Wiara jest zaufaniem temu, co do czego mam powód wierzyć, że jest prawdziwe. (J.P. Moreland)

Wiara religijna i zabobon są czymś całkowicie różnym. Drugie wypływa z lęku
i jest rodzajem fałszywej nauki. Pierwsze jest ufnością. (L. Wittgenstein)

W sytuacji niepewności poznawczej, w jakiej znajduje się człowiek odnośnie istnienia Boga, bardziej racjonalnym jest
- w świetle posiadanych racji za i przeciw - a także bardziej owocnym społecznie i egzystencjalnie (dla ludzkich zbiorowości,
jak i dla wzrostu moralno-duchowego jednostki) opowiedzieć się za Jego istnieniem i podjąć ryzyko wiary.
Wielkie, wiarygodne i ważkie aksjologicznie idee wymagają bardzo silnych racji, aby mogły zostać odrzucone.
Ateizm nie posiada silnych i spójnych racji podważających teizm (wiarę w osobowego Boga), jest też jednym z najsłabiej filozoficznie
uzasadnionych światopoglądów, tym samym opowiedzenie się za teizmem jawi się jako akt bardziej spójny intelektualnie
i właściwszy moralnie.
(przekonanie własne)

wtorek, 25 grudnia 2018

Czy religia jest dla głąbów?

Współczesny dostęp do edukacji - solidna droga do osiągnięć edukacyjnych - zależy od krajowej infrastruktury edukacyjnej. W wielu przypadkach fundamenty tej infrastruktury opierają się na obiektach zbudowanych pierwotnie przez przywódców religijnych i organizacje powstałe w celu szerzenia wiary i promowania jej nauki. 
W Indiach najbardziej uczonymi mężczyznami (a czasem kobietami) w starożytności byli mieszkańcy klasztorów buddyjskich i hinduskich. Na Bliskim Wschodzie i w Europie chrześcijańscy mnisi budowali biblioteki, a w czasach przed wynalezieniem druku zachowali ważne wcześniejsze pisma sporządzone w języku łacińskim, greckim i arabskim. W wielu przypadkach klasztory religijne przekształciły się w uniwersytety.

Kiedy rząd Tajlandii wprowadził świeckie nauczanie w zachodnim stylu na początku XX wieku, wykorzystał szkoły klasztorne jako narzędzie docierania do szerszej populacji. W latach siedemdziesiątych prawie 50% tajlandzkich szkół podstawowych nadal znajdowało się w klasztorach buddyjskich. 
Wysoki poziom osiągnięć edukacyjnych Żydów (najniższy odsetek analfabetyzmu na świecie) według niektórych najnowszych badań może być zakorzeniony w starożytnych normach religijnych. 
Około 65 r. n.e. żydowski arcykapłan Joshua ben Gamla wydał dekret religijny, zalecający aby każdy żydowski ojciec posyłał swoich synów do szkoły podstawowej, aby nauczyli się czytać w celu studiowania Tory. Kilka lat później Rzymianie zniszczyli Świątynię Jerozolimską. Rytuały i ofiary świątynne były filarem żydowskiego życia religijnego. Aby je zastąpić, żydowscy przywódcy religijni podkreślili potrzebę studiowania Tory w synagogach. Przywiązali odtąd większą wagę do owego dekretu religijnego o wychowaniu synów, czyniąc go obowiązkiem religijnym dla wszystkich żydowskich ojców. W ciągu następnych kilku stuleci ustanowiono formalny system szkolny dołączony do synagog.
Przez pierwsze tysiąclecie nikt oprócz Żydów nie miał normy wymagającej od ojców edukacji swoich synów. Ten religijny obowiązek oznaczał, że męscy Żydzi, w większym stopniu niż ich współcześni, byli piśmienni, co dawało im przewagę m.in. w handlu. 
W Niemczech Marcin Luter wezwał każde miasto do zakładania szkół dla dziewcząt, aby uczyły się w nich czytać Ewangelię, wywołując falę budowania żeńskich szkół na obszarach protestanckich. 
Niektórzy uczeni postawili hipotezę, że wyższy poziom zaangażowania religijnego prowadzi do większego poziomu wykształcenia. Uważają, że zaangażowanie religijne zwiększa kapitał społeczny jednostki w postaci sieci rodzinnych i rówieśniczych, które promują sukces edukacyjny. Chandra Muller i Christopher G. Ellison, socjolodzy z University of Texas stwierdzili w badaniu dotyczącym amerykańskich nastolatków, że „pozytywny wpływ zaangażowania religijnego skutkuje kilkoma kluczowymi efektami w nauce”, na przykład uzyskaniem dyplomu ukończenia szkoły średniej. Podobnie w swoim badaniu kobiet wychowanych jako konserwatywne protestantki profesor ekonomii z University of Illinois Evelyn L. Lehrer zauważa, że ci, którzy często uczęszczali na nabożeństwa w okresie dojrzewania, kończyli kolejny rok nauki częściej niż ich mniej zaangażowani religijnie rówieśnicy. 
Wykazano, że obecność chrześcijańskich misjonarzy na terenie Afryki Subsaharyjskiej, zwłaszcza protestanckich, jest silnie skorelowana ze wzrostem poziomu wykształcenia, a efekty tej edukacji wydają się utrzymywać przez wiele pokoleń. 
Chociaż chrześcijańskie szkółki niedzielne są obecnie zwykle poświęcone nauczaniu religii, ich korzenie tkwią w brytyjskim ruchu szkółek niedzielnych rozpoczętym w latach 80-tych XVIII wieku, których celem było uczyć czytania i pisania biedne dzieci, a podręcznikiem do tego służącym była Biblia. 
Protestanccy misjonarze pomogli szerzyć demokrację w Afryce, kiedy priorytetowo traktowali edukację i umiejętność czytania jako przygotowanie do nawrócenia. „Próbując szerzyć swoją wiarę, poszerzyli wolność religijną, pokonali opór wobec braku masowej edukacji i druku, wspierali społeczeństwo obywatelskie, łagodzili nadużycia kolonialne i rozpraszali elitarną władzę” (Robert D. Woodberry, „The Missionary Roots of Liberal Democracy”, w: American Political Science Review, 2012). „Te warunki położyły fundamenty pod demokrację”. 
Jeśli chodzi o edukację Japonia zawdzięcza wpływom buddyjskim i klasztornemu nauczaniu więcej niż jakikolwiek inny naród, być może za wyjątkiem Birmy. Kiedy europejczycy przedostali się do Japonii, odkryli, że większość Japończyków, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, potrafi czytać i pisać. Zostali wykształceni przez mnichów buddyjskich w szkołach przyświątynnych znanych jako terakoya. Uczestnictwo w tych szkołach było całkowicie dobrowolne. Istniały też szkoły dla dziewcząt prowadzone pod kierunkiem mniszek.  
(...) Socjolog Mark D. Regnerus z University of Texas w Austin przytacza wyniki, z których wynika, że „zaangażowanie młodzieży w działalność kościelną ma pozytywny związek zarówno z ambicjami związanymi z edukacją, jak i z osiągnięciami w matematyce i czytaniu”. Według niego jednym ze sposobów na osiąganie sukcesów w szkolnictwie jest zwiększona obecność czynnika religijnego w szkołach publicznych” (Journal for the Scientific Study of Religion). 
Niektórzy uczeni postawili hipotezę, że wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia wiele osób porzuci tożsamość religijną i zwróci się do nauki lub innych pozareligijnych źródeł w celu uzyskania odpowiedzi na najważniejsze pytania w życiu. Dowody na związek między osiągnięciami edukacyjnymi a odrzuceniem religii są jednak mieszane. Na przykład w jednym z badań przeprowadzonych niedawno na grupie młodych, dorastających osób w USA, socjolog z Baylor University Jeremy Uecker i jego koledzy w 2007 roku stwierdzili, że młode osoby, którzy nie uczęszczały na studia, były bardziej skłonne do rezygnacji z przynależności religijnej niż te, które aktywnie studiowały.
(za: Religion and Education Around the World, Pew Research Center, raport z badań opublikowany w 2016 r.)
W chwili kasacji zakonu w 1773 r. jezuici kierowali 30 ze 130 obserwatoriów astronomicznych działających wówczas na świecie.

W 1873 r. jezuici budują obserwatorium meteorologiczne w Zika-Wei w Chinach, w 1926 r. zostaje uznane przez Międzynarodową Unię Astronomiczną za jeden z trzech najważniejszych ośrodków na świecie.

W 1957 r. jezuici zakładają w Montrealu obserwatorium geofizyczne wyposażone w najlepsze instrumenty sejsmiczne w Kanadzie oraz jedyne w całym kraju urządzenia do badań elektryczności w atmosferze ziemskiej. 

Misjonarz-jezuita Johann Adam Schall (w latach 1630-66 przebywający na pekińskim dworze) prowadzi kurs astronomii dla 200 członków Chińskiego Trybunału Astronomicznego, po czym zostaje jego prezesem i jednocześnie dyrektorem Obserwatorium Cesarskiego. W 1669 r. dyrektorem tego chińskiego Obserwatorium zostaje inny jezuita, Ferdynand Verbiest. Zostaje również przewodniczącym Trybunału Astronomicznego i przeprowadza reformę chińskiego kalendarza. 
Od czasu o. Verbiesta - przez niespełna trzy wieki (od lat 60-ych XVII wieku, cały XVIII wiek i początek XIX wieku) - prezesami Chińskiego Trybunału Astronomicznego są jezuici (10 jezuitów-astronomów czterech narodowości, łącznie z Schallem i Verbiestem 12).

Do najstarszych w USA należy obserwatorium Uniwersytetu Georgetown (Waszyngton) wybudowane ok. 1842 przez jezuitę Jaime Curleya. Tamtejsza stacja sejsmiczna była przez wiele lat najlepiej wyposażoną w Stanach Zjednoczonych.

W Nowym Świecie najstarszy w całej Ameryce uniwersytet zakładają w 1538 na Santo Domingo dominikanie (na 100 lat przed założeniem Uniwersytetu Harvarda, pierwszej uczelni w USA).

Nie licząc innych zakonów, tylko jezuici prowadzą w USA 28 uniwersytetów i prestiżowych college'ów, w Ameryce Łacińskiej prowadzą 22 uniwersytety. 

W Indiach Kościół katolicki prowadzi 80 placówek na poziomie uniwersyteckim, a najlepsza szkoła w Kalkucie (podstawowa i średnia, połączone) prowadzona jest przez salezjanów. 

Łączna liczba uniwersytetów katolickich wynosi ponad 1000, z czego 200 to uniwersytety pełne, obecne na 5 kontynentach.

(za: Kościół i nauka, Jose M. R. Morales, WAM 2003)

Za najstarszy uniwersytet europejski uchodzi Cesarski Uniwersytet Konstantynopola (tzw. Pandidakterion), założony w 425 r. przez chrześcijańskiego cesarza Teodozjusza II, którego głównym celem było wykształcenie personelu do obsadzenia posad państwowych i kościelnych.

Najstarsza, nieprzerwanie działająca do dziś biblioteka w historii, to Biblioteka Klasztoru św. Katarzyny na Górze Synaj.

Kodeks Synajski (manuskrypt w j. greckim z IV w., zawierający tekst Starego i Nowego Testamentu, odnaleziony w klasztorze św. Katarzyny na Synaju) to najstarsza tak duża i kompletna księga świata.

Na 9 najważniejszych bibliotek w historii ludzkości, 5 to biblioteki religijne (ranking portalu czytaj.pl).

Nie licząc edukacji prowadzonej przez protestantów na tym kontynencie, Kościół katolicki prowadzi w Afryce 47 703 tys. szkół podstawowych i średnich, kształci w nich ok. 19 mln uczniów.

Watykański szpital Bambino Gesù, którego kadra badawcza liczy ponad 700 naukowców (całość personelu to 3,3 tys. osób), odkrył tylko w 2017 roku 16 nowych rzadkich chorób, co pozwoliło zdiagnozować ponad połowę pacjentów z nierozpoznanymi dotąd schorzeniami. Pracownicy mogą poszczycić się 663 publikacjami naukowymi o łącznej wartości punktowej 2700 IF (punkty tzw. Impact Factor). Personel medyczny przyjął zaś w 2017 r. aż 13 203 młodych pacjentów z rzadkimi schorzeniami.
Jako jedyny w Europie, szpital Bambino Gesù jest w stanie przeprowadzić każdego rodzaju przeszczep u dziecka.

Do Papieskiej Akademii Nauk do roku 2019 należało 79 noblistów.

*

Podejmowanie gry z religią rzymskokatolicką nie jest ryzykowne, bo nawet jeśli się sięgnie zenitów wulgarności, brutalności, prowokacji, to człowieka nie może spotkać wielka krzywda. Najwyżej ksiądz nie da rozgrzeszenia, dziecka nie ochrzci (…) Kopanie w chrześcijaństwo jest stosunkowo przyjemnym zajęciem i mało niebezpiecznym”. (Wywiad z artystą P. Naliwajko, „Art & Business", 2002 
- Czy zatem ludzie religijni są głupsi od ateistów?
- W większości nie. (...) Ale wśród ludzi, którzy w jednakowym stopniu mają dostęp do nauki i wiary w Boga Stwórcę, ci którzy wybrali wiarę, są głupsi. 
(wywiad z Richardem Dawkinsem, M. Fabjański, 2007) (1)
Gdy nazwałem dogmaty katolickie gównem, zostało to uznane przez niektórych za obraźliwe. (Sam Harris, neurobiolog, jeden z czołowych ateistów i wzorców nowego, oświeconego humanizmu; autor książki o wartościach)

Nie będzie to bardzo rzetelny i wyczerpujący post, choć będzie długi. Chciałbym przyjrzeć się w nim pewnemu podejrzeniu w stosunku do ludzi posiadających przekonania religijne, jakoby stan ich mózgów i władz umysłowych znajdował się w mniej atrakcyjnym położeniu, niż u osób niewierzących.

