanonizacji) nadprzyrodzonych doświadczeń/przeżyć mistycznych. Nawet jeśli analizy i świadectwa takich lektur istnieją, to jest ich na tyle mało, że prawie się ich nie spotka, a jeśli weźmiemy pod uwagę fora lub blogi ateistyczne, czasem mające ambicje uchodzić za naukowe lub co najmniej dziennikarsko rzetelne, to nie ma tam nawet śladów takich lektur. Ateiści po prostu nie czytają takich świadectw.

- "Dialog" św. Katarzyny ze Sieny,
- "Życie" (autobiografia) św. Teresy z Avila (książka, po której przeczytaniu, niewierząca jeszcze wtedy Edyta Stein, stwierdziła "To jest prawda"; moment ten był przełomowy dla nawrócenia uczennicy Husserla)
- pisma św. Jana od Krzyża,
- pisma Ruusbroecka,
- Mistrza Eckharta,
- św. Brygidy Szwedzkiej,
- Mechtyldy z Magdeburga,
- św. Mechtyldy z Hackeborn,
- Juliany z Norwich
- św. Gertruda z Helfty
- św. Weroniki Giuliani
- św. Gemmy Galgani
- św. Teresy z Lisieux ("Dzieje duszy")
- św. Elżbiety od Trójcy Świętej ("Wspomnienia")
- "Dzienniczek" św. Faustyny
- "Wyznania z przeżyć wewnętrznych" Rozalii Celakówny lub jej "Odpowiedzi na pytania dla ostatniego kierownika duchowego sumienia" (jej spowiednik po przeczytaniu "Wyznań..." zadał jej 516 pytań)
- "Święta Pani" Stefanii Fulli Horak (autobiografia, opis nawrócenia i relacja z nadprzyrodzonych doświadczeń ze świętymi polskiej ateistki <jej ateizm miał filozoficzne podłoże, z wykształcenia była filozofem>; książka ta zawiera najobszerniejsze ze wszystkich mi znanych wyjaśnienie stanów życia po śmierci: czyśćca, nieba i nie-zbawienia (piekła))
- "Świadectwo. Dziennik duchowy" oraz "Słowo pouczenia" Alicji Lenczewskiej (niedawno zmarłej szczecinianki)
- lub po prostu biografie i świadectwa spotkań z takimi osobami jak o. Pio (w j. polskim jest mnóstwo biografii zawierających raporty z przesłuchań, badań medycznych, procesu kanonizacyjnego, dochodzeń Kościoła wobec o. Pio, wobec którego wysuwano różne podejrzenia, świadectw jego przełożonych, duchowych uczniów, obcych osób lub dziennikarzy relacjonujących niezwykłe wydarzenia przy spotkaniu z nim, itd.) czy Marta Robin (w j. polskim dostępna jest nawet książka lekarza-psychiatry, który ją znał i badał, a jedna z biografii cytuje pełny, kilkustronicowy raport medyczny dwóch lekarzy, napisany po wyczerpującym badaniu Marty - stygmatyczki i osoby niejedzącej przez 53 lata);

To wszystko są książki-relacje z przeżyć wewnętrznych/mistycznych, często pisane z nakazu spowiednika, wobec którego mistycy byli zobowiązani być posłuszni, pisane są więc "mimowolnie", wbrew intymności tych doświadczeń i pragnieniom autora, a nie jako relacje epatujące nadzwyczajnymi zjawiskami i przy poczuciu wybraństwa, co już samo w sobie dla osoby neutralnej może być wskazówką, sugestią, że są to doświadczenia autentyczne. Nikt jednak, lub prawie nikt, ze strony ateistów po nie nie sięga. Nikt nie ma potrzeby zweryfikować świadectw osób twierdzących, że doznawały niezależnej od siebie i przekraczającej je rzeczywistości, osobowego, ale absolutnego Boga; które twierdziły czasem, że widziały zaświaty, nieba i piekła, i które zdawały z tych podróży relacje. Czy można w sposób uzasadniony wydać o tych świadectwach opinię "brednie" nie zapoznając się z nimi? Co do tego skłania? Nic poza założeniami. Osoba taka zakłada z góry, że relacje te są urojeniami, bredniami, próbami samo-oszustwa lub kłamstwami, czyli próbami oszustwa innych. To poważne zarzuty. Czy czyjekolwiek sumienie moralne, czyli zdrowo rozwinięte poczucie sprawiedliwości i istnienia moralnych zasad, byłoby w stanie wydawać takie wyroki zaocznie, nie znając sprawy, tematu i treści relacji, o których mowa? (rzecz dotyczy też książek i podręczników teologicznych i biblistycznych, objaśniających złożone często zagadnienia i ich wieloaspektowość, których ateiści również nie czytają <do dziś spotyka się w "fachowych" artykułach ateistycznych twierdzenia o Bozi, chmurach i krasnoludkach...naprawdę>). Bardzo w to wątpię, po prostu nie wyobrażam sobie tego. Chyba, że mówimy o kimś, kto nie szuka prawdy, kto kieruje się w swoim życiu i postępowaniu przyjętymi kiedyś odgórnie założeniami i którego obecne postępowanie jest już tylko wyprowadzaniem konsekwencji z tych założeń, nawet jeśli przeczą one faktycznemu stanowi rzeczy lub przeczyłyby wglądowi w owe rzeczy, gdyby osoba, o której mówimy pozwoliła sobie na zbadanie tych spraw i zrezygnowała z uprzedzeń. Czyli o kimś, kogo droga nie jest poszukiwaniem, ani nauką, bo nauka nie żyje założeniami i nieustannie weryfikuje swoje twierdzenia, wymuszając na ludziach nauki stałą i niemożliwą do usunięcia otwartość.

Czy więc mówimy o kimś takim?

Można by sądzić, że to ateista jest powołany i cechuje się neutralnością, ciekawością badawczą i priorytetem prawdy (jakakolwiek by była), a nie "dogmatyczny" teista, wyznawca zabobonu, któremu przecież niepotrzebne lektury wyznawców innych religii lub ateistów, negujących jego poglądy i przekonania, bo on "już wie" i nie potrzebuje weryfikować czegokolwiek, ani wsłuchiwać się w inne narracje. Tymczasem to wierzący czytają książki ateistów-uczonych, aby móc rzeczowo odnieść się do zarzutów przez nich wysuwanych i aby zweryfikować, czy wiedzę, jaką serwują o stanie nauki lub źródłach religijnych wierzeń, da się potwierdzić i uzasadnić. Żeby jednak dialog był możliwy, potrzeba takiej samej woli docierania do prawdy i wysiłku poznawczego, chodzi przecież o rzeczy będące czasem kwestią życia i śmierci (wierzący ma "obowiązek" oddać życie za swoje przekonania, jeśli znajdzie się w sytuacji, która tego wymaga; w cudzysłowie, bo nie chodzi o żadną powinność niezależną od jego przekonań, ale o wewnętrzną logikę tych przekonań i ich prawdziwość, wyrażającą się gotowością do dania świadectwa wobec Przedmiotu wiary), w najgorszym wypadku o rzeczy równie ważne jak te, które uznajemy za najbardziej istotne w naszym życiu.

Tyle, że dialog jest możliwy tam, gdzie "religiant" byłby równy swojemu rozmówcy i gdzie szacunek uniemożliwiałby łatwe i motywowane uprzedzeniami określanie bredniami i urojeniami świadectw osób, których często moralna nieskazitelność, gotowość do poświęceń i działań na rzecz drugiego, a także aksjologiczny wkład w historię ludzkich społeczności były nieporównywalnie większe, niż ich krytyków. Już choćby to wymusza u zdrowej i uczciwej osoby dystans i gotowość zawieszenia własnych uprzedzeń, aby móc zweryfikować świadectwo, którego prawdziwość ktoś gotowy jest potwierdzić oddaniem życia. Nie wysadzić siebie i innych, aby usłyszano jego polityczne postulaty, ale tylko aby potwierdzić, że to, o czym mówi, jest prawdą. Nie zdarza się to często, już samo to więc wystarczy, aby wzbudzić w sobie otwartość. Jeśli ktoś tego nie potrafi, zasługuje na brak zaufania i na to, aby nie tracić dla takiej osoby czasu, jak i, aby nie pozwolić sobie na zawracanie nam przez nią głowy.

niedziela, 16 września 2018

Argument z doświadczeń mistycznych - kilka uwag

W klasycznych argumentach za istnieniem Boga występuje argument z doświadczenia religijnego/mistycznego. Wskazuje się, że szlachetne jednostki o wysokim statusie moralnym, takie jak święci Kościołów chrześcijańskich, założyciele zakonów i reformatorzy religijno-społeczni, na przestrzeni wieków doświadczali bliskiej zażyłości z Bogiem i miało u nich miejsce realne, choć przebiegające w wymiarze duchowym, przemieniające zjednoczenie z Nim (sprawę doświadczenia religijnego w innych religiach chciałbym na razie odsunąć na bok). Jest to słuszny argument.