Gdyby ktoś chciał uczciwie podejść do sprawy i zweryfikować, co tak naprawdę większość zdeklarowanych ateistów myśli o wierzących oraz co zalega pod polityczną poprawnością wymuszonych publicznie wypowiedzi, byłoby to nie tylko dość łatwe, ale również efekty byłyby zaskakujące. Moje doświadczenie nie musi odgrywać decydującej roli, jednak poza własną historią i wydarzeniami jej dotyczącymi, mam też oczy, w miarę sprawne władze poznawcze i przynajmniej elementarnie sprawny umysł. Wystarczająco, by móc stwierdzić, że statystycznie na 10 aktywnie działających w Internecie niewierzących (portale racjonalistyczne, ateistyczne, blogi ateistyczne, fora ateistyczne, fora religijne, komentarze pod artykułami dotyczącymi tematów religijnych lub pod filmikami na YouTube) tylko 1 do 1,5 to ludzie, którzy nie noszą w sobie pogardy i braku elementarnego szacunku do tzw. "religiantów", czyli osób wyznających jakąkolwiek religię (może poza buddyzmem, któremu w źródłowej wersji do ateizmu najbliżej).
Być może to 1,5 osoby brzmi zabawnie, w moim jednak przekonaniu liczba ta ilustruje, w sposób jeśli nie ścisły, to bardzo przybliżony, skalę problemu (bo jeśli dla kogoś nie jest to problemem, to ma problem, lub, co gorsza, niedługo będzie sam stanowić problem dla społeczeństwa). Jest wydarzeniem niezwykłym spotkać ateistę z wyboru, zwłaszcza takiego, który dokonał przed dawnym proboszczem aktu apostazji, który byłby zdolny do dialogu z osobą wierzącą i który uważałby, że status psychiczny i intelektualny tego "religianta" jest równy jego własnemu. Dwie takie osoby na dziesięć stanowiłyby "dobrą nowinę", byłoby to świetną wiadomością, rzeczywistość jest jednak bardziej smutna i teista wie, że mając przed sobą 10 tzw. "naukowych ateistów", od 8 dowie się, że nie jest dla nich partnerem do dialogu, nie jest kimś obiektywnym w swoich dążeniach i poszukiwaniach, że jest wyznawcą zabobonów, co dyskwalifikuje go jako osobę racjonalną, intelektualnie dojrzałą, a tak w ogóle to "nie ma on ochoty rozmawiać z idiotą". Dziewiąta osoba będzie rozdarta, prywatnie uważając, że ma do czynienia z głąbem, ale w ramach humanizmu, który winien stać u podłoża ateistycznego zapatrywania na rzeczywistość (obywatele Chin i Korei Płn. wiedzą jaki posmak miewa "ateistyczny humanizm", zwłaszcza zaś chrześcijanie w tych krajach doświadczają jego szlachectwa), będzie chciała być łaskawa i tolerancyjna dla religianta, co przejawi się w powstrzymaniu się od epitetów w jego stronę. Nie zawsze na długo.

Zdecydowana większość zdeklarowanych ateistów uważa ludzi wierzących za nie(do)-rozwiniętych intelektualnie i psychicznie, czasami bardziej intelektualnie (brak wiedzy, nieumiejętność krytycznego/samodzielnego myślenia, mieszanie tzw. mitów z wiedzą empiryczną, z faktami, co tworzy hybrydy nie będące ani wiedzą, ani zwykłym zabobonem, tylko wiarą religijną, czyli pseudowiedzą i pseudopoznaniem), czasami bardziej psychicznie (kompleks sieroty potrzebującej kosmicznego Ojca, potrzeba akceptacji społecznej, gdy większość danej populacji stanowią osoby wierzące, lęk przed śmiercią i pragnienie życia po niej, myślenie życzeniowe, potrzeba autorytetu itd.). Jak wspomniałem łatwo to sprawdzić zaglądając na portale ateistyczno-racjonalistyczne i czytając tamtejsze fora lub na blogi ateistów, a także na fora religijne, gdzie obecnie co najmniej 25-30% użytkowników to ateiści. Potwierdziłoby moją tezę także zajrzenie do prac czołowych ateistów, takich jak R. Dawkins lub Ch. Hitchens, którzy wiarę postrzegają nie tylko jako nieuzasadnioną, ale jako formę patologii/wirusa umysłu (istnieją książki czołowych przedstawicieli nowego ateizmu dotyczące religii, a noszące tytuły "Wirus umysłu" i podobnie), jako głupią, irracjonalną, infantylną i rażąco niegodną osoby racjonalnie myślącej (odmawianie komuś racjonalności jest przypisywaniem jej irracjonalności, a więc nieumiejętności zdrowego, adekwatnego do rzeczywistości myślenia, czyli przypisywaniem jej albo zaburzeń funkcjonowania mózgu, albo głupoty, z kolei przypisywanie jej infantylności jest przypisywaniem jej braków psychicznych, psychicznej i osobowej niedojrzałości). 
Pod ręką mam cytat z pracy A. Horodeńskiego "Śledztwo w sprawie Pana Boga", który widzi rzecz podobnie:
Myśliciele tacy jak R. Dawkins czy D. Dennett odmawiają podejmowania jakiejkolwiek dyskusji, twierdząc wprost, że wierzących w Boga uważają za idiotów. I nie baczą nawet na to, że w ten sposób obrażają wielu swoich akademickich kolegów, niejednokrotnie wybitnych uczonych, którzy nie kryją, że we współczesnej nauce można odnaleźć intelektualne ścieżki wiodące do uznania świata niepodlegającego rozumowej analizie.
Profesor J. Lennox, matematyk z Oksfordu, biorący udział w debatach publicznych z ateistami, potwierdza te spostrzeżenia (źródło):
Przemysław Kucharczak: Prof. Richard Dawkins przez całe 500 stron książki „Bóg urojony” próbuje kpić z religii i z ludzi, którzy w niezrozumiałej dla niego głupocie wierzą w Boga. Jest Pan świeżo po wielkiej debacie z prof. Dawkinsem. Czy powiedział Panu w oczy, że uważa Pana za idiotę?
Prof. John Lennox: – Nie. Twardo spieraliśmy się o idee, ale odnosiliśmy się do siebie uprzejmie i z sympatią. Prof. Dawkins potraktował mnie z dużym szacunkiem. Ale w gruncie rzeczy on w ten sposób patrzy na wierzących, jak Pan to zauważył. Przypomniałem mu w czasie dyskusji, że jego książka sugeruje obraz wierzących jako głupców. To dość charakterystyczne dla neoateizmu. Dawkins nie przytacza w „Bogu urojonym” żadnych nowych argumentów przeciw wierze w Boga. Nowością jest w tej książce o wiele większy ładunek agresji. Dzisiejsi nowi ateiści zdają się mówić: „nadszedł czas, żeby zakończyć ten szacunek dla ludzi wierzących”. Ich postawa niestety świadczy o pewnym braku szacunku dla ludzi w ogóle.
Obraz wierzącego, wyznawcy jakiejś religii, jest więc w umysłach ateistów dość jasno zarysowany: są to durnie. Przynajmniej na tym najgłębszym, najistotniejszym poziomie funkcjonowania intelektu (ktoś taki może być nauczycielem matematyki lub fizykiem, jednak wyłącznie za cenę schizofrenii, która każe mu w nauce opierać się na sprawdzalnych i weryfikowalnych metodach, a w życiu prywatnym, jako, że mentalnie jest tylko dobrze ubranym neandertalczykiem, przyjmuje bezkrytycznie, nie wynikające z nauk przyrodniczych i nieuzasadnione empirycznie, prawdy wiary; ostatecznie irracjonalność przejmuje nad nim władzę w sprawach podstawowych lub najbardziej ważkich, kształtuje u podstaw jego bycie-w-świecie <więc na marginesie nie można mu ufać i nie wolno powierzać takim ludziom katedr naukowych, czego domaga się wprost Dawkins>).
Czy można poza tym określać "religiantem" kogoś, kogo się postrzega jako równorzędnego partnera w dyskusji? Lub czy jest możliwe określać tak swojego przyjaciela, którego już Arystoteles definiował jako z konieczności nam równego i którego szanujemy tak, jak szanujemy siebie? "Religiant" to określenie w zamyśle pejoratywne, synonim mitomana, tyle, że biorącego udział w zbiorowym szaleństwie jakim jest religia. Na ateistycznych forach i blogach termin ten prawie całkowicie zastąpił określenie "wierzący" lub "wyznawca religii", których się już prawie nie spotyka.

Mamy więc względną jasność. Przywołam swoje 8,5 na 10 niewierzących (to 85-90% wszystkich ateistów na świecie): w ich oczach świat wiary i religii reprezentują jednostki pośledniejsze, intelektualnie mniej wartościowe i osobowościowo bardziej wybrakowane. Niech będzie (prawie, bo jest to teza społecznie szkodliwa i w praktyce może wyrządzać ogromną krzywdę milionom ludzi i całym instytucjom). Czy jednak da się taką opinię współczesnych "humanistów" uzasadnić faktami? Czy statystyki, obserwacje i sama rzeczywistość sprzyjają takiej tezie? Zobaczmy (najkrócej jak można, bo mimo względnej długości tekstu można byłoby o tym napisać dużo więcej).

W dodatku do Gazety Wyborczej (czytelników której stosunek do religii i Kościoła najlepiej jest widoczny w komentarzach pod artykułami o takiej tematyce i która to gazeta jest po prostu antyklerykalna, więc niełatwo jej przychodzą takie deklaracje) "Wysokie obcasy" z 2016 r. dowiadujemy się, że "90% noblistów to osoby głębokiej wiary". Artykuł relacjonuje badania opisane na stronie iflscience, gdzie autor podaję tę liczbę, jednak z małą korektą, bo w odniesieniu do noblistów nagrodzonych w XXI (ciekawostka: kilka dni temu doszło kolejnych dwoje noblistów-wierzących <chrześcijanin i jazydka>, więc statystyki poszły jeszcze bardziej w górę - źródło). Autor artykułu źródłowego dodaje również, że "jak wynika z badań, wielu największych naukowców na świecie ma przekonania duchowe".
Miło, bo gdy jakiś czas temu przytoczyłem na pewnym forum poniżej przywoływane statystki, dotyczące wszystkich dotychczasowych noblistów z każdej z dziedzin, zostałem zasypany krytyką, zwyzywany od oszustów i dość brutalnie przegnany. Nie chciano już nawet ze mną o tym rozmawiać. Tu są owe dane: lista

Lista przedstawia tylko noblistów-chrześcijan, a przecież trzeba byłoby wziąć pod uwagę także uczonych wyznających judaizm, islam, hinduizm (np. R. Tagore, osoba całe życia zaangażowana religijnie i autor Sadhany) i ludzi, którzy wierzą w osobową lub nieosobową Siłę Wyższą, nie mającą jednak dla nich rysów Boga religii monoteistycznych. Autor listy twierdzi, że znajdują się na niej tylko osoby, które publicznie zadeklarowały przynależność religijną (a więc nie dotyczy to wierzących, którzy urodzili się w rodzinach religijnych, ale same były religijnie obojętne lub zmieniły poglądy, co zmieniałoby aż tak wysoki odsetek ludzi świadomie wierzących wśród laureatów). Nie wiem, na ile da się to zweryfikować, nie sądzę jednak, że uzasadnionym krokiem jest od razu oskarżyć autora artykułu o oszustwo i takim gestem kwestię tę definitywnie rozwiązać i zakończyć. Rozsądnym jest przed takim krokiem dać sobie chociaż kilkanaście minut na refleksję i podjąć jakąś próbę weryfikacji chociażby części tych danych. Na tym przecież polega nie tylko nauka, ale nieustanna podatność na weryfikację umożliwia nauce w ogóle postęp, o czym sami przy każdej okazji przekonują ateiści.
Dane więc z tej listy mówią o 65% samych tylko chrześcijan wśród wszystkich laureatów nagrody Nobla.

Załóżmy jednak, w geście dobrej woli, że nie jest to ani 65% (mowa o samych chrześcijanach, teistów jest więcej), ani nawet nie 50%, ale tylko 30% z tej listy to osoby świadomie deklarujące przynależność religijną. Stanowiłoby to ponad 21% wyłącznie teistów-chrześcijan pośród noblistów (i to nie tych z "urodzenia", ale z wyboru; do tego lista jest nieaktualna, zakończona na 2016 r., a jak podają "Wysokie obcasy" aż 90% laureatów z okresu 2000-2016 to wierzący, prawdopodobieństwo więc, że kilka osób można byłoby dopisać do tej listy jest spore <i właśnie doszły kolejne dwie w tym roku>).
Ta sama Wikipedia udostępnia listę laureatów nagrody Nobla, którzy w dorosłym życiu zadeklarowali ateizm, agnostycyzm (brak zdania w kwestii istnienia Boga) lub obojętność religijną. Lista obejmuje uczonych tylko do 2000 r. i wynosi 10,5% wśród wszystkich laureatów wszystkich dziedzin. Nieco zaskakujące. Tym bardziej, że jeśli informacja o 90% wierzących wśród laureatów w XXI w. jest prawdziwa, to w tej drugiej kategorii - ateistów i ludzi świadomie niereligijnych - nie ma prawie przyrostu, najwyżej kilka promili procentowych. Zaskoczenie staje się w tym świetle jeszcze wyraźniejsze, że można by sądzić, iż w czasach postępu, rozwoju nauk i większej świadomości jednostek oraz całych społeczeństw "zabobon" powinien wygasać na naszej planecie.