Przeciwko niemu wysuwa się czasem głosy ze strony ateistycznej, że jest to argument słaby, kruchy, oparty bowiem na subiektywnym doświadczeniu kogoś, kto może źle interpretować swoje przeżycia psychiczne. Drugim zarzutem jest ten, że doświadczenia te nie są powszechne, doznaje je jedna osoba, a inne nie, w takim razie trzeba doszukiwać się w nich przeżyć wyłącznie psychicznych, bowiem gdyby Bóg obiektywnie istniał, dostęp do Niego powinien mieć każdy, kto by tego chciał.

Zarzuty te same wydają się być bardzo kruche, opierają się bowiem na dowolnych lub nieuzasadnionych wnioskach.

Jeśli chodzi o pierwszy zarzut, to w teologii rozróżnia się doświadczenie religijne, możliwe także w innych religiach, a nie wykraczające mocno poza granice natury i naturalne władze człowieka (takie jak metafizyczne zdumienie, rodzaj głębokiego poznania jakiegoś aspektu rzeczywistości, nie poprzez "oświecenie" dane z "góry", ale poprzez naturalne władze rozumu/umysłu, zainspirowanego wiarą i poszukiwaniem prawdy czy na podłożu np. ascezy i oczyszczenia/uwrażliwienia percepcji na tę samą, dostępną zmysłom rzeczywistość, która teraz jawi się w sposób bogatszy, jako szersza, głębsza, posiadająca więcej aspektów i wymiarów), od doświadczenia mistycznego, które jest udziałem nielicznych i w sposób konieczny zawiera elementy nadprzyrodzone, nieosiągalne naturalnymi siłami i technikami, a dane z "góry", poprzez łaskę (łaska to w teologii czynnik nadprzyrodzony, sposób udzielania się Boga duszy, często utożsamiany wprost z osobą Ducha Świętego, zamieszkującego i wywołującego określone skutki w duszy).
Są to więc jakby dwa oddzielne sposoby doświadczania sfery nad-naturalnej. Jedna, która wychodzi ku nad-przyrodzoności siłami naturalnymi, poprzez moralną czystość i duchowe zaangażowanie rozumu i woli w służbie odkrywania prawdy, druga poprzez czujną i pełną pokory bierność tych władz, zaangażowanych jednak po ludzku w tę służbę, które Bóg wypełnia w sposób nadprzyrodzony treściami i jakościami wykraczającymi poza porządek natury. Innymi słowy, prawdziwa mistyka to darmowe udzielenie się człowiekowi, zazwyczaj jego duchowym władzom (choć czasami także ciału i zmysłom), przez Boga, dopuszczenie człowieka do doświadczenia Jego własnej, niestworzonej natury, a czasami tylko udzielenie mu nadprzyrodzonych darów, takich jak poznanie przyszłości (proroctwo), poznanie natury ostatecznej rzeczywistości (nieba, piekła, stanu przejściowego), poznanie prawdy o duchowych początkach człowieka i jego ostatecznym przeznaczeniu, wykraczające poza zdolności rozumu. Stygmaty lub czynienie cudów (nie jest to "umiejętność", bo człowiek tylko pośredniczy w cudzie, którego bezpośrednim sprawcą jest sam Bóg; pośredniczy jako wypraszający go, cud dokonuje się za jego wstawiennictwem, za "jego sprawą") są z natury zjawiskami nadprzyrodzonymi i często towarzyszą im zjawiska mistyczne, nie pociągają ich jednak w sposób konieczny za sobą. Można pomyśleć osobę obdarzoną stygmatami, której Bóg nie udzielałby żadnych innych darów duchowych (choć zazwyczaj istnieją, ponieważ mijałoby się to celem) i w takim wypadku o mistyce trudno byłoby mówić.

Jeśli sprawa ma się w ten sposób, to trudno utrzymać pierwszy zarzut utożsamiający doświadczenia mistyczne z psychicznymi przeżyciami, interpretowanymi "górnolotnie". Doświadczenia religijne są podatne na błędy, przechodzą przez "filtr" naturalnych władz, takich jak rozum i wola, i jeśli nie są one dostatecznie oczyszczone (te władze; jeśli są np. zbyt mocno uwikłane w pożądliwość/zmysłowość lub obarczone zbyt wieloma błędami poznawczymi, na skutek przyjęcia różnych błędnych założeń i filozofii), jeśli nie są osadzone w kontekście duchowej drogi i dyscypliny wewnętrznej danej osoby (nie są zaangażowane w rozwój cnót, czyli sprawności-ku-dobru o trwałym charakterze), mogą prowadzić do błędnych wniosków i rezultatów, mogą dawać zniekształcone poznanie rzeczywistości.
Nie dotyczy to jednak doświadczeń mistycznych, w których rola człowieka jest niewielka, jednym z kryteriów bowiem ich autentyczności jest bierność władz zmysłowych i umysłowych człowieka. Nie można się o nie starać i próbować ich wywoływać z tego prostego powodu, że ich źródłem jest Bóg i Jego wolna decyzja o tym, komu udzieli poznania Siebie i duchowej rzeczywistości, do której nie ma dostępu naturalnymi środkami. Bóg jest Duchem, Pełnią niestworzonego i niematerialnego życia, a do tego Osobą, nie Obiektem w przyrodzie, o którym Gagarin miał rzekomo powiedzieć, że Go nie widział podczas podróży w kosmosie. Nie można nic o Nim wiedzieć, jeśli On sam tego poznania nie udzieli, Jego natura bowiem nie współgra z naturą wszechświata, którego jest źródłem i przyczyną, nie na zasadzie wyłaniania się świata z Niego (bo wtedy nosiłby on jakieś podobieństwo, a nawet pokrewieństwo), ale wolnej decyzji. Jeśli Bóg "otwiera" bio-psychiczną strukturę człowieka, poszerzając i uzdalniając go w ten sposób do poznania Siebie, rzeczywistości bezpośrednio nieprzystającej do natury jego przyrodzonych władz i struktury materialnego wszechświata, to jest to właśnie mistyka. Jest ona przekraczaniem władz i zdolności przynależnych z natury człowiekowi z inicjatywy Boga, jako dobrowolnie udzielającego swojego boskiego życia i swojej natury ludzkiej duszy.

Kościół katolicki ma wiele kryteriów pozwalających ustalić naturę doświadczenia religijnego/mistycznego. Na ich podstawie starannie i cierpliwie (czasami trwa to kilkadziesiąt lat lub dłużej) weryfikuje naturę tych doświadczeń i w większości je odrzuca (jako mistyczne, czyli nad-przyrodzone; jako religijne mogą zachować swoją ważność i posiadać wartość, nie od razu muszą być tym samym fałszywe i spreparowane). O tych, które zostają, można mieć pewność, że zostały przebadane bardzo starannie i w świetle całej wiedzy teologicznej, oraz przeanalizowanego czynnika ludzkiego, ich wiarygodność jako nadprzyrodzonych jest bardzo wysoka. Jakie to są kryteria można dowiedzieć się badając zagadnienie bliżej, w tym wpisie nie chciałbym tego robić.
Zarzut "uwznioślania" psychicznych/emocjonalnych przeżyć może dotyczyć więc doświadczeń religijnych (choć nie musi; żeby wykazać ich nieautentyczność, czyli brak związku z prawdziwym poznaniem, trzeba się postarać, a nie tylko zadeklarować swój sceptycyzm wobec nich), nie dotyka jednak prawdziwej mistyki, której naturą jest bierne doświadczenie rzeczywistości Bożej, z inicjatywy Dawcy, któremu człowiek z powodu "przepaści ontologicznej" (różnicy natur) nic nie jest w stanie wykraść.