Mnie jednak chodzi o coś innego. Załóżmy, w geście jeszcze lepszej woli, niż powyżej, że świadomie wierzących jest wśród noblistów łącznie 30% (21% chrześcijan, jak założyłem wyżej + 10% wszystkich pozostałych teistów/jakoś wierzących w Siłę Wyższą i życie po śmierci) lub lekko ponad. Załóżmy też, że ateistów wśród noblistów jest nie ok. 11%, ale aż 50%, czyli znacznie więcej niż wierzących (bądźmy hojni). Co z tego wynika? Ano niemało. Okazuje się, że ok. 30% najwybitniejszych uczonych w historii (nie licząc tych sprzed ustanowienia nagrody Nobla, jak Kopernik, Galileusz, Newton, Kepler lub współczesnych filozofów i matematyków mających znaczący wkład w historię myśli i nauki, jak matematyk i logik Kurt Gödel, twórca przy okazji ontologicznego argumentu za istnieniem Boga, Ludwig Wittgenstein, filozof i logik, czy najsłynniejszy XX-wieczny ateista, oksfordzki filozof Antony Flew, autor napisanej po nawróceniu duchowej autobiografii i jednocześnie pracy apologetycznej Bóg istnieje) to osoby nie tylko wierzące, ale często praktykujące i dedykujące swoje największe dzieła naukowe Bogu. Przypomnę jako ciekawostkę, że wybitny architekt Antonio Gaudi zmarł potrącony przez tramwaj w drodze do oratorium św. Filipa Nereusza (gdzie każdego dnia uczestniczył we mszy św.), a obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny (na etapie rzymskim, etap diecezjalny jest już pomyślnie zakończony).

30% to prawie 1/3 wszystkich, o których mówimy. To niezwykle wysoka liczba głąbów i ludzi intelektualnie wybrakowanych lub choćby szwankujących w tym względzie. Co robią na tej liście? Dlaczego religia (lub tylko wiara), która tak okalecza psychikę i intelekt, która nie pozwala na normalny rozwój osobowościowy i osiągnięcie psychicznej dojrzałości, pozwoliła tym ludziom nie tylko myśleć, ale osiągać takie sukcesy nie tylko w nauce, ale i w literaturze, ekonomii czy jak w przypadku pokojowej nagrody, do wykształcenia zasad i jakości moralnych potrafiących wzbogacić dorobek ludzkości, służyć za przykład dla jednostek i narodów, oraz być skutecznymi sposobami pomnażania owocnego współżycia społeczeństw? Z punktu widzenia ateistycznego stosunku do zjawiska "religianctwa" (czyli w normalnym języku zdrowych ludzi do fenomenu religii po prostu) jest to niezrozumiałe i niewytłumaczalne. A przecież dane te zaniżyłem i faktycznie mówimy o ok. 70% wierzących wśród noblistów.

Spotyka się czasem w takim momencie wyjaśnienie, iż ludzie ci byli sprawni intelektualnie, ale niedojrzali emocjonalnie, dlatego w jednej dziedzinie potrafili być rzetelni, niezwykle konsekwentni, twórczy i efektywni jak nikt inny, a w życiu prywatnym byli psychicznie słabi, szukali społecznej akceptacji lub po prostu bali się umrzeć. Naprawdę? Co upoważnia do takich wniosków, poza z góry powziętymi założeniami i uprzedzeniami? I jak wytłumaczyć tak rażącą niekonsekwencję, że ktoś wybitnie uzdolniony intelektualnie, posługujący się narzędziami wypracowanymi przez naukę często przez kilkadziesiąt lat, mający wiedzę nie tylko z zakresu historii nauki i swojej specjalizacji, ale często wiedzę szerszą, dotyczącą także historii kultury, sztuki i religii, oszukuje siebie odnośnie innych aspektów życia w tak elementarny sposób lub przymyka oko na tak jasne i wyraźne dla innych błędy w percepcji świata lub emocjonalnym stosunku do niego? Ludzie ci nie tylko takiej sprzeczności u siebie nie dostrzegali i nie dostrzegają, ale tworzyli czasem nawet logiczne argumenty na istnienie Boga (co do których znawcy twierdzą, że są formalnie poprawne), jak Kurt Gödel, do tego rzeczowo i z pobłażliwym uśmiechem są w stanie wykazać, że wyniki nauk (w tym ich własne, za które otrzymali nagrody) ani nie wykluczają istnienia tego, co nad-naturalne (czyli co wykracza poza dziedzinę badań tych nauk i o czym nie mają one kompetencji się wypowiadać), ani nie naprowadzają nikogo na konieczność przyjęcia wizji świata pozbawionego wymiaru nadprzyrodzonego. Co więc sprawia, że przypisuje się tym ludziom takie ułomności, jeśli nie intelektualne, to psychiczne i osobowościowe (choć kategoria pokojowej nagrody i takie osoby jak Malala Yousafzai jawnie i wprost takim słabościom i niedojrzałości emocjonalnej przeczą)?

Przez całą dotychczasową część postu zmierzałem do tych 30% noblistów, które zupełnie wystarczają do uznania sugestii zawartej w tytułowym pytaniu posta (oraz do uznania tez ateistów, dotyczących wierzących oraz samej religii, o których wspomina ten post) za

- nieracjonalne
- nieuzasadnione
- motywowane pozamerytorycznie, a więc ideologiczne
- ksenofobiczne, dyskryminacyjne (rasa "oświeconych", "wyzwolonych" i w pełni "zhumanizowanych", w nieuprawniony sposób postawionych w kontrze do "głąbów", "mitomanów", "religiantów", "bezrozumnych owiec prowadzonych przez kapłanów" i "mentalnych sierot")

Źle to wygląda dla niewierzących, bo przecież mówimy o rasie "światłych", jak Dawkins i Dennett określają ateistów z wyboru, nie powinno się więc tak łatwo przyłapywać ich na zafałszowaniach, zideologizowanym i życzeniowym myśleniu, ignorancji oraz złej woli.
Przypomnę jednak, że przytoczone wcześniej dane są dużo bardziej przychylne dla wierzących i mówią o liczbie wysoko ponad 70% teistów wśród noblistów, a ja je znacząco zaniżyłem, po drugiej stronie zaś równie znacząco zawyżyłem.

Na koniec chciałbym podać kilka przykładów tylko XX-wiecznych uczonych, którzy wnieśli znaczący wkład do współczesnej nauki, a którzy są lub byli ludźmi wierzącymi, niejednokrotnie jednocześnie duchownymi. Nie chodzi mi przy tym o argument "z autorytetu", aby pocieszać się świadomością, że skoro "ktoś taki" wierzy, to tym bardziej ja mogę, nie mając pojęcia o nauce i wnioskach z niej płynących. Moja motywacja jest w tym poście dużo prostsza. Osobom mniej zainteresowanym nauką (do czego mają pełne prawo, bo istnieją bardziej interesujące, a etycznie szlachetniejsze zajęcia) chciałbym pokazać i uspokoić je, że zarzuty, z którymi się spotykają ze strony niewierzących, a odnoszące się do szkód powodowanych przez religię w umysłach i osobowościach jednostek, oraz sugerujące niższy status intelektualny i psychiczny nie-do-rozwój osób wierzących, są pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia i niewarte najmniejszej troski. Dialog z takimi ludźmi można sobie darować już na samym początku, tym bardziej, że ich postawa dialog ten wyklucza, sugerując lub deklarując wprost nierówność między stronami dyskusji. Drugi motyw jest jeszcze prostszy. Chciałem w dość banalny sposób pokazać, że wszystkie te zarzuty odnośnie niepełnosprawności wierzących są elementarnie nieprawdziwe, nieuzasadnione i że są prostacko fałszywe. Że są wynikiem niezwyczajnej wprost nierzetelności, niechlujności intelektualnej i że wypływają po prostu ze złej woli. Ich nośnikami są ludzie, którzy kierują się z góry przyjętymi założeniami, uprzedzeniami, wybiórczym myśleniem (jak Dawkins, który o złu religii potrafi powiedzieć wszystko, co można w ogóle pomyśleć, nie umie jednak dostrzec ani jednej wartości, której religia lub wiara byłyby generatorem i nośnikiem) i którym przyznanie racji drugiej stronie w jakiś niezrozumiały sposób uwłacza, zagraża, dlatego nie umieją sobie na to pozwolić. Bo przecież łatwiej wytłumaczyć sobie stygmaty o. Pio tym, że wywoływał u siebie rany celowo kwasem karbolowym, niż np. sięgnąć po choćby jedną pracę, po lekturze której nie ostaje się nic z podobnej argumentacji (np. S.Gaeta, A.Tornielii, Ojciec Pio. Święty czy oszust?). Lub stwierdzić, że Marta Robin musiała w nocy podjadać, podkradając w ukryciu żywność, mimo stwierdzonego oficjalnie przez dwóch lekarzy paraliżu nie tylko całego ciała i wszystkich kończyn, ale także krtani, co uniemożliwiało jej i jakiekolwiek poruszanie się na łóżku (z którego nigdy nie schodziła) i przełykanie choćby kropli wody, niż uznać, że mogła przez 53 lata nie jeść, z powodu szczególnego wybrania i nadprzyrodzonej Bożej interwencji. Oczywiście, że łatwiej to zrobić, tylko czy uczciwiej? I w jakim celu to robić, skoro nie prowadzi to do żadnych wyjaśnień, a tylko do niespójności i pomnażania sprzeczności wewnętrznych? Zaprawdę, ludzie są zdolni do nadprzyrodzonych wysiłków, aby tylko wykazać, że nadprzyrodzoność nie jest możliwa.

Poniżej zostawiam kilka nazwisk współczesnych uczonych wierzących, w tym laureatów Nobla. Gdyby ktoś bardzo chciał, do tych wciąż żyjących pewnie można znaleźć adresy internetowe, można więc ich zapytać jak godzą swoją wiarę z uprawianiem nauki lub swoją niepełnosprawność intelektualną z sukcesami. Na pewno warto, zanim nazwie się głąbem kogoś, komu na płaszczyźnie naukowej nie jest się godnym zawiązać rzemyka u sandała. Ludziom prostym i nieodpowiedzialnym, ludziom mniej szlachetnym po prostu (którymi niemiecki krytyk chrześcijaństwa i nihilista F. Nietzsche gardził, podając za przykład jezuitów, których uważał za najszlachetniejsze i najświatlejsze jednostki w historii; mimo swojej niechęci do katolicyzmu było go na to stać), zawsze przychodzi wszystko łatwiej i tym się w ogóle charakteryzują, że gdy mają do wyboru kilka opcji, ich udziałem staje się ta najłatwiejsza. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, krytyki rzeczywistości i sposobów bycia odmiennych niż własne. Cóż bowiem prostszego (w obu znaczeniach tego terminu, w tym prostactwa), niż definiować rzeczywistość wokół siebie w taki sposób, który np. Świadków Jehowy pozwala określać jako "koty" lub "jehowców", a Kościół katolicki jako pedofilów (bo przecież dla takich "intelektualistów" nie stanowi problemu, że pedofilia dotyczy ok. 1-2% duchownych (wg. różnych źródeł od 0,5 do 4%), czyli 10-20 osób na 1000, a więc za jednym zamachem krzywdzi się pozostałe 980)? I czy można znaleźć jakościowe różnice pomiędzy takimi określeniami kogoś jak jehowiec, pedofil (jako określenie w ogóle duchownego, nie duchownego-pedofila) lub religiant?

Jaki umysł więc i jaką osobowość stać na określenie "religiantem" człowieka, który np. przez 40 lat zajmował się badaniami genetycznymi pod kątem wykrywania chorób i wad rozwojowych, więźnia obozu koncentracyjnego, który jako jedyny podczas II Wojny Światowej zaproponował swoją śmierć w zamian za przeżycie innej osoby, francuskiego policjanta, który zrobił to samo wobec islamskiego terrorysty czy 11-latkę mającą tak rozwinięty zmysł moralny i poczucie godności wpisane w nią przez Boga, że wolała zostać zadźgana niż zgwałcona, tylko dlatego, że nosili medalik, odmawiali po pracy różaniec lub w portfelu obok zdjęcia żony mieli także wizerunek ulubionego świętego? To są pytania retoryczne i nie dotyczą wierzących czy agnostyków, bo dla nich odpowiedź jest klarowna i sama możliwość ich postawienia zawstydza normalnych, moralnie zdrowo rozwiniętych ludzi. To są pytania do internetowych ateistów (co nie znaczy, że "płotek" i chuliganów, przeciwnie, są wśród nich publicyści, współzałożyciele portali racjonalistycznych, autorzy blogów chcących uchodzić za naukowe i niezliczone rzesze wykształconych forumowiczów), o których, jeśli nie mają schizofrenii, sądzę, że poza Siecią wyznają te same poglądy, "wartości" i używają tego samego języka wobec tych, którzy nie podzielają ich materialistycznego (w nauce już coraz bardziej zanikającego, więc w żaden sposób nie jest on synonimem "naukowego") widzenia świata. Są to jednak nawet wobec nich pytania retoryczne, bo jak to ukazałem i jak będzie widać poniżej, nie ma możliwości wybronienia się z takich zachowań, takiego postrzegania i stosunku do osób, instytucji i całego świata wartości związanego z rzeczywistością religii.

Ta wybiórcza lista wierzących uczonych dotyczy tylko przedstawicieli nauk ścisłych, pomijam literatów (trwają np. starania o proces beatyfikacyjny Tolkiena), ekonomistów i kategorię pokojową (w której rok za rokiem nagrodę dostaje wierzący i o której tutaj wspominam jedynie wyrywkowo). Pomijam też całe dzieje nauki przed XX w., bo to post pisany na kolanie, a dodatkowo nie ma potrzeby tego robić, choć przypuszczam, że im dalej w historię, tym mniej przychylnie dla ateizmu, jako, że jest on zjawiskiem w skali szerszej (trudno powiedzieć masowej) późnonowożytnym i oświeceniowym.

*

Max Planck (1858 - 1947) – niemiecki fizyk i teolog luterański, autor prac z zakresu termodynamiki, promieniowania cieplnego, energii, dyspersji, optyki, teorii względności, a przede wszystkim teorii kwantów. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 1918 roku. W roku 1900, pracując nad teorią promieniowania emitowanego przez ciało doskonale czarne, zmodyfikował prawo Wiena, wprowadzając do wzoru nową stałą fizyczną, nazwaną potem jego nazwiskiem. Koncepcja, zgodnie z którą energia może być emitowana tylko w określonych porcjach, zwanych kwantami, dała początek mechanice kwantowej.
Był promotorem kilku późniejszych sław z dziedziny fizyki, w tym dwóch laureatów Nagrody Nobla (Maxa von Lauego i Walthera Bothego). Jako jeden z pierwszych docenił teorię względności Einsteina i będąc rektorem Uniwersytetu Berlińskiego sprowadził go na tę uczelnię. Od lat 20. XX w. Planck uchodził za największy autorytet w dziedzinie fizyki w Niemczech i piastował wiele czołowych stanowisk w towarzystwach naukowych swego kraju (między innymi w Cesarskim Towarzystwie Naukowym, przemianowanym później na Towarzystwo Maxa Plancka).

Henri Bergson (1859 - 1941) - francuski filozof, laureat Nagrody Nobla, autor m.in. książki Dwa źródła moralności i religii. Z pochodzenia Żyd, im bliżej był śmierci, tym bardziej zbliżał się do katolicyzmu, tak, że mówi się o jego nieformalnej konwersji. Na jego prośbę we mszy św. pogrzebowej noblisty uczestniczył ksiądz.

Gerty Theresa Cori (1896 - 1957) – amerykańska biochemiczka. W 1947 roku razem z mężem Carlem Corim otrzymała Nagrodę Nobla w zakresie fizjologii i medycyny za badania nad glikogenolizą. Urodzona w rodzinie żydowskiej, przeszła w wieku dorosłym na katolicyzm.

Jerome Jean Louis Lejeune (1926 - 1994) – francuski lekarz i genetyk, Sługa Boży Kościoła katolickiego, doktor medycyny i doktor nauk Sorbony w Paryżu. Dokonał odkrycia etiologii zespołu Downa – trisomii chromosomu 21, za które to odkrycie w 1961 roku otrzymał nagrodę Kennedy'ego. Członek Papieskiej Akademii Nauk. W 1963 opisał jako pierwszy zespół cri du chat, którego przyczyną okazała się delecja krótkiego ramienia 5 chromosomu. Czasami zespół ten nazywany był zespołem Lejeune'a. Odkrył ponadto związek pomiędzy niedoborem kwasu foliowego u kobiet ciężarnych a ryzykiem wystąpienia wad cewy nerwowej u płodu. Jan Paweł II mianował go pierwszym przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia. Jego odkrycia z dziedziny genetyki, nabrały szczególnego znaczenia dla określenia statusu prawnego ludzkich embrionów.

Gregor Johann Mendel OSA, Grzegorz Mendel (1822 - 1884) − zakonnik, opat zakonu augustianów w Brnie na Morawach, prekursor genetyki (tu jako wyjątek z XIX w., ale postać na tyle ważna, że nie mogłem się powstrzymać).

David Jonathan Gross (ur. 1941) – fizyk amerykański. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki (2004). Za prace dotyczące asymptotycznej swobody w teorii silnych oddziaływań między cząstkami elementarnymi otrzymał w roku 2004 Nagrodę Nobla. Wyznawca judaizmu.

Peter Andreas Grünberg (1939 - 2018) – niemiecki fizyk, jeden z odkrywców efektu gigantycznego magnetooporu, dzięki któremu możliwa stała się miniaturyzacja dysków twardych. Za dokonane odkrycie w 2007 wraz z Albertem Fertem roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Katolik, ale dostrzegający wartość innych religii, a zarazem ograniczoność wszystkich, jak sam pisze na stronie nobelprize.org (dodaje też: And yet I believe that there is more than what we see, hear etc., or can detect with instruments. But it is a feeling borne out of many details of my personal experience and therefore impossible to share or communicate).

William Daniel Phillips (ur. 1948) – amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla. W 1997 roku wraz z Stevenem Chu i Claude’em Cohen-Tannoudjim otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za rozwój metod chłodzenia i pułapkowania atomów laserem. Metodysta. Na stronie nobelprize.org, wspominając rozmowy z rodzicami przy kolacjach w rodzinnym domu, pisze:
W tych dyskusjach nasi rodzice przekazali nam ważne wartości dotyczące szacunku dla innych ludzi, ich kultur, ich pochodzenia etnicznego, wiary i przekonań, nawet jeśli bardzo różniły się od naszych. Nauczyliśmy się troski o innych, którzy mieli mniej szczęścia niż my. Wartości te były wspierane i wzmacniane przez dojrzewającą wiarę religijną.
Nieco dalej kontynuuje:
W 1979 roku, krótko po tym, jak Jane i ja przeprowadziliśmy się do Gaithersburga, dołączyliśmy do Zjednoczonego Kościoła Metodystycznego w Fairhaven. (...) Tam znaleźliśmy zbór, którego różnorodność etniczna i rasowa oferowała nieodparte bogactwo doświadczeń religijnych. 
Podsumowując przyjście na świat dwóch córek, pisze: 
Ich przybycie w czasie, gdy ja i Jane staraliśmy się znaleźć nowe miejsca pracy, wymagało delikatnego zrównoważenia pracy, domu i życia religijnego.

Daniel Chee Tsui (ur. 1939) – amerykański fizyk, pochodzenia chińskiego, laureat Nagrody Nobla. Był profesorem na Uniwersytecie Princeton. Specjalizował się w elektronice ciała stałego oraz prowadził badania nad silnym polem magnetycznym działającym na elektrony. W roku 1998 otrzymał, wraz z Robertem Laughlinem i Horstem Störmerem, nagrodę Nobla za duży wkład w rozwój fizyki ciała stałego. Praktykujący luteranin. Na stronie nobelprize.org, wspominając moment otrzymania wiadomości o dostaniu się do szkoły w USA (mieszkał wtedy jeszcze w Hongkongu), pisze:
Późną wiosną następnego roku otrzymałem zaskakująco dobrą wiadomość ze Stanów Zjednoczonych, że przyjęto mnie do luterańskiej alma mater pastora mojego kościoła Augustana College w Rock Island w stanie Illinois. (...) Spędziłem tam najlepsze trzy lata mojego życia. To właśnie tam po raz pierwszy miałem czas na zmaganie się z moją wiarą luterańską, przemyślenie i nadanie sensu doświadczeniu życiowemu. W Hongkongu jako stypendysta zawsze byłem bardzo zajęty, mocno zaangażowany w działalność i obowiązki kościelne.

sir John Carew Eccles (1903 - 1997) – australijski neurofizjolog, laureat Nagrody Nobla. W 1963 roku otrzymał, wraz z Alanem Hodgkinem i Andrew Huxleyem, Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny za odkrycie mechanizmów jonowych pobudzania i hamowania na zewnątrz i wewnątrz błony komórkowej neuronów. Przeciwnik materializmu, argumentował w swoich pracach za istnieniem niematerialnej duszy, wierzył w osobowego Boga.
„Możemy patrzeć na śmierć ciała i mózgu jako na rozpad naszego dualistycznego istnienia. Mamy nadzieję, że uwolniona dusza znajdzie nową przyszłość o głębszym znaczeniu i bardziej zachwycających doświadczeniach w jakiejś odnowionej ucieleśnionej egzystencji zgodnie z tradycyjnym chrześcijańskim nauczaniem” (Evolution of the Brain: Creation of the Self)
Arthur Leonard Schawlow (1921 - 1999) – amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla. W 1981 roku otrzymał, wraz z Kai Siegbahnem i Nicolaasem Bloembergenem, Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za wkład do rozwoju mikroskopii laserowej i elektronowej wysokiej rozdzielczości. Aktywny chrześcijanin-protestant.

Alexis Carrel (1873 - 1944) – francuski chirurg, filozof i moralista. Laureat nagrody Nobla z fizjologii i medycyny w 1912 roku. Katolik nawrócony w dorosłym wieku po wydarzeniach w Lourdes, których nie potrafił naukowo wytłumaczyć.

Andrew McIntosh – profesor na Wydziale Inżynierii Uniwersytetu w Leeds w dziedzinie termodynamiki i teorii spalania. Od 1996 jest członkiem Instytutu Matematyki, a od 2002 Instytutu Fizyki. Jest także członkiem Instytutu Energii, Royal Aeronautical Society oraz Institute of Gas Engineers and Managers. Specjalista w zakresie spalania, zapłonu i eksplozji. Opublikował w tej dziedzinie ponad 100 prac naukowych. Ostatnio jego zainteresowania obejmują biomimetykę – naukę zajmującą się śledzeniem i naśladowaniem „inżynierskich” rozwiązań w biosferze, jak też tematykę pochodzenia informacji i jej roli w naukach biologicznych.  Jest współwłaścicielem pięciu patentów.
Badania grupy prof. McIntosha dotyczą rozwoju nowej technologii μMist (inżynieria bioniczna/biomimetyka), która opiera się na przyrodniczych rozwiązaniach (m.in. mechanizm obronny żuka bombardiera). W grudniu 2010 ich praca otrzymała nagrodę w dziedzinie innowacji i technologii. Aktywny kreacjonista, brał udział w debacie telewizyjnej z R. Dawkinsem.

Werner Arber (ur. 1929 ) – genetyk i mikrobiolog szwajcarski, laureat Nagrody Nobla z medycyny w 1978 (odkrycie enzymów restrykcyjnych i ich zastosowanie w genetyce molekularnej). Prezes Papieskiej Akademii Nauk.

Arno Allan Penzias (ur. 1933) – amerykański fizyk i astrofizyk pochodzenia niemieckiego, pracownik Bell Telephone Laboratories w Holmdel (New Jersey), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycie mikrofalowowego promieniowania tła. Nagrodę Nobla otrzymał w roku 1978 wraz z Robertem W. Wilsonem.
Nasze najlepsze dane (dotyczące Wielkiego Wybuchu) są dokładnie tym, czego bym się spodziewał, gdybym miał tylko Pięcioksiąg Mojżesza, Psalmy i Biblie jako całość. (...) niektórzy ludzie czuja się nieswojo ze światem stworzonym celowo. Aby zaprzeczyć celowości z reguły spekulują na temat rzeczy, których nigdy nie widzieli. (za: Schaefer, H.F., Conflict or Coherence. The Apollos Trust, 2003)
Ilya Prigogine (1917- 2003) – belgijski fizyk i fizykochemik pochodzenia rosyjskiego, arystokrata, laureat Nagrody Nobla z dziedziny chemii w roku 1977 za wkład w rozwój termodynamiki nierównowagowej procesów nieodwracalnych, a w szczególności za teorię struktur dyssypatywnych. Wierzący, aktywnie zajmujący się, także na podłożu własnych odkryć, wkładem nauki w pogłębione i bardziej odpowiednie dla czasów współczesnych rozumienie i ukazywanie duchowości.