Drugi zarzut, odnoszący się do nie-powszechności takich przeżyć, do ich nieliczności, wynika z nieuzasadnionego założenia, że Bóg, gdyby obiektywnie istniał, byłby równie obiektywnie dostępny wszystkim. Takie myślenie jest możliwe, gdy postrzega się Boga jako Obiekt w naturze (o jakichś silniejszych mocach i władzach, dostępny zaawansowanym instrumentom, ale nie jakościowo odmienny od świata materialnego) lub jako nierozumne Bóstwo, które nie ma woli ani samoświadomości. Jeśli Bóg jest Osobą, jeśli jest rozumnym i wolnym Duchem, o niestworzonej i niematerialnej naturze, przekraczającej całkowicie naturę świata materialnego, a więc i ludzkie władze, dążenia i możliwości, to nie ma powodu, dla którego miałby być On podległy komukolwiek, dostępny "na życzenie". Trudno znaleźć nawet jeden powód, dla którego Bóg miałby się udostępniać każdemu, kto tego chce. Można powiedzieć, że takim powodem mogłaby być sprawiedliwość - jeśli jest sprawiedliwy, będzie traktował wszystkich równo i nie będzie dawał jednym większych przywilejów niż innym. Jest to jednak niesłuszne. Motywacja przecież ludzi może być różna: ateista, który gardzi wartościami chrześcijańskimi i nie ma szacunku do wierzących wszelkiej maści (mając ich za upośledzonych umysłowo), może żądać doświadczalnego poznania Boga, aby nie umknęło mu nic z poznania rzeczywistości, na którą być może składa się istnienie Boga (nie szuka Boga dla Niego samego, ani z powodu czci dla Niego). Wierzący-katolik może żądać tego samego, pomimo iż krzywdzi i zwalcza inaczej wierzących lub prowadzi niemoralne życie. Oboje jednak nie zasługują na takie poznanie z powodu wyraźnych moralnych braków (nie licząc tego, że w przypadku ateisty dostęp do Boga otwiera otwartość na Jego istnienie, wiara w Niego; udzielenie się człowiekowi odrzucającego Go lub nie szanującego wartości religijnych/duchowych byłoby przemocą ze strony Boga). Może też Bóg nie chcieć udzielać takiego doświadczenia wszystkim z tego powodu, że jest ono przemieniające i powoduje konkretne skutki w duszy. Doznając go ludzie porzucaliby swoje zajęcia i przynajmniej wielu z nich chciałoby prowadzić życie wyłącznie kontemplacyjne - kierowcy autobusów porzucaliby swój zawód, podobnie lekarze, nauczyciele, działacze charytatywni i ludzie sortujący ziemniaki w hurtowniach czy piekarze. Cały mechanizm społecznego funkcjonowania zostałby głęboko zaburzony. Bóg mógłby tego nie chcieć i jest to wystarczający, a przy tym bardzo prawdopodobny powód, że nie udziela doświadczenia mistycznego powszechnie.

Z całej teologii chrześcijańskiej, łącznie z Biblią, da się wyciągnąć uprawomocniony wniosek, że Bóg dobiera sobie przyjaciół. Najpewniej nie odrzuci nikogo, kto Go szuka i pragnie głębiej poznać, jednak całe dzieje biblijne pokazują, że na przestrzeni wieków wybierał On spośród ludzi jednostki, które obdarzał szczególnymi przywilejami. Zazwyczaj służyły one wspólnotom, z których dana jednostka się wywodziła - byli to przywódcy duchowi (np. Mojżesz), prorocy, kapłani, apostołowie itd. Ale były to też osoby, których wybraniu nie towarzyszyło posłanie do ludzi lub obdarowanie ich szczególnymi umiejętnościami, które ułatwiłyby życie pozostałym członkom wspólnoty lub społeczeństwa, jak miało to na przykład miejsce (i wciąż ma) w przypadku niektórych świętych chrześcijańskich. Udzielał On tym ludziom szczególnych darów i głębszego poznania Siebie, aby zbliżyć ich do siebie i wzmóc w nich większą miłość do Niego. Dlaczego wybierał on dane osoby i dlaczego mogły one jeszcze po tej stronie życia doświadczać w sposób bardziej bezpośredni i intensywniejszy natury świata duchowego i bliskości Boga, wie tylko On. Jest On źródłem praw, dawcą życia i szczęścia (jeśli chciałby obdarzać nimi w sposób stopniowalny, nierówny, miałby do tego prawo) i posiada przymiot wszechwiedzy, nie można wykazać Mu, że myli się, popełnia błędy lub że większym dobrem byłoby, gdyby postąpił inaczej. Postępuje On tak, jak chce i możemy ufać, że Jego postanowienia są mądre, słuszne i dobre.
Z tego powodu, że Bóg jest Osobą, że posiada wiedzę niedostępną innym i że może decydować o losach stworzonego przez siebie świata wynika, że może On udzielać dóbr, w tym mistycznych doświadczeń, komu chce i w sposób, jaki uzna za słuszny i dla tej osoby pożyteczny. Nie można od Niego wymagać, a już na pewno nieuzasadnione jest żądać, aby udzielał On siebie wszystkim i to "na życzenie", zwłaszcza nieuzasadnione staje się to w przypadku osób zaprzeczających Jego istnieniu lub odrzucających zasady i prawa, jakie wpisał w życie i losy ludzi. Można oczekiwać, że nie odmówi On swojej bliskości nikomu, kto jej pragnie i tak ukierunkowuje swoje życie, aby jej szukać i otrzymać jej dar, ale nie musi to oznaczać, że przybierze ona charakter mistycznych doświadczeń, ponieważ Bóg może mieć powód, aby ich nie udzielać danej osobie i chcieć w inny sposób przejawiać się w jej życiu i duszy. Może On mieć powody, aby obdarzać takim doświadczeniem wybrane osoby oraz aby w tym lub w przyszłym życiu mieć niektóre z nich bliżej siebie. Nie można wykazać Mu, że się myli lub że postępuje niewłaściwie, nie można nawet wykazać, że posiadanie doświadczeń mistycznych byłoby zawsze pożyteczne dla wszystkich ludzi lub życia społeczeństw, dlatego argument, że gdyby istniał Bóg, musiałby być On dostępny wszystkim z racji sprawiedliwości lub pożyteczności takich doświadczeń, pozostaje chybiony.

Argument z doświadczenia mistycznego pozostaje spójny i poprawny. Nie jest dowodem w sensie nauk ścisłych, bo nie musi takim być (dlatego jest argumentem, a nie dowodem), ale jeśli dotyczy prawdziwej mistyki, a nie emocjonalnych przeżyć, to w sposób uzasadniony wskazuje na możliwość i prawdopodobieństwo istnienia duchowej, zewnętrznej wobec osoby doświadczającej stanów mistycznych, rzeczywistości.

wtorek, 11 września 2018

Konsekwencje poglądów Dawkinsa na moralność i religię

W poście tym przytaczam w całości ostatni rozdział książki Dawkins kontra Bóg. Upadek nowego ateizmu w świetle nauki S. Hahn'a i B. Wikera.


Jest to spokojna i merytoryczna, i od razu trzeba dodać, że udana, próba ukazania wadliwości argumentacji Dawkinsa przeciw religii i istnieniu Boga. Autorzy analizują argumenty Dawkinsa przeciw istnieniu Boga, przeciw projektowi w przyrodzie, jego zarzuty wobec biblijnego Jahwe i moralności starotestamentowej oraz ukazują konsekwencje moralności opartej wyłącznie na ewolucji z szerokim uwzględnieniem poglądów w tej kwestii Darwina, którego Dawkins jest świadomym i gorliwym uczniem. Rozdział ostatni, który tu przytaczam, jest niezłośliwym pytaniem o to, co zrobiłby Dawkins, gdyby otrzymał polityczną władzę decydowania o losach religii w życiu społecznym, na podstawie jego poglądów przedstawionych w książkach i wywiadach (przypomnę, że wg. tego biologa religia jest wirusem umysłu szkodliwym społecznie i jego marzeniem byłoby całkowite pozbycie się jej z życia publicznego ludzkości, a nawet wyparcie jej ostatnich śladów ze świadomości, jako że nie potrafi on dostrzec w niej żadnych, nawet pojedynczych plusów). Autorzy ukazują w ostatnim rozdziale możliwy przebieg rewolucji, której domaga się Dawkins oraz konsekwencje zastąpienia moralności chrześcijańskiej moralnością świecką, opartą o ewolucyjne "wartości" (w cudzysłowie, bo autorzy wcześniej wykazali, szeroko przywołując Darwina, że moralność ewolucyjna różni się znacząco od tej, która jest naszym udziałem od czasów przynajmniej chrześcijańskich). Konsekwencje te wydają się całkiem realne, trudno bowiem o to, aby Dawkins otrzymując władzę decydowania o losach i udziale religii w życiu społecznym mógł obrać kierunek całkiem inny od tego, jaki próbują przedstawić autorzy. Na podstawie jego brutalnych i jednoznacznych poglądów na temat religii i jej szkodliwości oraz uwzględniając jego naturalistyczną, "humanistyczną" (opartą wyłącznie na naturze, bez odwołań do nadprzyrodzoności) moralność, sugerują oni całkiem prawdopodobny przebieg zmian (a przynajmniej możliwy) w nowej rzeczywistości, wolnej od "przesądów" i terroru religii.

* * *

Rozdział 8 - Król Richard (ironia autorów jest bardzo subtelna, w książce nie ma prawie złośliwości)

Co zrobiłby Dawkins?