Christian Boehmer Anfinsen Jr. (1916 - 1995) – biochemik amerykański.  Pracował w National Institutes of Health w Bethesda oraz w Johns Hopkins University. Badania Anfinsena nad rybonukleazami dotyczące powiązań sekwencji aminokwasów i konformacji białka z jego aktywnością biologiczną zostały uhonorowane Nagrodą Nobla w dziedzinie chemii w 1972 roku.
Myślę, że tylko ktoś nie przy zdrowych zmysłach może być ateistą (...).
Ugrzeczniłem nieco jego wypowiedź, w oryginale pada słowo "idiota". Przytaczając ją nie chcę nikogo obrazić, a tylko unaocznić jak umysł wybitnego uczonego może być zdziwiony sugestią, że nauka powinna prowadzić go w stronę ateizmu. Można by pewnie usłyszeć w tym momencie, że intelektualnie on zapewne to wiedział lub przeczuwał, ale emocjonalnie bronił się przed tym rękami i nogami, tyle, że (jak już wyżej wspomniałem) są to pozamerytoryczne pogadanki ludzi, którzy przyjęli na początku pewne założenia i teraz już tylko zmuszeni są kontynuować myślenie po tej linii, wzajemnie wspierając się w tym przez wymyślanie kolejnych motywów wiary u wierzących i na własne potrzeby tłumacząc fenomen wiary u ludzi bystrzejszych od siebie. Przecież gdyby jeden jedyny raz uznało się, że ktoś bystrzejszy od nas wierzy w Boga dlatego po prostu, że jest to zasadne, że ma ku temu przesłanki, już nigdy nie można byłoby z czystym sumieniem wyżywać się na "religiantach" na ich własnych forach, na których osoby niewierzące załatwiają jakieś nieprzepracowane problemy. Nie można byłoby pisać artykułów na temat religii, przy których tworzeniu być może ktoś odnalazł drogę do samoakceptacji i w końcu czuje, że potrafi wygenerować coś, co daje mu uznanie w oczach środowiska. Nie wiem. Wolno mi jako stronie doświadczającej agresji, pogardy i podejrzewanej o różne ułomności szukać i domyślać się motywów kierujących działaniami ludzi, od których to wszystko przychodzi. Myślę sobie, że przyzwoity ateista, wolny wewnętrznie i pewny swojego wyboru, zostawia kwestię Boga i nadprzyrodzoności za sobą, postanawiając zając się tym, co uważa za istotne, w swoich oczach cenne i przede wszystkim realne. Ja, gdy przestałem wierzyć, że kręgi w zbożach są dziełem Obcych i odkąd św. Mikołaj jest dla mnie już tylko biskupem z przełomu III/IV wieku, nie zajmuję się istotami, których istnienia nie przyjmuję i zjawiskami, które w moim przekonaniu się nie wydarzają. Mam ciekawsze zajęcia. Nie prześladuję fascynatów UFO w sieci, nie obrażam ich spotykając realnie lub na jakimś forum, nie przyszło mi do głowy też nigdy ich wyśmiać, czasem się tylko dziwię zaangażowaniu i zainteresowaniu czymś, co w moich oczach nie ma realnej wartości, ani też uzasadnionych podstaw do zaangażowania sił na rzecz tego. Zdarza mi się za to ich wysłuchać, o coś zapytać, wymienić argumenty. Podobnie z ludźmi wierzącymi w płaską ziemię i twierdzących, że świat został stworzony w 6 dni. Dlaczego miałbym ich gnębić, zaniżać status ich osoby, poddawać w wątpliwość ich psychiczne władze i intelektualny potencjał? Być może tylko go źle ukierunkowują lub ktoś ich zwiódł. Tak jak z punktu widzenia katolika wielu świadków Jehowy, którzy są często przyzwoitymi ludźmi i szczerze wierzą, że ci, którzy przekazują im wiedzę robią to ze szlachetnych pobudek i mają ku temu kompetencje. Co mogłoby mną kierować, gdybym znalazł sobie sposób na życie i osobiste spełnienie poprzez poniżanie, obrażanie, ośmieszanie i prześladowanie tych, o których sądzę, że są w błędzie? Naprawdę ktoś wierzy, że może takie hobby wypływać ze szlachetnych pobudek? Stąd moje przypuszczenia, że motywy kierujące "światłymi" (jak biolog R. Dawkins i neurobiolog D. Dennett określają ateistów z wyboru) najprawdopodobniej nie są cnotami, ani nie są owocami i efektem wewnętrznej pracy nad sobą, wykształcającej jakieś szlachetne nawyki, ale są wykwitami jakichś nie-wolnych, nieoczyszczonych potrzeb/popędów i niechwalebnych cech, szukających poprzez takie zajęcia realizacji i ujścia. Wolny, dojrzały, a przede wszystkim przyzwoity człowiek nie współczuje komuś, komu nie ma potrzeby współczuć, nie stara się też za wszelką cenę nieustannie wykazywać, że zniszczone lub brzydkie buty nie mogą się już przydać nawet do pracy przy szambie lub, że z robaczywych owoców nie można już nawet zrobić kompotu czy kompostu, skoro nie da się ich wystawić na targach lub choćby poczęstować gości na domówce. Dlaczego więc ateista, odrzucający baśnie, mity i zabobony poświęca wszystkie siły na walkę z niebytami i przekonywanie wierzących, że są w niebywałym błędzie i że lepiej zrobią porzucając swoje przekonania? Lepiej, bo to ich wyzwoli, uszczęśliwi? Ateista wie, że to nieprawda, że świadomość kosmicznego przypadku na niespotykaną skalę i poczucie kosmicznego sieroctwa nikogo nie wyzwalają, ani nie uszczęśliwiają. Co najwyżej wzrosną statystyki samobójstw (niejedne badania wykazały, że wśród ludzi religijnie aktywnych nie tylko mniej jest rozwodów i szybciej dochodzą do zdrowia po przebytych chorobach, ale mniej jest również samobójstw i rzadziej dosięga ich depresja). Co więc kieruje walczącym ateistą? I dlaczego będąc przekonanym, że religia nie odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy, nie jest jednak w stanie znaleźć choćby jednej wzniosłej lub przynajmniej najlichszej z wartości, która narodziła się wewnątrz niej i która w życiu społecznym lub umysłowym jednostki rodzi pozytywne skutki? Przecież wszyscy wiemy, nawet dzieci w wieku przedgimnazjalnym, że pozytywne nastawienie do życia i postrzeganie życiowej przestrzeni jako bezpiecznej, przyjaznej nam, czekającej jakby na zagospodarowanie i spożytkowanie (o czym zapewnia religia mówiąc za Księgą Rodzaju, że byt jest dobry i chciany, a ponadto objęty Opatrznością), że wszystko to służy przetrwaniu, wydajności, chęci do życia i poczuciu obowiązku wobec niego i tej podarowanej przestrzeni, a więc, że można czerpać z tego korzyści i zwalniać dodatkowo miejsca w szpitalach dla tych, którzy nie potrafią się wspomóc nadzieją i wiarą w przyszłość, jak ci skretyniali wierzący. Przecież wszyscy to wiemy, wyraźnie lub choćby mgliście. Po co więc te krucjaty przeciw wierzącym, zwłaszcza chrześcijanom, szczęśliwym z Chrystusem, i okazywaniem im pogardliwego współczucia podszytego jakimś nieuświadomionym mechanizmem potrzeby nieustannego szturchania ich, przedrzeźniania, psucia im dobrego humoru i wygaszania światła, które w sobie noszą i które często wypracowali po trudach życia lub wbrew życiowym dramatom, właśnie dzięki pomocy religii i sile zawartej w istocie aktu wiary? Co nakazuje ewangelizatorom przypadku i ślepych sił natury odbierać ludziom słońce i powietrze, które ich karmią i dają żywotne soki, i które jak twierdzą ci ostatni, wystarczają im do życia i realizacji, nawet jeśli miałoby okazać się, że mylą się i błądzą? Nie ma takich racji, które obróciłyby podobne zachowania w czyn szlachetny i wzniosły. To krucjaty nieporównywalnie mniej humanistyczne niż te średniowieczne, które miały religijno-historyczno-polityczny kontekst i można przynajmniej spróbować zrozumieć motywy stojące u ich podłoża. Tutaj jest to niezrozumiałe i nie dające się racjonalnie usprawiedliwić.

Przepraszam ewentualnego czytelnika za ten wtręt, wróćmy do listy nazwisk.

Albert Szent-Györgyi (1893 - 1986) – węgierski biochemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny (1937). Pracował w Instytucie Higieny Tropikalnej w Hamburgu, następnie w Instytucie Fizjologii w holenderskim Groningen. Był profesorem Uniwersytetu w Segedynie (1931–1945), następnie uniwersytetu w Budapeszcie (do 1947). Został wybrany do wielu akademii i towarzystw naukowych, m.in. PAU (1937). W 1947 roku wyjechał do USA, gdzie został profesorem w Princeton. W 1954 roku został laureatem nagrody im. Alberta Laskera. Wyodrębnił z owoców papryki i zidentyfikował witaminę C (1933); odkrył witaminę P (1936). Wykazał, że kwas adenozynotrifosforowy (ATP) jest niezbędnym źródłem energii umożliwiającej skurcz mięśni. Za odkrycia dotyczące procesów spalania biologicznego, a szczególnie za odkrycie i ustalenie budowy chemicznej witaminy C (kwasu askorbinowego), otrzymał w 1937 roku Nagrodę Nobla.
Twierdził, że nie jest człowiekiem religijnym, którego utożsamiał ze znającym odpowiedzi na najważniejsze pytania, ale uważał, że jest człowiekiem pobożnym, który wciąż więcej pyta i szuka, niż już wie.

Charles Hard Townes (1915 - 2015) – amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w roku 1964 za badania dotyczące elektroniki kwantowej i wynalezienie masera. Opracował też podstawy naukowe, które doprowadziły do skonstruowania lasera rubinowego przez jego studenta Theodore'a Maimana. Laureat wielu innych nagród, w tym nagrody Templetona, za wkład w godzenie nauki i religii. Baptysta, członek Papieskiej Akademii Nauk.

Mario José Molina Henríquez (ur. 1943) – meksykański chemik atmosfery, laureat Nagrody Nobla w 1995. W 1995 otrzymał, wraz z Paulem Crutzenem (który kilka lat wcześniej zaobserwował podobny wpływ tlenku azotu na warstwę ozonową) i F. Sherwoodem Rowlandem, Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za wkład w badania chemii atmosfery, zwłaszcza procesów powstawania i destrukcji warstwy ozonowej. Katolik, członek Papieskiej Akademii Nauk.

s. Mary Kenneth Keller (1913 - 1985) – amerykańska zakonnica, pedagog i innowatorka w dziedzinie informatyki. 7 czerwca 1965 odebrała wraz z Irvingem Tangiem pierwsze amerykańskie doktoraty w tej dziedzinie, zdobywając je na uniwersytecie waszyngtońskim. Pomogła rozwinąć podstawy programowania.

Georges-Henri Lemaître (1894 - 1966) – belgijski ksiądz katolicki i astronom, jeden ze współtwórców współczesnej kosmologii relatywistycznej. Jako pierwszy zastosował w kosmologii fizykę kwantową. Rozwijał idee Alberta Einsteina. Stworzył hipotezę Wielkiego Wybuchu (nazywał ją Hipotezą Pierwotnego Atomu). Przewidział istnienie promieniowania reliktowego.

Ciekawostka odnośnie ks. Lemaitre'a z ostatnich dni: prawo Hubble’a - Lemaître’a


Lemaitre i Einstein

Sir Derek Harold Richard Barton (1918 - 1998) – chemik brytyjski, laureat Nagrody Nobla z dziedziny chemii w roku 1969 za badanie wpływu stereochemii na szybkość reakcji chemicznych i za wkład w rozwój analizy konformacyjnej i jej zastosowanie w chemii.  W latach 1953–1955 profesor Uniwersytetu Londyńskiego, następnie w latach 1955–1957 Uniwersytetu w Glasgow, 1957–1970 Imperial College London. Członek Royal Society oraz innych akademii nauk i towarzystw naukowych.


Robert Jastrow (1925 - 2008) – astronom, fizyk i kosmolog. Pracował dla NASA w czasie lotów na Księżyc.
Teraz widzimy, że dowody z astronomii prowadzą do biblijnego poglądu na pochodzenie świata. Zachodzą wprawdzie różnice w szczegółach, ale zasadnicze elementy w astronomicznej i biblijnej Księdze Rodzaju są jednakowe: łańcuch wydarzeń prowadzących do człowieka rozpoczął się nagle i gwałtownie w określonym momencie, w błysku światła i energii. (God and the Astronomers, Nowy Jork 1978)
Jacques Arsac - francuski fizyk i informatyk. Po ukończeniu fizyki w prestiżowej Ecole normale superieure pracował najpierw w dziedzinie radioastronomii. W 1956 stworzył centrum obliczeniowe obserwatorium w Meudon, a następnie nim kierował. W 1965 został mianowany profesorem tytularnym katedry programowania na wydziale nauk ścisłych w Paryżu.
Jego badania w dziedzinie informatyki dotyczyły programowania, którym zajął się w pracy Podstawy programowania. Opracował metodę tworzenia programów, która jest dziś szeroko stosowana w szkolnictwie. Pełnił funkcję generalnego inspektora szkół średnich.
Arsac wiele zdziałał na rzecz rozwoju informatyki broniąc od roku 1970 na łamach "La Science informatique" tezy, wedle której informatyka stanowi prawdziwą dyscyplinę naukową. Jej naturę i znaczenie analizował w książce Maszyny myślące. Jest autorem licznych artykułów i siedmiu książek o informatyce, a także członkiem-korespondentem francuskiej Akademii Nauk (Wiara w Jezusa Chrystusa jest dla mnie tym, co nadaje sens mojemu życiu, za: Delumeau, patrz poniżej).

Jean Dorst - przez 10 lat dyrektor Museum national d'histoire naturelle, od 1947 r. pracownik tej instytucji, profesor zwyczajny w katedrze zoologii ssaków i ptaków.
Ornitolog i ekolog, autor kilkuset publikacji naukowych, w tym przetłumaczonej na siedemnaście języków Zanim przyroda umrze oraz Siła życia. Obie książki są pokłosiem jego misji badawczych w świecie.
Członek Academie des sciences, Academie des sciences d'outre-mer, Academie nationale de Bordeaux, członek-korespondent Academie de Montpellier, członek honorowym licznych towarzystw naukowych we Francji i za granicą (Tytułem anegdoty przypomnę spotkanie jednego z moich mistrzów, jednego z największych biologów francuskich naszego stulecia, dziś już nieżyjącego, z pewną młodą, nieco naiwną studentką. Kończąc rozmowę, uczony powiedział: "Tak, proszę pani, spotkałem Boga - tam, gdzie pani nigdy Go nie spotka...na szczytach nauki!", za: Delumeau).

Alexandre Favre (ur. 1911) - studia wyższe ukończył na uniwersytetach w Aix-Marseille i w Paryżu, gdzie obronił pracę doktorską z fizyki w zakresie mechaniki płynów i turbulencji atmosferycznej. Wykładowca na wydziale nauk ścisłych w Marsylii, w 1960 założył Instytut Statystycznej Mechaniki Turbulencji dla badania przepływów cieczy przy prędkościach pod- i ponaddźwiękowych oraz na pograniczu atmosfera-ocean. Był naukowym współpracownikiem ministerstwa lotnictwa, Office national d'etudes et de recherches aerospatiales, doradcą naukowym Komisariatu Energii Atomowej; w latach 1962-63 profesor wizytujący na Johns Hopkins University w Baltimore; członek Comite national de la recherche scientifique oraz Comite consultatif des universites, prezez Federation universitaire de mecanique. Członek Academie des sciences i Academie nationale de l'air et de l'espace (W moim doświadczeniu naukowym nie znalazłem sprzeczności z wiarą. Co więcej, oznaki celowości nastawionej na życie - coraz bardziej widoczne w trakcie refleksji międzydyscyplinarnej - wiarę tę potwierdziły, za: Delumeau).

Paul Germain - matematyk, dawny uczeń Ecole normalne superieure. Jego pierwsze prace dotyczyły aerodynamiki około- i ponaddźwiękowej oraz teorii fal uderzeniowych w dynamice gazów i hydromagnetodynamice. Później poświęcił się mechanice ośrodków ciągłych i jej zastosowaniom w mechanice ciała stałego. Jest autorem około setki rozpraw i sprawozdań oraz kilku książek.
Był wykładowcą w Ecole polytechnique, na Uniwersytecie Piotra i Marii Curie oraz na kilku uniwersytetach w USA. W latach 60-tych dyrektor generalny Office national d'etudes et de recherches aerospatiales (ONERA), w latach 70-tych prezes Union internationale de mecanique theorique et appliquee (IUTAM). Doktor honoris causa kilku uniwersytetów zagranicznych, dożywotni sekretarz francuskiej Akademii Nauk, członek Międzynarodowej Akademii Astronautyki, Papieskiej Akademii Nauk oraz kilku akademii zagranicznych (Chrześcijanie w swych codziennych modlitwach, Kościół w swej liturgii, nieustannie przypominają sobie, że świat ma być przyjmowany jako dar Boga oraz że ludzie winni brać zań odpowiedzialność, aby wcielać w społeczeństwach marzenie stryjecznego prawnuka ślimaka o sprawiedliwości i w ten sposób przygotowywać nadejście Królestwa. Chrześcijanie i Kościół mogą powtarzać ludziom słowa, jakie otrzymali: "Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a reszta będzie wam dana." Tym, co jest trudne i o co trzeba się starać z wytrwałością i wyobraźnią, jest przenikanie sprawiedliwości do życia ludzkości. Reszta, jak rachunek całkowy, nauka, technologia, wzrost możliwości i autonomii, kontrola nad światem, wszystko to jest stosunkowo łatwe i przyjdzie w dość naturalny sposób jako przedłużenie dzieła ewolucji biologicznej (...), za: Delumeau).

Pierre Karli (ur. 1926) - wykładowca neurofizjologii na wydziale medycyny Uniwersytetu im. Ludwika Pasteura w Strasbourgu i dyrektor departamentu neurofizjologii w Centre de neurochimie CNRS od 1966 do 1987 roku. Profesor emerytowany neurofizjologii.
Prezydent Uniwersytetu im. Ludwika Pasteura w Strasbourgu, prezes ISRA (International Society for Research on Aggression) oraz prezes EBBS (European Brain and Behaviour Society). Członek Academie des sciences (Z jednej strony mogę chyba powiedzieć, że zawsze starałem się wypełniać podstawowy warunek wszelkiej pracy naukowej, jakim jest intelektualna uczciwość i dokładność. Skądinąd nie ulega jednak wątpliwości, że wiara chrześcijańska i wynikające z niej koncepcja człowieka wpłynęły w pewien sposób na moją refleksję naukową. Każdy badacz potrzebuje całościowej wizji swej dziedziny, pewnych ram koncepcyjnych umożliwiających tworzenie hipotez roboczych i właściwą interpretację wyników. Otóż jeśli chodzi o bardzo złożone interakcje mózgu i zachowania, dane, jakimi dysponujemy, są bardzo fragmentaryczne i częściowo sprzeczne. Jeśli więc chce się konstruować spójną i znaczącą syntezę, trzeba dokonywać wyborów. Wybory te - czy jest się tego świadomy, czy też nie - podlegają wpływom motywów zewnętrznych wobec ściśle naukowej metody. Z chwilą gdy w interesującej nas dziedzinie aktualny stan wiedzy pozwala na kilka interpretacji, wówczas jest dla mnie ważne i wystarczające, by wiedzieć, że moja osobista interpretacja jest jedną z możliwych (...). Cytując filozofa Jeana Guittona, chrześcijanina i członka francuskiej Akademii Nauk, "Nie miałbyś tak bolesnego poczucia niedoskonałości i absurdu, gdybyś nie miał głębszego obrazu Doskonałości", Karli pisze: Człowiek uczyniony na obraz Boga nosi w sobie cząstkę boskości - światła i nieskończoności - zaś zło jest w gruncie rzeczy rozmyślną negacją tego istotnego aspektu, istotnego, bo wyzwalającego nasze istnienie i życie, za: Delumeau).

John David Barrow (ur. 1952) – angielski fizyk teoretyk, kosmolog, profesor nauk matematycznych na Uniwersytecie Cambridge, pisarz popularnonaukowy. Jest także dyrektorem Millenium Mathematics Project. Na swym koncie ma ponad 350 publikacji i ponad 100 recenzji naukowych, a także książki popularnonaukowe (w j. polskim ukazały się Księga wszechświatów, Księga nieskończoności, Kres możliwości? Granice poznania i poznanie granic, Wszechświat a sztuka. Fizyczne, astronomiczne i biologiczne źródła estetyki, Początek Wszechświata, Teorie wszystkiego. W poszukiwaniu ostatecznego wyjaśnienia, Pi razy drzwi, Książka o niczym, Stałe natury. Anglikanin.

Carl Friedrich Freiherr von Weizsäcker (1912 - 2007) - niemiecki fizyk i filozof. Twórca wzoru Weizsäckera, odkrywca tzw. cyklu węglowego. W czasach Trzeciej Rzeszy uczestniczył w badaniach nad niemiecką bronią atomową. W latach 1946-1957 pracował jako kierownik działu w Instytucie Maxa Plancka w Getyndze. W latach 1957-1969 wykładał filozofię na uniwersytecie w Hamburgu. W latach 1970-1980 kierował Instytutem Maxa Plancka. Był członkiem Rady Naukowej Instytutu Nauk o Człowieku. W 1989 został laureatem Nagrody Templetona, autor 17 książek, w tym Wiara chrześcijańska i nauka.

Stanley L. Jaki OSB (1924 - 2009) - węgierski kapłan z zakonu benedyktynów, teolog, fizyk i filozof nauki. Od 1975 roku do śmierci był profesorem na Uniwersytecie Seton Hall w South Orange w stanie New Jersey. W 2018 roku, Jaki został nazwany przez portal Aleteia.org jednym z pięciu katolickich naukowców, „którzy ukształtowali nasze rozumienie świata” obok Kopernika, Gregora Mendla, Giuseppe Mercalli'ego i Georges'a Lemaitre'a.
Po ukończeniu studiów licencjackich z filozofii, teologii i matematyki, uzyskał dyplom z teologii i fizyki oraz doktorat z teologii na Papieskim Ateneum św. Anzelma w Rzymie (1950) oraz z fizyki na Uniwersytecie Fordham (1958), pod przewodnictwem laureata Nagrody Nobla Victora Hessa, współodkrywcy promieni kosmicznych. Prowadził również badania podoktoranckie z filozofii nauki na Uniwersytecie Stanforda, UC Berkeley, Uniwersytecie Princeton i Institute for Advanced Study w Princeton.
Jaki jest autorem 29 książek, w tym ok. 20 poświęconych związkom współczesnej nauki z chrześcijaństwem. Był wykładowcą Fremantle w Balliol College w Oksfordzie, wykładowcą Hoyt na Uniwersytecie Yale oraz wykładowcą Farmington Institute na Uniwersytecie Oksfordzkim. W latach 1974–1975 i 1975–1976 był wykładowcą Gifford na Uniwersytecie w Edynburgu. W 1987 roku otrzymał Nagrodę Templetona. Był jedną z pierwszych osób w nauce, które uważały, że twierdzenie Gödla o niezupełności jest istotne dla teorii wszystkiego (TOE) w fizyce teoretycznej.

Francisco J. Ayala (ur. 1934) – amerykański genetyk, biolog molekularny i filozof, autor książki Dar Karola Darwina dla nauki i religii. Został wyświęcony na kapłana w zakonie dominikańskim, by po chwili opuścić zakon.
Prowadził badania dotyczące genetyki populacyjnej i ekologii muszek owocowych, później zajmował się genetyką i ewolucją pierwotniaków wywołujących choroby tropikalne (m.in. świdrowcem amerykańskim powodującym chorobę Chagasa).
Nagroda National Medal of Science, przyznawana przez prezydenta USA za znaczący wkład w rozwój nauki. Nagroda Templetona za rok 2010. 12 doktoratów honoris causa.
Był członkiem American Association for the Advancement of Science, pełniąc funkcję przewodniczącego jego rady dyrektorów w latach 1993–1996. Był także doradcą Agencji Ochrony Środowiska USA, National Science Foundation i National Institutes of Health. Trzeba tu podać informację o tym, że został oskarżony o molestowanie 4 kobiet, post jednak nie dotyczy etycznej nieskazitelności przedstawianych tu osób, a jego jedynym celem jest zbadać, czy IQ osób wierzących pozwala im uprawiać naukę i osiągać w niej sukcesy.

Artur Peacocke (ur. 1924) - brytyjski biochemik z Oxfordu, pionier wczesnych badań nad strukturą DNA. Najpierw "łagodny agnostyk", jak siebie określał, potem coraz bardziej przekonany, że nauka nie jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze pytania z jakimi zmaga się człowiek. W roku 1971, a więc w wieku 47 lat, przyjął święcenia kapłańskie w Kościele anglikańskim. Później dziekan Clare College Cambridge, gdzie wykładał biochemię i teologię. Założyciel i dyrektor Centrum Iana Ramseya, Interdyscyplinarnego Studium Wierzeń Religijnych w Odniesieniu do Nauk włącznie z Medycyną, w St. Cross College Oxford. Założył również Stowarzyszenie Wyświęconych Naukowców na Brytyjskim Forum Nauki i Religii w Oxfordzie, zrzeszające kapłanów-uczonych. W latach 1989-1996 honorowy kapelan katedry oxfordzkiej. Odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego przez królową Elżbietę II (1993). Wykładowca-wizytator na uniwersytetach USA, w Japonii i w innych częściach świata. Laureat nagrody Templetona (2001). Autor wielu książek, m.in. Drogi od nauki do Boga.

John Polkinghorne (ur. 1930), angielski fizyk teoretyczny. Profesor fizyki matematycznej na Uniwersytecie w Cambridge od roku 1968 do 1979, kiedy to zrezygnował ze stanowiska i kariery naukowej przyjmując święcenia kapłańskie w Kościele anglikańskim. Prezes Queens College w Cambridge od 1988 do 1996 roku. Autor 5 książek o fizyce i 26 o relacji między nauką a religią. Laureat nagrody Templetona (2002).
Wraz ze studentami przez 25 lat pracował nad teoriami na temat cząstek elementarnych, odegrał rolę w odkryciu kwarka i zbadał analityczne i wysokoenergetyczne właściwości całek Feynmana i podstawy teorii S-Matrix. Podczas pracy w Cambridge spędzał również czas w Princeton, Berkeley, Stanford oraz w CERN w Genewie. Został wybrany na członka Royal Society w 1974 roku. Członek BMA Komisji Etyki Medycznej oraz Komisji Genetyki Człowieka, jak również Zespołu ds. Badań nad Psychologią i Religią Uniwersytetu w Cambridge. Podczas odbierania doktoratu honoris causa w Hongkongu wygłosił wykład dotyczący dialogu Wschód-Zachód, wspólnie z laureatem nagrody Nobla Chen Ning Yangiem.

Paul Davies (ur. 1946) – brytyjski fizyk, pisarz i publicysta, profesor w Arizona State University w Tempe (USA), dyrektor BEYOND: Centrum Fundamentalnych Idei w Nauce. Wcześniej zatrudniony na uniwersytetach University of Cambridge, University of London, Newcastle University, University of Adelaide i Macquarie University. Zajmuje się przede wszystkim kosmologią, kwantową teorią pola i astrobiologią. Zwolennik podróży w jedną stronę na Marsa. Od 2005 kieruje grupą w projekcie SETI: Post-Detection Science and Technology Międzynarodowej Akademii Astronautyki.
Zainteresowania Davisa obejmują fizykę teoretyczną, kosmologię i astrobiologię. Jego badania obejmowały głównie kwantową teorię pola w zakrzywionej czasoprzestrzeni. Jego wyróżniający się wkład obejmuje tak zwany efekt Unruha oraz tak zwany stan próżni Buncha–Daviesa, leżący u podstaw fluktuacji mikrofalowego promieniowania tła, pozostałości po Wielkim Wybuchu. Praca napisana wspólnie z Fullingiem i Unruhem była pierwszą pracą, w której zasugerowano, że czarne dziury parujące w wyniku efektu Hawkinga tracą masę w rezultacie strumienia ujemnej energii promieniującej do morza otaczającej przestrzeni. Davies zajmował się także problemem strzałki czasu. Był także jedną z pierwszych osób, które propagowały teorię, że życie na Ziemi może pochodzić ze skał Marsa wyrzuconych w wyniku zderzeń z asteroidami i kometami. Podczas swojego pobytu w Australii pomógł utworzyć Australijskie Centrum Astrobiologii.  Davies jest Głównym Badaczem (Principal Investigator) w Centrum Zbieżności Fizyki i Biologii Nowotworów (Center for Convergence of Physical Science and Cancer Biology) w Arizona State University. Jest to częścią programu ustanowionego przez National Institutes of Health's National Cancer Institute w celu zaangażowania fizyków do badań nad nowotworami.
Popularyzator nauki, autor m.in. Planu Stwórcy, konfrontującej wyniki nauk, głównie fizycznych i kosmologicznych, z zagadnieniami religijnymi.

Michał Heller (ur. 1936) - fizyk, kosmolog, filozof nauki i ksiądz katolicki (doktorat z filozofii i kosmologii, później habilitacja i stopień profesora). Jeden z założycieli Krakowskiej Grupy Kosmologicznej oraz Ośrodka Badań Interdyscyplinarnych na Papieskiej Akademii Teologicznej i jego dyrektor. Pracownik Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego, fundator i dyrektor  Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych. Laureat nagrody Templetona za rok 2008. Autor  specjalistycznych monografii z kosmologii Teoretyczne podstawy kosmologii i Osobliwy Wszechświat. Autor ok. 60 książek z dziedziny nauka-wiara, z filozofii nauki oraz historii kosmologii.
Członek Polskiej Akademii Umiejętności, Polskiego Towarzystwa Astronomicznego, Polskiego Towarzystwa Fizycznego, Polskiego Towarzystwa Relatywistycznego, Polskiego Towarzystwa Teologicznego w Krakowie, Towarzystwa Naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II oraz Papieskiej Akademii Nauk, Petersburskiej Akademii Historii Nauki i Techniki, Europejskiego Towarzystwa Fizycznego, Międzynarodowej Unii Astronomicznej, International Society for General Relativity and Gravitation, International Society for the Study of Time     International Society for Science and Religion, Center for Theology and Natural Sciences, Berkeley.
Otrzymał 7 doktoratów honoris causa, liczne nagrody, tytuły, medale i ordery.