Z naszego dochodzenia w sprawie argumentacji użytej przez Richarda Dawkinsa w Bogu urojonym jedno wynika jasno: dyskusja dotycząca pytania "czy Bóg istnieje?" nie jest tylko debatą teoretyczną, gdyż wypływają z niej konkretne skutki w sferze moralności. Ujmując rzecz nieco inaczej - natarczywość i nieukrywana wrogość przebijająca z kart Boga urojonego biorą się z przekonania, że chrześcijanie pozostają pod wpływem moralnego urojenia. Zdaniem tego ewolucjonisty są oni fundamentalni, a to, co fundamentalne, w sposób irracjonalny odbija się w sferze publicznej. Martwią go nie tylko muzułmanie wysadzający w powietrze budynki, lecz także chrześcijanie usiłujący przeforsować prawa zakazujące aborcji, eutanazji, homoseksualizmu itp. Z jego punktu widzenia - a musimy pamiętać, że jest to zarazem jego światopogląd - chrześcijaństwo jest moralnie szkodliwe. Jak sam jasno mówi, łagodne i umiarkowane przejawy wiary przerażają go w takim samym stopniu jak religijny radykalizm, ponieważ religia nawet w umiarkowanej formie sprzyja powstawaniu i rozwojowi ekstremizmu. Idzie jednak jeszcze dalej. Posuwa się do tego, że nazywa religijne wychowanie dzieci "molestowaniem". Jego tok rozumowania wydaje się prosty. Skoro wszystkie religie to fałszerstwo, wpajanie dzieciom przekonań, których w żaden sposób nie mogą kwestionować, nie jest niczym innym jak swoistą formą molestowania. Stwierdza ponadto, że choć złem jest molestowanie dzieci przez duchownych, to "w dłuższej perspektywie czyni ono dziecku mniejszą psychologiczną szkodę niż samo wychowywanie w wierze katolickiej" - większą krzywdę czyni dziecku wpajanie mu przekonania, że piekło istnieje.
Dawkins z całą powagą stawia chrześcijanom zarzut molestowania dzieci. Prowadzi go to na niebezpieczne obszary, co sam zresztą zauważa. Jeśli bowiem wychowanie religijne to rodzaj molestowania, czyż nie powinno się chronić dzieci przed rodzicami? Całym sercem zgadzając się z psychologiem Nicholasem Humphreyem, Dawkins opowiada się przeciwko prawu rodziców do wychowywania własnych dzieci w swojej wierze, właśnie dlatego, że - jego zdaniem - przysługuje im prawo do ochrony przed "szkodliwymi nonsensami". Prawo dziecka - jak uważają liberalni koledzy Dawkinsa - jest ważniejsze od wszelkich koncepcji wychowania w poszanowaniu różnorodności kulturowej, ponieważ różnorodność ta łączy się z rozmaitymi wierzeniami religijnymi, przed którymi należy dzieci chronić. I chociaż na samym końcu Dawkins rzuca uwagę, że potrzebna jest pewna edukacja kulturalno-biblijna, umożliwiająca zrozumienie rozmaitych odniesień literackich, to jednak przesłanie pozostaje zupełnie jasne: "Coś trzeba z tym zrobić!". Ostatecznie - jak pamiętamy - naukowiec uważa przecież, że religia to wirus umysłowy.
Jak to wszystko rozumieć? Chcielibyśmy zakończyć tę książkę pewnym eksperymentem myślowym, który pomoże nam zilustrować, dokąd zmierza cała ta debata. Nasi czytelnicy nie powinni już teraz żywić żadnych wątpliwości, że Dawkins i jemu podobni planują kulturową rewolucję. Mówiąc wprost, uważają religię za zjawisko zgubne i chcą, by podjęto w tej - jakże ważnej - sprawie odpowiednie kroki. Swoich argumentów przeciwko religii nie zamierzają pozostawić w czterech ścianach sal wykładowych ani pomiędzy stronicami swoich książek. Nowi ateiści nawołują do działania. Nie brak im odwagi i pewności siebie, choć nie mają jeszcze wystarczającej siły politycznej.
Pora więc na nasz eksperyment. Co zrobiłby Richard, gdyby był królem? Nie zamierzamy tu jednak analizować jego skłonności, lecz postawić następujące pytanie: "Jeżeli Dawkins rzeczywiście ma słuszność, to co jest najrozsądniejszą rzeczą, jaką należałoby zrobić?". Nie jest to eksperyment czysto teoretyczny. Kiedy Lenin i bolszewicy zdobyli władzę w Rosji podczas rewolucji październikowej w 1917 roku, nagle stanęli wobec szansy, by czysto teoretyczną ideę marksizmu wprowadzić w życie i przekształcić w politykę państwową. Analizując dokonania partii Lenina, można dowiedzieć się na temat marksizmu zdecydowanie więcej niż sami jego twórcy przekazywali podczas patetycznych przemów w salach wykładowych.
Zadajemy więc pytanie: "Gdybyście byli przekonani, że religia jest wirusem umysłowym, który zaraża niewinne dzieci i powoduje, że dorośli wierzą w szkodliwe mitologie, to jaki krok wydawałby się wam najwłaściwszy?". Gdyby Richard był królem, pierwszą i najrozsądniejszą rzeczą, jaką by zrobił, z pewnością byłoby zakazanie jakichkolwiek form wychowania religijnego, bez względu na to, z jakich środków są finansowane - publicznych czy prywatnych. Wymagałoby to oczywiście zastosowania przymusu ze strony państwa, zważywszy na głębię i rozmaitość wyznań religijnych oraz na siłę, z jaką religia trzyma w swoich okowach wiele rodzin. Z pewnością konieczne okazałoby się jak najwcześniejsze separowanie dzieci od rodziców, co można by przeprowadzić, tworząc darmowe państwowe ośrodki opieki dla dzieci od szóstego tygodnia życia. W ośrodkach tych można od najwcześniejszych lat edukować dzieci, nauczając je zasad darwinizmu.
Bolszewicy odkryli, że nie wystarczy usunąć wychowania religijnego, ponieważ religia przenika wszystkie wymiary życia ludzi wierzących - zarówno te oczywiste i widoczne, jak i zupełnie nieuchwytne. Niewiele dobrego przyszłoby z zakazania religijnej indoktrynacji młodzieży przez rodziców, jeśli w każdą niedzielę całej rodzinie wolno byłoby pomaszerować do kościoła. Zamykaniu szkół wyznaniowych powinno więc bez wątpienia towarzyszyć zamykanie kościołów. Oczywiście nikt nie pozwoliłby, aby owe świątynie niszczały, wszak można otwierać w nich muzea, w których prezentowane byłyby wystawy pouczające o niebezpieczeństwach, jakie niesie religia, uwydatnionych dzięki oświeceniu płynącemu z ateizmu.
Obiekty religijne to jednak tylko najbardziej oczywisty przejaw nieustannego narzucania się religii kulturze. Powinno się zatem na zawsze wykreślić i wyeliminować samo pojęcie szczególnych dni w roku, to jest świąt (słowa kojarzącego się wszak ze świętością) - przecież przypominają one wiernym o ich obmierzłych korzeniach. Słusznym wydaje się, by król Richard pod kierunkiem zespołu umysłów podobnie jak on sam oświeconych wprowadził całkiem nowe dni wolne od pracy, które pomogłyby odzwyczaić nieoświeconych od szkodliwych nawyków kulturalno-religijnych. Biorąc pod uwagę wielkie znaczenie darwinizmu (zwłaszcza dla wzrostu samoświadomości Dawkinsa), to właśnie darwinowski światopogląd powinien wyznaczać rytm życia ludzi.
Przypadające na 12 lutego urodziny Darwina mogłyby stać się świętem narodowym, ale wydaje się zrozumiałe, że nowy ateistyczny ład musiałby także zreinterpretować najważniejsze święta chrześcijańskie, by postawić kres ich oddziaływaniu na kulturę. Boże Narodzenie - jako że mniej więcej pokrywa się z datą zimowego przesilenia - mogłoby stać się dniem upamiętniającym najciemniejsze wieki ludzkiej historii, kiedy to na arenę dziejów w sposób wyjątkowo ohydny wkroczyły przesądy. Następnym świętem w nowym kalendarzu byłby wspomniany Dzień Darwina - dnia 12 lutego - czas, kiedy zima trzyma jeszcze mocno. Jest to tym bardziej uzasadnione, że ten wielki uczony urodził się w ponurych czasach przesądów i dopiero od dnia jego narodzin mrok spowijający świat stopniowo zaczął się rozpraszać. Byłby to krótki przystanek przed nadejściem wiosny. Nawet ukrzyżowanie Chrystusa w Wielki Piątek można by obchodzić jako całkowicie racjonalną reakcję starożytnych Rzymian na obecność zabobonu. Oczywiście święta Wielkanocy musiałyby zostać całkowicie zniesione albo przekształcone - za sprawą powrotu racjonalnego pogaństwa - na przykład w święto ku czci płodności bądź też szczególnego okresu rozmnażania, wskazujące na znaczenie mechanizmu walki o byt oraz doboru naturalnego. By jednak ochronić społeczeństwo przed wyciągnięciem błędnych wniosków, stwierdzono by przy tym jasno, że nadmierne rozmnażanie w przypadku ludzi jest zjawiskiem całkowicie nieracjonalnym i zainicjowano by nową tradycję: dzieci obdarowywane byłyby koszyczkami plastikowych jajek, w których znajdowałyby się prezerwatywy.
Król Richard bez wątpienia szybko przekonałby się, że żadna prawdziwa rewolucja nie może się utrzymać (zwłaszcza w początkowym okresie), jeśli pozwoli się na jej racjonalną krytykę. Sednem nowego ładu byłoby stanowisko, że darwinizm jest poglądem niezaprzeczalnie słusznym i stanowi podstawę dalszego oświecenia świata. Dlatego - jak jasno stwierdził Dawkins - nawet najłagodniejsze formy religii należy wyeliminować, ponieważ ich obecność usprawiedliwia istnienie form ekstremalnych. Ta sama zasada odnosi się do dyskusji na temat darwinizmu: powinno się stanowczo zakazać krytyki, nawet krytyki naukowej (a w zasadzie zwłaszcza takiej), ponieważ jakikolwiek przejaw racjonalnych wątpliwości ze strony najbardziej szanowanych uczonych mógłby usprawiedliwić kompletnie nieracjonalne wątpliwości każdego fundamentalisty-oszołoma, a wszelki sceptycyzm w czasach, kiedy ewolucyjny ateizm wyznacza ład polityczny, musi być uznany za zdradę.