Francis S. Collins (ur. 1950) – amerykański lekarz i genetyk znany z przełomowych odkryć w dziedzinie chorób genetycznych.  Kierował Projektem Poznania Ludzkiego Genomu. Powołał BioLogos Foundation, zajmującą się relacją między nauką a religią. Był ateistą, po czym nawrócił się na chrześcijaństwo ewangelikalne. Od 2009 r. dyrektor Narodowych Instytutów Zdrowia. W 2009 papież Benedykt XVI powołał go do Papieskiej Akademii Nauk. Autor takich prac jak Język Boga. Kod życia - nauka potwierdza wiarę czy Język życia. DNA a rewolucja w medycynie spersonalizowanej.

brat Guy Consolmagno (ur. 1952) – amerykański planetolog, astronom, popularyzator nauki i jezuita. Oprócz pracy badawczej zajmował się pracą dydaktyczną. Wykładał na Massachusetts Institute of Technology. Pracował też w Harvard College Observatory. Obecnie dyrektor Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Był również przewodniczącym Division for Planetary Sciences w American Astronomical Society. Pracę magisterską obronił na Massachusetts Institute of Technology, doktorat w Lunar and Planetary Laboratory Uniwersytetu Arizony.
Jest autorem ponad 40 prac naukowych na tematy związane z astronomią. Oprócz tego był współautorem książek popularnonaukowych, tłumaczonych później na wiele języków. W 1996 roku wziął udział w ANSMET, akcji poszukiwania i badania meteorytów z Antarktydy. W czasie jej trwania odkrył kilka meteorytów. W 2000 roku Międzynarodowa Unia Astronomiczna nadała jego imię planetoidzie (4597) Consolmagno, znanej także jako Little Guy (można ją rozumieć jako "Mały Guy", albo dosłownie jako "Mały Facet"). Nagrodzony medalem Carla Sagana przez Amerykańskie Towarzystwo Astronomiczne.
Do jezuitów wstąpił w wieku 37 lat, już w trakcie trwania kariery naukowej.

__________

Gdyby komuś było mało, to papież Franciszek przyjął właśnie do Papieskiej Akademii Nauk Fabiolę Gianotti, dyrektor generalną Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych CERN w Genewie, która zarządza nim od 4 lat, specjalistkę od fizyki cząstek elementarnych.

Do Papieskiej Akademii Nauk należeli m.in. Galileusz oraz 79 noblistów (tutaj ich lista do 2018 r., bez Stefana W. Hella, powołanego do Akademii w 2019 r.). Obecnie skupia ona 80 wybitnych przedstawicieli nauk matematycznych i przyrodniczych z różnych państw, a jej prezesem jest noblista Werner Arber.

*

Gdybym miał dwa dni na napisanie tego posta, a nie kilka godzin (nie planowałem go nawet jeszcze dziś przed południem), listę tę pomnożyłbym kilkukrotnie, zwłaszcza o uczonych wciąż żyjących lub uczonych nie-noblistów (pominąłem celowo uczonych, artystów i filozofów do XX w. <poza H. Bergsonem> oraz ludzi kultury, artystów i filozofów współczesnych czy choćby laureatów Nagrody Templetona, przyznawanej od blisko 50 lat właśnie za wkład w budowanie dialogu między nauką i religią), którzy jednak wkład do nauki wnieśli znaczący lub są w jej rozwój mocno zaangażowani, jak choćby ostatni wymienieni Fr. Collins i P. Davies. Wystarczy w tym kontekście zajrzeć do książki Uczony i wiara Jean Delumeau (z której zaczerpnąłem 5 nazwisk, pomijając dwukrotnie więcej), by przekonać się jak poważni uczeni, odpowiedzialni za wielkie projekty i przełomy w nauce, godzą swoją wiarę i badania naukowe. Wielu z nich prowadzi najnormalniej w świecie aktywne życie duchowo-religijne, uczestniczą w nabożeństwach swoich wspólnot, modlą się, czytają Pismo Święte itd. Nie mogę się powstrzymać, aby nie wspomnieć tu choćby o Elizabeth Anscombe, uczennicy wspomnianego filozofa analitycznego Ludwiga Wittgensteina (wraz z dwoma innymi osobami była wykonawczynią jego testamentu; jej też zawdzięcza się wydanie jego Dociekań filozoficznych, które po śmierci filozofa przetłumaczyła z oryginału niemieckiego na angielski), która objęła po nim katedrę w Cambridge, wcześniej 34 lata pracując na Uniwersytecie Oksfordzkim. Na katolicyzm nawróciła się właśnie podczas studiów filozoficznych i wraz z mężem (również filozofem) nie tylko całe późniejsze życie praktykowała katolicyzm, ale pisała też prace filozoficzne broniące tradycyjnej doktryny katolickiej (m.in. transsubstancjacji czy zakazu antykoncepcji). O jej pracy Intention, amerykański filozof analityczny Donald Davidson stwierdził, że „jest to najważniejsze potraktowanie problemu działania od czasów Arystotelesa”.

Trudno też nie wspomnieć tu, mimo celowego braku odwołań personalnych do przeszłości i rezygnacji z przywoływania osiągnięć wierzących uczonych przed wiekiem XX, o tym, że większość największych uczelni w Europie i w USA ma korzenie religijne, włącznie z najbardziej prestiżową uczelnią na świecie - Uniwersytetem Harvarda (od roku 2003 niezmiennie pierwsze miejsce w Akademickim Rankingu Uniwersytetów Świata), założonym w 1636 r. jako college przez purytańskiego kaznodzieję, wielebnego Johna Harvarda, po to, aby, jak pisze Zbigniew Drozdowicz, "realizowano na nim purytańskie ideały życia religijnego i kształcenia" (2).
Posłuchajmy jeszcze Z. Drozdowicza:
Jak to wygląda obecnie na uniwersytetach amerykańskich, przedstawia Ecklund w książce pt. Nauka versus religia. W latach 2005–2008 przeprowadziła ona badania sondażowe wśród akademickich uczonych zatrudnionych w 21 wiodących uczelniach amerykańskich (m.in. na uniwersytetach Harvarda, Chicago, Princeton i Cornell). W sondażu tym wzięło udział ok. 1700 respondentów, a z 275 osobami przeprowadziła ona bezpośrednie rozmowy. Na tej podstawie stwierdziła, że ok. 50% uczonych jest religijna w tradycyjnym sensie, ok. 20% stara się albo unikać demonstrowania swojej religijności, albo łączy ją „z duchową wrażliwością”, natomiast pozostali albo ją ignorują, albo uznają się za „zaangażowanych sekularystów”. Z kolei na pytanie: czy religia i nauka znajdują się w nieprzezwyciężalnym konflikcie, twierdząco odpowiedziało ponad 36% ankietowanych, przeciwnego zdania była ponad połowa, a ok. 7% nie miała w tej kwestii swojego zdania (por. Ecklund, 2010, s. 3 nn.).
Jeszcze raz: 50% uczonych z 21 największych uczelni amerykańskich jest religijna w tradycyjnym sensie, 20% w nieco mniej tradycyjny/demonstracyjny sposób (najprawdopodobniej chodzi po prostu o brak zdeklarowanej przynależności wyznaniowej + o otwartość na duchowe "coś więcej" niż, mówiąc za Bergsonem, bezpośrednie dane świadomości). Czyli 70% uczonych ze wspomnianych wiodących uczelni amerykańskich jest albo wprost religijna, albo nie jest ateistami.
Brzmi zaskakująco? Być może, ale doskonale współgra z przytaczanymi wyżej danymi dotyczącymi noblistów.
Posłuchajmy dalej autora:
Według Johna Schalzbauera i Kathleen Mahoney na prestiżowych uczelniach amerykańskich przynajmniej pięćdziesiąt religijnych stowarzyszeń działa na rzecz integracji wiary i nauki (Schmalzbauer i Mahoney, 2008, s. 16 nn.).
I dalej (jak można się domyślać, chodzi już o ogół amerykańskich uczelni, nie tylko o te prestiżowe):
Takie związki były jednak również analizowane przez Elaine Howard Ecklund i współpracującego z nią Christophera P. Scheitle’a. W przeprowadzonej na początku naszego stulecia na próbie 1646 uczonych amerykańskich ankiecie swoją wiarę deklarowało: w naukach społecznych 30% politologów, 25,2% ekonomistów, 23,7% psychologów, 20,8% socjologów, natomiast w naukach przyrodniczych 29,1% chemików, 19% fizyków i 17,4% biologów (Ecklund i Scheitle, 2007). Z kolei w świetle badań przeprowadzonych w 2006 r. przez Pew Researche Center wśród 2533 członków Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Nauki (American Association for the Advancement of Science) wiarę w Boga deklarowało 41% chemików, 32% biologów i przedstawicieli nauk medycznych, 30% przedstawicieli nauk o ziemi i 29% fizyków i astronomów. Natomiast 12% uczonych stwierdziło, że „wierzy w uniwersalnego ducha lub siłę wyższą”, a co czwarty, że nie wierzy w Boga (Masci, 2009). Wskazania te różnią się w niejednym punkcie od tych, które podają Ecklund i Scheitle.
Wciąż nie jest źle: średnio 30-35% wierzących w tradycyjnie pojmowanego Boga + 12% wierzących w siłę wyższą lub uniwersalnego ducha, czyli ok. 42-47% uczonych amerykańskich jest albo wprost religijna, albo nie są ateistami. Blisko połowa. Z perspektywy wierzącego mogłoby być lepiej, ale czy jest źle?

A jak jest w Polsce? Posłuchajmy jeszcze prof. Drozdowicza:
Badania takie zostały przeprowadzone w latach 1995–1996 przez Marię Libiszowską-Żółtkowska, a ich wyniki zostały przedstawione w książce pt. Wiara uczonych (wyd. Nomos). Na jej ankietę skierowaną do 960 polskich profesorów odpowiedziało 447 respondentów – 77,6% zdeklarowało w niej swoje wyznanie rzymskokatolickie, 9,8% nie wskazało żadnego wyznania, 9,2% określiło siebie jako ateista, a 2,5% jako agnostyk. W przełożeniu na dziedziny i dyscypliny naukowe największą liczbę głęboko wierzących i wierzących (bo ok. 85%) stanowili przedstawiciele nauk rolniczych, a najmniejsza (bo ok. 50%) ekonomicznych. Wiarę w istnienie Boga zadeklarowało 84,1% respondentów, w tym w boskość Jezusa 99,1%, w zmartwychwstanie Jezusa 97,1%, w Trójcę Świętą 98,2%, w obecność Chrystusa w Eucharystii 97,3%, w niebo 92,9%, w dziewictwo Matki Boskiej 90,3% , w piekło 82,3%, w nieomylność papieża w sprawach wiary 73,5%, w uzdrowieńczą moc świętych miejsc 69,0%, w możliwość cudownych uzdrowień przez uzdrowicieli 18,6%, natomiast w możliwość nawiązania kontaktów ze zmarłymi 16,8% (Libiszowka-Żółtkowska, 2000, s. 126).
Przyznam, że jako ateista czułbym się zasmucony i spoliczkowany. Nie wątpię jednak, że u wielu niewierzących od razu po przeczytaniu ostatniego zdania zaczął się proces racjonalizacji mechanizmu wiary u uczonych-wierzących i przypisaniu im całej masy najmniej szlachetnych motywów za tym stojących. Cóż, trudno pozbyć się nagle długo pielęgnowanych odruchów i misternie generowanych tez na potrzeby dobrego samopoczucia. Dane jednak są, jakie są, i wierzący nie mają, w świetle przytoczonych w tym poście informacji, liczb i statystyk, żadnego powodu do kompleksów czy niedobrego samopoczucia (w przeciwieństwie do niewierzących).

Sądzę, że, pomimo wybiórczości dokonanej w tym poście, przykładów jest wystarczająca ilość, aby udzielić jednoznacznie negatywnej i uzasadnionej odpowiedzi na tytułowe pytanie, wykazując też w trudny do podważenia sposób, że teza o równaniu wierzący=głąb, jest absurdalna, nieuzasadnialna, wybitnie niemerytoryczna i ma swoje korzenie w uprzedzeniach oraz zawstydzającym podtrzymywaniu stereotypów (z których powinno się wyrastać mając najpóźniej 16 lat i przeciętne zorientowanie w świecie, dlatego nic nie usprawiedliwia ich obecności i takiego skondensowania w umysłach dorosłych ateistów). Nie trzeba chyba dodawać, że teza ta jest też dla ludzi wierzących najzwyczajniej krzywdząca, ale z pomiataniem teistami niewierzący nie mają większych problemów (o czym się można przekonać sprawdzając choćby pobieżnie ateistyczne czy religijne fora i blogi internetowe), więc ten argument wydaje się nie być przodujący w "dialogu" wierzących z ateistami i szczególnie przemawiający do tych ostatnich, mimo iż z moralnego punktu widzenia jest on pierwszy i elementarny.

Tak więc jednak, jak wszystko na to wskazuje, nie tak wierzący intelektualnie ograniczony, osobowościowo niedojrzały i psychicznie zagubiony (dlatego jak owca potrzebujący prowadzenia przez pasterzy), jakim go ludzie niedoinformowani i złej woli malują.
________________

Przypisy:

(1). http://lutownica.dominikanie.pl/bog-czyli-wielkie-zlo/

(2). Wiara i niewiara w Boga amerykańskich uczonych, Zbigniew Drozdowicz, w: Przegląd Religioznawczy 2 (272)/2019.

* * *

P.S. Kilka nazwisk dopisałem później, nie szukając już celowo uczonych-wierzących, tylko przypominając sobie mimochodem nazwiska autorów, których książki posiadam (jest ich znacznie więcej, ale myślę, że zagadnienie zostało wystarczająco zilustrowane, aby nie trzeba było pomnażać nazwisk na liście).

P.S. 2: W bieżącym roku (2019, notka dodana już po napisaniu posta) nauczycielskiego "Nobla" otrzymał franciszkanin, Peter Tabichi.