Zanim jeszcze Dawkins został królem, uświadomił nam zasadnicze różnice moralne pomiędzy ateistycznym światopoglądem ewolucyjnym a światopoglądem chrześcijańskim. Według Dawkinsa ktoś, kto wierzy, że embrion to istota ludzka, musi też być przekonany, że aborcja jest morderstwem; a to oznacza, że racjonalne wydaje mu się wszystko, co prowadzi do ochrony niewinnego życia, nawet zabójstwo aborcjonisty. Skoro zaś pogląd, że aborcja jest morderstwem, dostarcza poparcia dla idei zabijania aborcjonistów, to wszelka opozycja wobec aborcji musi zostać bezwzględnie stłumiona. Dotyczy to także sprzeciwu wobec eutanazji. Z punktu widzenia ewolucji przeprowadzanie eutanazji niczym nie różni się wszak od humanitarnego usypiania zwierząt w klinikach weterynaryjnych. Należy zatem unieszkodliwić tych, którzy widzą w eutanazji rodzaj morderstwa, gdyż istnieje uzasadnione podejrzenie, że są zdolni do popierania każdego uzbrojonego w broń religijnego fanatyka.
Podobnie rzecz miałaby się z całym chrześcijańskim systemem zasad moralnych. Zdaniem Dawkinsa zasady dotyczące seksu przyczyniają się wyłącznie do zwiększenia niedoli panującej na świecie. Ponieważ zaś według etyki ewolucyjnej jedynym rozsądnym kryterium moralnym jest ograniczenie cierpienia, na strażnikach nowego ładu spoczywa moralny obowiązek poszerzania możliwości czerpania przyjemności z aktywności seksualnej, nawet jeśli ma się to odbywać kosztem systematycznego wykorzeniania wszelkich szczątkowych przekonań chrześcijańskich dotyczących ludzkiej seksualności.
Na plus należy zaliczyć fakt, że darwinizm zaprasza nas do współdziałania z wielką siłą twórczą natury oraz do korzystania z możliwości wybierania tych cech, które najbardziej pasują do naszej wizji ludzkości. Skoro zaś jesteśmy jeszcze jednym gatunkiem zwierząt, rozsądnym byłoby, by do rozmnażania władze zachęcały jedynie najlepszych, eliminując w ten sposób z puli genowej deformacje genetyczne (nader rozsądnym rozwiązaniem wydało się to wszak darwinistom w Europie i Ameryce na przełomie XIX i XX stulecia). Zapewnilibyśmy dzięki temu następnym pokoleniom maksimum zdrowia i minimum cierpienia - czyż to nie wspaniałomyślne? Naziści zabrali się do tego nieco nieudolnie, ale teraz, kiedy do dyspozycji mamy technologię pozwalającą poddać badaniom genetycznym już zarodek rozwijający się w macicy (a technologia ta wciąż się rozwija), aborcja może stać się podstawowym sposobem weryfikacji jednostek, a zatem środkiem służącym celom eugenicznym.
Przypominamy sobie, jak istotnym wyznacznikiem moralnym są dla Richarda Dawkinsa możliwości umysłu. Jeśli jedynym godnym uwagi rozróżnieniem pomiędzy zwierzętami a ludźmi jest wyższa inteligencja ludzi, to można wyobrazić sobie, iż temu kryterium zostanie przypisany walor moralny, zaś jego niski poziom uważany będzie za pewną ułomność. Na początku XX wieku miała miejsce wielka krucjata eugeniczna przeciwko "upośledzonym umysłowo", którym to terminem (według nowych testów na inteligencję) określano osoby o IQ równym 70 punktom lub niższym. Rozumowanie eugeniczne było całkiem proste: ci, którzy różnią się od najbardziej inteligentnych osób (a więc osiągających IQ na poziomie 130-160), w podobnym stopniu jak najbardziej inteligentne zwierzęta, różnią się od ludzi obdarzonych przeciętną inteligencją (IQ na poziomie 100), nadają się do eugenicznej eliminacji.
W początkowym okresie rozkwitu darwinowskiej eugeniki pojawił się cały wachlarz możliwości dotyczących eliminacji osób upośledzonych umysłowo - od propozycji, by osobnikom nieprzystosowanym nie pozwalać na rozmnażanie się, aż po pomysł, by pozbawiać ich życia. Czy król Richard popierałby eugenikę? I gdzie w opisanej powyżej skali należałoby usytuować jego poglądy? Z pewnością zdaje on sobie sprawę, że jest to kwestia delikatna; niedawno pisał o tym w szkockim tygodniku "Sunday Herald":
W latach 20 i 30 ubiegłego wieku uczeni - zarówno ci o poglądach lewicowych, jak i ci z politycznej prawicy - nie uznaliby koncepcji genetycznego modyfikowania dzieci za szczególnie niebezpieczną; oczywiście nie użyliby też takiego określenia. Podejrzewam jednak, że dziś pomysł ten jest zbyt kontrowersyjny, by spokojnie o nim dyskutować. Domyślam się także, że winien owej zmiany w myśleniu jest Adolf Hitler. Nikt nie chce, by przyłapano go na zgadzaniu się z tym potworem, choćby w najdrobniejszej kwestii. Widmo Hitlera doprowadziło niektórych naukowców do przejścia z drogi "powinno się zrobić" na drogę "tak się robi" i zaprzeczenia, że hodowla ludzi ze względu na ich cechy jest w ogóle możliwa. Jeśli jednak można hodować bydło tak, by zwiększyć jego mleczną wydajność, konie tak, by osiągały większą szybkość, a psy tak, by były lepszymi pasterzami, to dlaczegóż, u licha, nie miałoby być możliwe hodowanie ludzi tak, by dysponowali większymi zdolnościami matematycznymi, muzycznymi czy fizycznymi? Zastrzeżenia typu: "To nie są zdolności jednowymiarowe" dotyczą przecież w takim samym stopniu krów, koni i psów, a jakoś nigdy nie przeszkodziły w stosowaniu powyższej praktyki.
Zastanawiam się, czy sześćdziesiąt lat po śmierci Hitlera nie moglibyśmy przynajmniej odważyć się zapytać, jaka jest różnica moralna pomiędzy hodowaniem w celu uzyskania zdolności muzycznych a zmuszaniem dziecka do pobierania lekcji muzyki. Albo dlaczego dopuszczalne jest trenowanie biegaczy i skoczków wzwyż, ale nie hodowanie ich. Przychodzi mi do głowy kilka odpowiedzi, i to dobrych, które mnie samego prawdopodobnie by przekonały. Czyż nie nadszedł już czas, kiedy powinniśmy przestać się bać przynajmniej zadawania takich pytań? 
Co w takim razie zrobiłby Dawkins, gdyby był królem i nie musiał liczyć się z opinią publiczną? Biorąc pod uwagę, że wydaje się on popierać hodowlę ludzi w celu uzyskania cech lepszych (mówi o tym dokładnie takim samym językiem, jakiego używał Darwin), należy przypuszczać, iż najprawdopodobniej nie miałby żadnych obiekcji wobec eliminowania osobników nieprzystosowanych już w łonach ich matek (autorzy wykazali w poprzednich rozdziałach, że eliminacja słabszych jest jednym z najistotniejszych składników mechanizmu ewolucji, bez którego nie byłoby w niej wzrostu jakościowego; przeżywanie sprawniejszych i zdrowszych skutkuje wyższą jakością osobników w następnych pokoleniach - przypomnienie moje, autora blogu). Zważywszy na nacisk, jaki Dawkins kładzie na definiowanie człowieka za pomocą możliwości umysłowych, śmiało można wnioskować, że gdyby został królem, promowałby eliminację upośledzonych umysłowo, wykorzystując do tego coraz bardziej zaawansowane badania genetyczne płodu (już teraz przecież aborcja upośledzonych jest następstwem badań prenatalnych). A może nawet posunąłby się do tego, co sugeruje Peter Singer*, i zalegalizowałby dzieciobójstwo jako formę eliminowania upośledzonych? Czym różniłoby się to od dzisiejszej sytuacji? Otóż, kiedy już uwierzymy, że mamy moralny obowiązek, by wyeliminować upośledzonych, wkrótce stanie się to kwestią obowiązku państwowego. Można zaryzykować stwierdzenie, że dla króla Richarda eugenika byłaby elementem nieco szerszej wizji opieki zdrowotnej.
Może się to wydawać czczym wymysłem, ale takie właśnie byłyby nieuniknione następstwa, gdyby dawkinsowska koncepcja "superdobroci" stała się programem politycznym (superdobroć to postulowana przez Dawkinsa forma wyjścia poza mechanizmy ewolucji, aby wbrew niej ćwiczyć się we współczuciu, pomagać zwłaszcza cierpiącym, minimalizując ich cierpienie itd., w oparciu jednak nie o nadprzyrodzoną czy religijną motywację, ale z motywów dość niejasnych, natura bowiem nie promuje takich wartości - przypomnienie moje), a jego "moralny Zeitgeist" (duch czasu; autorzy pisali o tym w poprzednich rozdziałach), mógł wiać, gdzie mu się podoba. Ten, kto czytał o rewolucji francuskiej i widział, jak szybko w walce z chrześcijaństwem rozsądek został zastąpiony terrorem, i kto zgłębiał koszmarne próby bolszewików, by siłą uwolnić ludzkość z okowów religii - nie będzie uważał powyższego ćwiczenia za przesadzone. Jakobinizm i bolszewizm mogą przybierać nowe formy i nawet obecnie istnieje całkiem spore podobieństwo pomiędzy ich zwolennikami a współczesnymi nami apostołami politycznej poprawności. Z tą ostatnią grupą Dawkins jest także (choć dosyć luźno) powiązany - swój sztandar osadza na szańcu liberalizmu "moralnego Zeitgeist", jak sam informuje czytelnika. W tym kontekście nasz niepokój wypływa jeszcze z tego faktu, że Richard Dawkins porzucił trzy powiązane ze sobą aspekty liberalizmu" całkowitą wolność słowa, zobowiązanie się do tolerancji różnorodności kulturowych oraz prawo rodziców do sprzeciwu wobec ingerowania państwa w sprawy rodziny. Oznacza to, że odrzucił najistotniejsze zasady liberalizmu, które miały zabezpieczać go przed przekształceniem się w nową formę totalitaryzmu. W sytuacji, gdy nie istnieją żadne zasady ograniczające, jedynym czynnikiem powstrzymującym zaistnienie tego rodzaju nowej tyranii jest brak siły politycznej po stronie "czterech jeźdźców" nowego ateizmu - Richarda Dawkinsa, Daniela Dennetta, Christophera Hitchensa i Sama Harrisa. Ale jak już wiemy, to właśnie władza polityczna jest czymś, co obecnie usiłują oni uzyskać.

za: Dawkins kontra Bóg. Upadek nowego ateizmu w świetle nauki - Scott Hahn, Benjamin Wiker, Promic 2017.

* Peter Singer, współczesny etyk, na którego powołuje się Dawkins, a który dopuszcza eliminowanie osób niepełnosprawnych, ograniczonych umysłowo oraz upośledzonych, uważa też zoofilię za dopuszczalną, o ile nie krzywdzi się przy tym zwierząt.

niedziela, 2 września 2018

"Pan Bóg", czyli czcigodny Senior rodu

W poście tym, nie podważając dopuszczalności stosowania określenia "Pan Bóg" i jego względnej poprawności, chciałbym tylko zwrócić uwagę, że ma ono pochodzenie i korzenie bardziej ludowe i społeczne, niż biblijne lub teologiczne (pod teologicznym rozumiem jego poprawność w kontekście wiedzy o naturze Bożej, pochodzącej z Objawienia <czyli z wiedzy o Bogu objawionej przez Niego samego w Piśmie Świętym> i filozoficznego namysłu).

Określenie "Pan Bóg" (może się ono zdarzyć pojedynczo w niektórych tłumaczeniach Biblii, ale pisząc te słowa mam na myśli języki oryginalne), nie występuje ani jeden raz w Piśmie Świętym. W miejscach, w których jest ono obecne (a są one liczne), zawsze oddziela je przecinek - "Pan, Bóg (Twój, nasz, Izraela itd.)". "Pan" oznacza tu władającego, panującego, a nie szanowaną osobę rodzaju męskiego w stylu "pana Janusza". Podkreśla się w ten sposób, że Bóg nie jest kimś nieokreślonym, jakąś Energią, siłą natury lub tylko "Myślą myślącą samego siebie" Arystotelesa, ale że jest On władcą całego stworzenia, rozumnym, sprawującym nad nim opatrzność i mającym kontrolę nad dziejami świata, w takim sensie, że nic Go nie może zaskoczyć lub wymknąć Mu się, czego by nie chciał lub czego by nie dopuścił. Bóg jest więc również lub jednocześnie Panem, bo jest to Bóg Stwórca/Władca/Źródło i Cel wszystkiego, nie jest jednak "panem" Bogiem w sensie płci lub tym bardziej sugestii starszego wieku. Bóg jest wiecznie Młody (przez to, że jest pozaczasowy, że jest wiecznym Teraz) i nie posiada płci, jest ponad wszystkim, co posiada kategorię i rodzaj, jest Pełnią i Syntezą, od której pochodzą wszelkie podziały i rozróżnienia na zasadzie coraz dalszego podobieństwa, im bardziej coś jest szczegółowe i jednostkowe (oddzielone od czegoś innego, jak np. cecha jedna od drugiej).

Nie zawsze o tym przecinku w określeniu "Pan Bóg" pamiętają nawet duchowni, stało się ono tradycyjnym i dość instynktownym, dziedziczonym społecznie (bo paradoksalnie do w pełni intuicyjnego brakuje mu pewnego wglądu i chyba świadomości teologicznej) sformułowaniem zawierającym najprawdopodobniej myśl o a) osobowości Boga i b) zawierającej szacunek wobec Niego (nie jest to bowiem jakikolwiek bóg lub nieokreślona Boskość, ale "konkretny" Bóg zaangażowany w dzieje świata i człowieka, zasługujący na cześć z jego strony; w tym sensie "Pan" sugeruje tu Bożą osobowość). Nie jest jednak grzechem lub niestosownością używanie tego określenia, jest w nim zawarty intuicyjnie szacunek wobec Boga i podkreślony dystans między Nim a człowiekiem, w przeciwieństwie do używania pojęcia "Bóg" w sensie technicznym, na określenie Absolutu, do którego nie ma się stosunku lub tym bardziej wobec kogoś, do kogo nie ma się szacunku, jak to się zdarza nierzadko wśród niewierzących. Chodzi tylko o to, że nie jest to pojęcie ścisłe, nie ma korzeni biblijnych lub teologicznych, ale ludowe i tradycyjne, i w tym sensie wierni/wierzący nie są zobowiązani do jego powielania czy praktykowania.

Jest więc "Pan Tadeusz" i "Pan Janusz", nie ma jednak "Pana Boga". Jest Pan, Bóg, który cię stworzył, opiekuje się tobą i włada twoją historią (w sensie ogarnia ją, ma władzę nad dziejami świata i ludzi, bez determinowania ich jednak). Ten "Pan" nad tobą jest nim, bo jest Bogiem, wszechmocnym Stwórcą świata, dlatego panowanie i władanie są wpisane w pojęcie "Bóg", jednak te władcze przymioty mają podkreślić tylko cechy istotne dla kogoś, kto w Bogu nie widzi Przyjaciela lub stara się nie brać Go pod uwagę w swoim życiu lub stosunku do świata (w Biblii określenie "Pan, Bóg" miało podkreślić wyjątkowość Boga Izraela na tle innych wierzeń właśnie jako panującego, we wczesnym etapie myśli biblijnej nawet nad ewentualnymi innymi bogami, których istnienia się jednoznacznie nie negowało, i jako Władcę stworzenia). Dla bliskich sobie Bóg posiada istotniejsze cechy (bliższe Jego istoty) i stosowniejsze określenia. Św. Augustyn mówił do wiernych "Dla was jestem biskupem, z wami chrześcijaninem", Bóg mógłby powiedzieć "Dla was jako stworzeń jestem Panem i Prawodawcą, dla was jako zaangażowanych wierzących, świadomie Mnie wybierających, jako Moich dzieci, sióstr i braci mojego Syna, którego uznaliście i przyjęliście, jestem Przyjacielem i przyszłym Szczęściem".

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Czy Bóg kocha wszystkich ludzi?

Czy bez względu na jakość ich czynów i motywacje, którymi się kierują, Bóg zawsze kocha wszystkich ludzi?

Napisz: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech (...).

Dzienniczek, 1728, św. Faustyna Kowalska

Duszy, którą plami grzech, czyli grzesznej duszy - po prostu grzesznika. Zdanie to więc oznacza: Nie mogę kochać (a więc nie kocham) (aktywnych i "z wyboru") grzeszników. 
Dotyczy to jednak tylko ludzi trwających w grzechach ciężkich, a więc świadomych tego, co robią i mimo tego wybierających drogę nie-miłości, nie osób potykających się i błądzących.

Dalszy ciąg cytowanego fragmentu Dzienniczka brzmi jednak:

... ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla mojej hojności, jaką mam ku niej. (...)
Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję [się] w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. (...)

Czy można czekać w ten sposób i jednak nie kochać? Samo to czekanie i pragnienie przemiany jest już formą miłości (pragnieniem dobra dla drugiego, jak określił miłość św. Tomasz), nie jest to jednak miłość "czynna", zbawiająca, działająca aktywnie w duszy takiej osoby i prowadząca ją poprzez przemieniającą łaskę do Boga. Nie jest, bo taka miłość wymaga zgody, przyjęcia, a wybór zła jest odmową uczynienia przestrzeni dla dobra, jest jego odrzuceniem. Bóg nie może więc aktywnie i realnie (działając i przemieniając <bo czy da się kochać teoretycznie?>) kochać tego, co jest z Nim fundamentalnie sprzeczne, co nie jest z Nim współ-naturalne. To sprawiedliwe. Nie sprawiedliwością surowości, ale sprawiedliwością jakiej domaga się miłość. Jest ona przecież ze swojej natury sprawiedliwa - nie może akceptować niesprawiedliwości. Zaprzyjaźniona z Dobrem, tożsama z nim, nie chodzi na kompromisy ze Złem, bo oznaczałoby to jego akceptację, gotowość uznania jego prawdy. Miłość nie akceptuje zła. Żona, mimo miłości do męża, zrezygnuje z niego, odejdzie, jeśli wykorzystuje on seksualnie ich córkę i bez przymusu nie chce/nie potrafi tego zmienić. Miłość akceptuje upadki i błędy, bo są przejawami słabości/niewiedzy, ale co oznaczałaby jej akceptacja dla definitywnego, wybranego świadomie i w wolny sposób, zła, którego nie chce się już korygować ani z niego wychodzić? Taka akceptacja byłaby absurdalna, jest ona po prostu niemożliwa.

Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech (...).

Nie mogę realnie, ani praktycznie kochać kogoś, kto wybrał w wolny sposób zło, bo ta miłość oznaczałaby akceptację dla jego drogi i pomagałaby mu ją podtrzymać, przez udzielanie mu łaski i błogosławieństwa (a tylko tak Bóg może kochać). Wybierając w sposób świadomy, utożsamił się ze swoim wyborem, nie pozostawił więc już w sobie żadnej przestrzeni, którą Mógłbym objąć miłością, która nosiłaby jeszcze jakieś podobieństwo do Mnie (a Bóg nie może kochać tego, co radykalnie do Niego niepodobne, co już nie nosi Jego śladów).
 

Miłość może być tylko realna i praktyczna, gdy ktoś zaangażowany w zło na to nie pozwala, po prostu jej nie ma. Jak u męża, od którego musiała odejść żona z wykorzystywaną córką. Była gotowa go kochać dopóki zło miałoby charakter słabości i mąż nie odnajdywałby się w nim. Gdy stało się przeciwnie i czerpał z niego satysfakcję, jej miłość musiała ustąpić. Nie da się odczuwać dobra do tego, co nie zawiera w sobie dobra. To słuszne i naturalne. Rodzajem nieprawości byłoby odczuwać wobec czegoś takiego dobro. Nie ma więc powodu, aby i Bóg kochał to, co tożsame ze złem, jeśli faktycznie ze złem się utożsamiło, czyli odnalazło w nim.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Mini słownik teologiczny (1)

człowiek -  
Ja jestem tym, który Jest; ty jesteś tą, która nie jest - Jezus do św. Katarzyny ze Sieny;
ale też
Ja rzekłem: Jesteście bogami i wszyscy - synami Najwyższego - Psalm 82,6, który powtarza Jezus w Ewangelii św. Jana 10,34;

chrześcijanin -
osoba powołana do tego, aby przez łaskę (Bóg zamieszkujący w duszy) stać się tym, czym Bóg jest z natury;

chrzest -
włączenie w wewnętrzne życie Boga, poprzez Jego zamieszkiwanie w duszy, co usuwa dystans między człowiekiem a Bogiem zapoczątkowany przez grzech pierworodny i z bycia Jego stworzeniem (zewnętrzna podległość Mu i przynależność poprzez spełnianie przykazań) przywraca status dziecka Bożego (wewnętrzna, substancjalna obecność Boga w duszy, jednocząca ją z Nim);

doskonałość -
stopień podobieństwa do Boga, o którym decyduje rozwój nadprzyrodzonej miłości w duszy, udzielanej jej poprzez coraz pełniejsze zjednoczenie z Bogiem;

łaska -
wyniesienie natury ludzkiej do nadprzyrodzoności, czyli przysposobienie jej z bycia "przed Bogiem" i "wobec Boga", zewnętrznego wobec Niego, do bycia "w Nim", do "uczestnictwa w Bożej naturze", jak mówi św. Piotr (2 Piotra 1,4); bez tego przysposobienia, które teologia prawosławna nazywa przebóstwieniem, nie byłoby możliwe poznanie istoty Bożej w przyszłym życiu i głębokie zrozumienie praw rządzących duchowym światem; od stopnia rozwoju łaski uzależniony będzie stopień szczęśliwości zbawionych;

zbawienie -
poprawnie rozumiane zbawienie nie jest ocaleniem (od potępienia), które dokona się w śmierci; jest ono przywróceniem już teraz tego, co odebrał człowiekowi grzech pierworodny, a więc przyjaźni z Bogiem (rozumianej jako Jego realna obecność w duszy) i możliwości zrealizowania w sobie podobieństwa Bożego, poprzez trwanie (i wzrastanie) w łasce; zbawienie nie jest jednorazowym aktem ze strony Boga, na który człowiek biernie zezwala, ale procesem, w którym człowiek czynnie uczestniczy współpracując z łaską; inne określenie zbawienia to theosis, przebóstwienie, rozumiane jako upodobnienie do Boga, theopoiesis;

sobota, 31 marca 2018

Czy Chrystus zstąpił do piekła?

Zstąpienie Chrystusa do "piekieł" jest prawdą wiary, znajdującą się w chrześcijańskim Credo. Co jednak oznacza?

Jak pisze Robert Rynkowski w artykule "Zstąpił do piekieł, czyli dokąd i po co?":
(...) Pojawiające się w greckiej wersji wyznania wiary greckie wyrażenie katelthonta eis ta katotata niekoniecznie oznacza zstąpienie do piekieł. Tak naprawdę chodzi tu o dół, a słowo katotata koresponduje z katotera (niższe) z Ef 4, 9. Przyjęte w tłumaczeniu łacińskim wyrażenie descendit ad infernos (Sobór Laterański IV, 1215 r.) sugeruje piekło. W tekście greckim chodzi jednak o starotestamentowy Szeol (gr. Hades), nie zaś piekło we właściwym sensie, takim, w jakim dzisiaj jest rozumiane.
i dalej:
Generalnie wiara ta sprowadzała się do przekonania, że zmarli trafiają do Szeolu, krainy umarłych. Był on rozumiany jako jednakowo smutny i jednakowo beznadziejny dla wszystkich, dla dobrych, mniej dobrych i złych. Wieczność dla każdego była tak samo przygnębiająca, mroczna i nudna. Wszystkich pozbawiał on nadziei i wykluczał możliwość poprawy.
Biblijny Szeol (a grecki Hades) nie był miejscem kary, piekłem w naszym rozumieniu. Był krainą umarłych, do której trafiali sprawiedliwi (na początku trafiali tam wszyscy, nie było podziału na dobrych i złych, później te przekonania przekształciły się), ponieważ nie było wtedy rozwiniętej koncepcji zbawienia i nieba po śmierci. Rodziła się dopiero koncepcja zmartwychwstania, czyli ponownego przywrócenia do życia w ciele.
Szeol był miejscem przebywania wszystkich zmarłych sprawiedliwych do czasu osiągnięcia zbawienia, czyli życia wiecznego. Nie było to jednak możliwe przed dokonaniem odkupienia przez Jezusa, którego zbawcza śmierć otworzyła bramy Szeolu i umożliwiła człowiekowi pełne pojednanie z Bogiem, przywróciła przyjaźń pomiędzy Nim a człowiekiem i zadośćuczyniła za grzechy ludzkości od jej początków.

Rynkowski dalej pisze:
(...) Oszczędne i dość nieprecyzyjne wypowiedzi Biblii, a także grecka wersja wyznania wiary wskazują zatem, że Jezus zstąpił do Szeolu, krainy zmarłych, nie zaś do miejsca kary, piekła. Jednak to miejsce, do którego zstąpił, to miejsce beznadziei i odcięcia od Boga. Ciekawe jest to, co w tym kontekście mówi Gisbert Greshake (Życie silniejsze niż śmierć, s. 145n). Zdaniem tego teologa zstąpienie Jezusa do piekieł oznacza doświadczenie przez Niego Szeolu. A Szeol to królestwo zmarłych, strefa totalnej pustki, opuszczenia przez Boga. Jest to kraina, w której człowiek przestał chwalić Boga, a Bóg zapomniał o człowieku, a zatem taka, w której nie ma żadnej komunikacji między Bogiem a człowiekiem.
Jezus zstąpił tam, aby doświadczyć wszystkich konsekwencji opuszczenia przez Boga (wziął na siebie ludzkie grzechy, przez co musiał doświadczyć także ich skutków, czyli pełnego oddzielenia od Niego, pozbawienia stanu przyjaźni z Nim) oraz aby ogłosić zmarłym amnestię, wyprowadzić ich stamtąd.

Chrystus zstąpił więc do "piekieł", czyli do Szeolu, świata zmarłych sprawiedliwych ("dobrych"), nie do piekła odrzuconych i złych. Z tego ostatniego stanu nie ma już odwrotu, wola potępionych jest utwierdzona w złu i Chrystus nie miałby co robić w świecie pozbawionym nadziei i możliwości zmiany.

poniedziałek, 26 marca 2018

Czy może poznać Boga i prawdę człowiek nieetyczny?

"Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością" (1 Jana 4,8).

W zasadzie można by na tym zakończyć, św. Jan zawarł w tych słowach odpowiedź.
Można dodać jeszcze, że Bóg jest Osobą, nie Obiektem w przyrodzie, do którego dostęp ma każdy, kto chce lub komu pozwalają na to warunki (np. zaawansowana technologia).

Gdy stoimy przed człowiekiem, który nie jest naszym przyjacielem, który jest obcy i wrogi, nie dajemy mu dostępu do siebie. Nawet jeśli okazuje wobec nas swoją władzę (a może m.in. właśnie dlatego). Ma w ręce nasz dowód tożsamości, wie ile mamy wzrostu, jak mamy na imię i zna datę naszych urodzin. Sądzi, że nas zna i wie o nas to, co najważniejsze. Wiemy jednak, że się myli. Wie o nas to, co jest najmniej istotne i co jest wiedzą faktograficzną, najbardziej powierzchowną i często uwarunkowaną zewnętrznymi okolicznościami - imię nadane przez rodziców, miejscowość urodzenia, na którą nie mieliśmy wpływu i która mogła być całkiem przypadkowa (prywatny szpital w innym mieście i opłacony w nim pobyt 2-3 dniowy, w miejscowości, której nie lubimy i która nie odegrała żadnej roli w naszym życiu), wyuczony zawód, którego mogliśmy nigdy nie wykonywać z racji zmiany zainteresowań i przekwalifikowania, itd. Nic nie wie ten człowiek o nas jako o osobie. Wie o faktach z naszego życia, często oddalonych i obojętnych już dla nas, nie ma jednak żadnego dostępu do naszego osobowego świata wewnętrznego, do świata naszych przekonań, systemu wartości, jaki wyznajemy, do naszego poznania odnośnie wymiaru materialnego, psychologicznego lub metafizycznego, czy do świata naszych potrzeb, pragnień, umiejętności i pasji. Nie ma pojęcia kim jesteśmy i nie może go mieć, jeśli sami nie zechcemy odsłonić się przed nim. Nie ma do nas żadnego klucza, jest całkiem bezsilny. Jesteśmy osobami, nosimy w sobie pewną przestrzeń aksjologiczno-poznawczo-dążeniową, mamy doświadczenie świata i historię osobistą, która to doświadczenie filtruje, przetwarza to doświadczanie świata i rzeczy na pewną syntezę przekonań, upodobań i pragnień. Wszystko to się odbywa w sposób niewidzialny, nierejestrowalny dla kogoś z zewnątrz (jeśli nie jest bliskim i jeśli nie ma do nas dostępu przez miłość), choć może się częściowo objawiać działalnością, jeśli na to się zdecydowaliśmy. Dlatego ten, o kim nie chcemy, aby miał o nas istotną i pogłębioną wiedzę, nie może jej posiąść.

Jeśli Bóg jest Osobą, nie Obiektem lub jakimś bezosobowym prawem, choćby metafizycznym, wniosek nasuwa się sam. Będąc Osobą, jest pewnym światem, przestrzenią wewnętrzną, w której wszystko, co istniejące, istnieje w sposób maksymalny, pełny, doskonały. Jest więc On pewną sumą cech, atrybutów i możliwości, które czynią Go Jakością. Bóg nie jest Faktem, obiektem lub równaniem, którym można zawładnąć, jest Jakością, a więc przestrzenią Prawdy i Świętości, która pozostaje nieosiągalna, niedostępna dla tych, dla których Bóg chce pozostać niedostępny. Do prawdziwej wiedzy o sobie, do głębokiego poznania nas dopuszczamy tylko osoby, które są nam oddane i które mają do nas szacunek, czyli te, które nas kochają. Dlaczego Bóg, który jest samą prawdą, świętością i czystością, miałby mieć niższe wymagania niż my? Nie ma żadnego powodu tak sądzić. Dopuszcza On do siebie, a więc daje właściwe i głębokie poznanie swojej Osoby tylko tym, którzy będą Jego przyjaciółmi*. Nikt inny, kto nie kieruje się głębokim i szczerym pragnieniem poznania Boga, nie uzyska nigdy klucza do Jego osoby i sekretów Jego istnienia. Choćby stwierdził o własnych siłach, że Bóg istnieje, nic więcej o Nim nie będzie w stanie powiedzieć. Bóg pozostanie dla niego na zawsze nieosiągalny jako świat i przestrzeń właściwego poznania. Będzie on jak Mojżesz, któremu Bóg z powodu jego grzechu nie pozwolił wejść do ziemi obiecanej i który umarł widząc z daleka tylko jej zarys.

"Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością"

"Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą"

Pomijając już to, że tylko podobne może zrozumieć podobne (więc jeśli nie upodobnimy się do przedmiotu poznania, zwłaszcza, gdy dotyczy to rzeczy subtelnych, praw i prawd świata duchowego), Bóg po prostu nie udziela poznania, a więc swojej łaski, ludziom nieczystym i złej woli. Wymusza to na nim Jego wewnętrzna prawda i świętość/szacunek wobec Siebie, wobec tego, kim jest odwiecznie i kim przestać być nie może, ani nie chce.

Jeśli więc ktoś źle się prowadzi, jeśli nie nadaje sobie, ani swoim poszukiwaniom żadnej dyscypliny duchowej/moralnej, jeśli inni doznają z jego strony krzywdy i niesprawiedliwości (także poprzez nierzetelną, niesprawiedliwą ocenę ich wierzeń i systemów wartości), jeśli nie jest człowiekiem "dobrym" lub choćby przyzwoitym, to zajmując się filozofią, metafizyką czy religią, traci tylko czas. Jest to jedynie zabawa w prawdę i intelektualna rozrywka, która nie zrodzi żadnych istotnych owoców.

Jest pewne, z punktu widzenia religii, że człowiek nieetyczny nie może poznać Boga, a więc również pełnej prawdy dotyczącej świata i osób ludzkich. Nawet tym, którzy to poznanie kiedyś osiągnęli, oczywiście częściowo, poprzez prawdziwe doświadczenie duchowe i oddanie sprawom religii, Bóg to poznanie odbiera, jeśli nie byli wierni i zeszli z dobrej drogi. Przy końcu życia zostaną z pustymi rękami, pamiętając już tylko mgliście, że pamiętali.

"Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie». Rzekł do Niego Juda, ale nie Iskariota: «Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?» W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać." ** (Ew. św. Jana, 14,21)

___________________

* A więc istnieje rodzaj gnozy chrześcijańskiej, czyli poznania nieoczywistego, uzależnionego od stopnia zaangażowania i oddania sprawom wiary (a także od wolnej decyzji Boga, który decyduje komu i co zechce objawić), wiedzy dla "wybranych", z tym zastrzeżeniem, że "Wybranymi moimi są ci, którzy Mnie wybierają", a więc jest to poznanie dostępne wszystkim tym, którzy chcą go dostąpić i którzy Boga szukają, nie po to, aby Nim zawładnąć i aby mieć o Nim wiedzę, ale aby miłośnie zbliżyć się do Niego i zjednoczyć z Nim.

** Bóg nigdy nie przebywa w duszy bezczynnie, działa w niej, powoduje jej wzrost, pomnaża światło i poznanie, porządkuje, prowadzi i utrwala w dobrym.