P.S. 3 (dopisek z 07.2020): W roku 2019 pokojową nagrodę Nobla otrzymał Abiy Ahmed Ali, premier Etiopii, chrześcijanin-zielonoświątkowiec. To, że pokojowego Nobla otrzymuje wierzący stało się już tradycją (włącznie z Bobem Dylanem, który jest nie tylko teistą, ale i "duchowo przebudzonym").

Autopsja człowieka z Całunu

Poniżej przytaczam fragment Wstępu i ostatni rozdział pt. Wnioski z pracy zbiorowej włoskich uczonych Autopsja człowieka z Całunu (2018), będącej medyczno-sądowym raportem/ekspertyzą wyników badań śladów widocznych na Całunie Turyńskim.

Autorami opracowania są:
Bruno Barberis - profesor fizyki matematycznej na Wydziale Matematyki Uniwersytetu w Turynie, obecny dyrektor Międzynarodowego Centrum Syndonologii (syndonologia to wyodrębniona dziedzina nauki, dotycząca interdyscyplinarnych badań nad Całunem - historia, archeologia, medycyna, botanika, ekspertyza materiałów, informatyka i komputerowa analiza zdjęć, historia sztuki);
Luigi Fabrizio Rodella - profesor anatomii człowieka na Wydziale Nauk Klinicznych i Eksperymentalnych Uniwersytetu w Brescii;
Giovanni Pierucci - emerytowany profesor medycyny sądowej Uniwersytetu w Pawii;
Mauro Labanca - profesor kontraktowy anatomii człowieka na Wydziale Nauk Klinicznych i Eksperymentalnych Uniwersytetu w Brescii;
Alessandra Majorana - profesor zwyczajna patologii stomatologicznej specjalnej na Wydziale Specjalizacji Medyczno-Chirurgicznych, Nauk Radiologicznych i Zdrowia Publicznego Uniwersytetu w Brescii;
Giampiero Farronato - profesor zwyczajny ortodoncji Wydziału Nauk Biomedycznych, Chirurgicznych i Stomatologicznych Uniwersytetu w Mediolanie;
Massimo Boccaletti - dziennikarz, freelancer


Fragment Wstępu:
W niniejszej książce zebrano i poddano krytycznej ocenie informacje dotyczące aspektów anatomicznych, medyczno-sądowych i anatomopatologicznych w odniesieniu do człowieka z Całunu oraz przedstawiono osobiste obserwacje autorów.
Choć w formie popularnonaukowej (i tak treść książki nie jest lekka, analizy są bardzo drobiazgowe i zaopatrzone w tabele wyjaśniające terminologię i systematykę miar antropometrycznych, co czytelnika niecierpliwego i oczekującego krótkich syntez może zmęczyć - przyp. autora bloga), przystępnej dla wszystkich czytelników, zastosowana tu metoda badania jest typową dla analizy anatomicznej i medyczno-sądowej, której poddano - zamiast zwłok - wizerunek utrwalony na płótnie Całunu. Podczas gdy ocena anatomiczna pozwoliła na dyskusję o danych antropometrycznych człowieka z Całunu, to badanie medyczno-sądowe umożliwiło sformułowanie hipotezy na temat przyczyn jego śmierci.
W pierwszej części książki (...) omówione są dane morfologiczne, antropologiczne i antropometryczne, zaś w obrębie zagadnień medyczno-sądowych obraz z Całunu zostaje przyrównany do typowego "diagramu anatomicznego", w medycynie sądowej zwykle użuwanego do opisu zranień cielesnych zarówno człowieka zmarłego, jak i żywego. 
W drugiej części opisano szczegóły różnych obszarów anatomicznych obrazu, rozważając po kolei aspekty morfologiczne i traumatologiczne (...).
Rozdział Wnioski:
Podsumowując, w świetle obiektywnej analizy obrazu z Całunu, jakie są do dyspozycji, potwierdzono i wskazano ex novo aspekty anatomiczne, antropologiczne i medyczno-sądowe, z których wyciągnąć można wnioski dotyczące człowieka z Całunu.
Niniejsze studium pokazało i potwierdziło, że badane płótno owijało zwłoki mężczyzny, który wcześniej doznał obrażeń dwojakiej natury:
1) wielokrotnych stłuczeń rozsianych na szerokim obszarze skóry, licznych zwłaszcza na twarzy, powstałych w wyniku działania ciał tępych oraz najprawdopodobniej po części na skutek upadków;
2) ran otwartych w wyniku działania narzędzi kłutych; raczej powierzchownych, ale licznych.
Śmierć nastąpiła wskutek ukrzyżowania, a więc procesów właściwych tej metodzie, takich jak: asfiksja (zakłócona dynamika oddychania właściwa dla ukrzyżowania) oraz wstrząs, także wielorakiej natury (ortostatyczny; hipowolemiczny, szczególnie krwotoczny; mikrozatorowy; bólowy itd.). Na człowieku z Całunu widoczne jest poważne obrażenie w postaci rany kłuto-ciętej z prawej strony piersi. Jej główne cechy wskazują na naturę pośmiertną tej rany, chociaż nie ostatecznie, gdyż można je interpretować ewentualnie ze wskazaniem na powstanie rany in limine vitae. W takim przypadku bezpośrednie jej konsekwencje mogłyby przyczynić się do zgonu jako "czynnik ostateczny" (masywny krwotok, uszkodzenie narządów wewnętrznych, zator powietrzny itd.). Interpretując pozycję różnych części ciała, zwłaszcza kończyn, unikać należy koncepcji "klinicznych", czyli stosowanych w odniesieniu do ludzi żywych, ale niemających zastosowania do zwłok. W przypadku martwego ciała zwiotczenie mięśni (natychmiastowe zjawisko tanatologiczne) likwiduje wcześniejszy skurcz mięśni, a następujące stężenie (zjawisko skutkowe) na długi czas utrwala strukturę mięśniową w takiej formie, w jakiej się znalazła po zwiotczeniu. Skądinąd pewne ustawienia (np. ręce i brak widoku kciuków) wydają się odzwierciedlać działania ze strony osób specjalnie do tego wyznaczonych i/lub krewnych przygotowujących ciało do złożenia w grobie.
Wnioski te porównać można z "historycznymi" opisami Ewangelii i tradycji chrześcijańskiej, ażeby zweryfikować ich zgodność. W porównaniu z ewangelicznym przekazem o męce Jezusa, obiektywne dane z Całunu okazują się całkowicie zgodne z informacjami o biciu, biczowaniu, nałożeniu korony z cierni, ukrzyżowaniu i uderzeniu włócznią w klatkę piersiową (zgodnie z wcześniejszymi uwagami co do kolejności chronologicznej).
Tak samo chrześcijańska tradycja dotycząca upadków pod ciężarem krzyża (a przynajmniej patibulum <pozioma belka - przyp. autora bloga>) w czasie wchodzenia na Golgotę zgadza się z zespołem stłuczeń twarzy i kolan. Obraz ran powstałych przy upadku sugeruje ewentualność wystąpienia niezwykle silnych uderzeń w klatkę piersiową wraz z deformacją w kierunku przednio-tylnym nawet całej klatki piersiowej. Wypływa z tego możliwość lub wręcz prawdopodobieństwo częściowego rozdarcia ściany aorty (w miejscu jej cieśni), które dopełniło się w całości w drugim momencie (dwuetapowe uszkodzenie) poprzez otwarcie otaczającej ją błony surowiczej, co zaskutkowało masywnym krwotokiem w jamach opłucnych (krwiak opłucnej) i bardzo szybką śmiercią w następstwie wstrząsu hipowolemicznego, krwotocznego. Jako, że dobrze znany jest charakterystyczny przeszywający ból towarzyszący rozdarciu błon surowiczych, przedstawiona rekonstrukcja okazuje się zgodna z przekazem Ewangelii o śmierci Jezusa: "zawołał donośnym głosem i oddał ducha" (Mt 27,50); "zawołał donośnym głosem" (Łk 23,46). W tym kontekście obiektywne dane wynikające z analizy Całunu harmonizują z pośmiertną naturą ciosu zadanego włócznią, o którym pisał Jan: "Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda" (J 19,33-34).
Niniejsze obiektywne wnioski prowadzą do uznania za niezwykle prawdopodobne, że w płótno Całunu owinięte było martwe ciało Jezusa z Nazaretu, postaci historycznej, o którego losach opowiadają nie tylko Ewangelie, ale także niektórzy rzymscy historycy z I w. Jednak sposób, w jaki na płótnie pojawiło odbicie Jego obrazu, pozostaje - i może na długo jeszcze pozostanie - jedną z nierozwikłanych tajemnic Całunu.
Autorzy w przyjętej metodzie postanowili zbadać Całun tylko pod kątem śladów zwłok na płótnie (anatomopatologicznym, morfologicznym i hematologicznym <podają również grupę krwi AB>), nie zajmując się tym, co należy do kompetencji specjalistów innych dziedzin (pyłki, ślady ziemi, rodzaj splotu materiału, datowanie wieku, trójwymiarowość obrazu itd.). Należy uznać to za pozytywne, w przeciwnym wypadku powstają bestsellery w rodzaju Kod Leonarda da Vinci Dana Browna, pisarza beletrystycznego, który nagle stał się archeologiem, historykiem, specjalistą od języków starożytnych itd. Wiedzę całościową oraz dotyczącą wyników badań nad innymi aspektami Całunu przytaczają szeroko inne książki, których tytuły podaję w najstarszym poście na tym blogu, dotyczącym Całunu Turyńskiego, wraz ze wzmiankami o ich autorach. Tutaj chciałem podzielić się wnioskami z najnowszej książki dotyczącej badań nad Całunem. Treść książki, zgodnie z wcześniejszymi analizami innych autorów, nie pozostawia wątpliwości, że wizerunek na Płótnie nie jest obrazem-malowidłem naniesionym na niego w sposób sztuczny, artystyczny. Nawet jeśli ktoś chciałby przyjąć hipotezę płótna-falsyfikatu (co jest prawie niewykonalne w świetle wyników badań interdyscyplinarnych), musi uznać jednocześnie, że ewentualne fałszerstwo nie odbyło się przez namalowanie wizerunku ukrzyżowanej osoby, ale że w płótno rzeczywiście musiały być zawinięte zwłoki zmarłego krótką chwilę przed tym mężczyzny, którego śmierć nastąpiła poprzez zadanie takich samych ran, jakie pociągało za sobą rzymskie ukrzyżowanie (nie jest możliwe wywołanie owych śladów poprzez naniesienie, ani nie istniała taka wiedza anatomiczna w XIII i XIV wieku, której ewentualny fałszerz, wyprzedzający znacznie swoją epokę, musiałby być dodatkowo wybitnym znawcą). Trzeba też pamiętać, że ewentualna ofiara, której śmierć miała posłużyć fałszerzowi do stworzenia wizerunku, nie mogłaby umrzeć po prostu od jakiegoś ciosu czy uduszenia, a później zadano jej różnego typu rany dla upozorowania ewangelicznego Ukrzyżowania. Musiałaby ona być torturowana za życia w taki sposób, aby pozostawić ok. 120 ran od samego biczowania (prof. G. Fanti doliczył się 370 ran, a mówi o 600 możliwych), ok. 70 ran kłutych na głowie (od korony cierniowej), rany twarzy, deformację nosa, mocno obtarte krwawo ramię i plecy od niesienia patibulum itd. Przyczyna śmierci była złożona i składały się na nią, jak piszą autorzy: asfiksja (zakłócona dynamika oddychania właściwa dla ukrzyżowania) oraz wstrząs, także wielorakiej natury (ortostatyczny; hipowolemiczny, szczególnie krwotoczny; mikrozatorowy; bólowy itd.). Ewentualna ofiara fałszerza-geniusza (o skali geniuszu, który byłby konieczny do wytworzenia w tamtym czasie wizerunku choćby częściowo zbliżonego do Całunu, a którego nie udało się nikomu zadowalająco odtworzyć w czasach obecnych, pisze w osobnym rozdziale swojej książki Całun. Kwestia wciąż otwarta prof. Bruno Barberis, współautor także obecnych badań, które opisuję w tym poście) poza zniesieniem powyższych tortur, musiałaby więc umrzeć jeszcze w ten sposób*. Jak prawdopodobne jest to, że jakiś wybitny lekarz-geniusz z XIII-XIV wieku miałby dokonać tego rodzaju zbrodni, aby stworzyć wizerunek Ukrzyżowanego, który nie przyniesie mu ani pieniędzy, ani sławy (z definicji autor falsyfikatu musiał być anonimowy), do tego nie mając pewności, że będzie on przedmiotem czci w Kościele i zostanie uznany za autentyczny, pozostawiam czytelnikowi tej notki (i jednocześnie zachęcam do lektury chociaż jednej z książek całościowo przedstawiającej stan badań nad Całunem, co zilustruje w szerszej skali jak hipoteza fałszerza jest nieprawdopodobna).

*O przyczynie śmierci pisze też krótko w wywiadzie dla WP prof. Idzi Panic: - Na podstawie badań wiemy, że nastąpiło pęknięcie serca z powodu niedotlenienia płuc. Organizm był tak wyczerpany wcześniejszymi biczowaniem i całą tą drogą, aż pękały pęcherzyki płucne. To jest potworna śmierć. Tak jakby połączenie rozrywanego serca z męką topielca.

niedziela, 23 grudnia 2018

Jak wygląda(ł) św. Mikołaj?


Rekonstrukcja twarzy św. Mikołaja z Mirry, 2014 r. (Fot. Liverpool John Moories University)
Pogodnymi oczami patrzy przed siebie ciemnooki mężczyzna o siwych włosach. Okrągła, pełna twarz sugeruje, że lubił dobrze zjeść, trudno więc uwierzyć, iż mamy do czynienia z weganinem, który do tego regularnie pościł. „Przyjazne” zmarszczki wokół oczu pozwalają sądzić, że to człowiek o pogodnym usposobieniu, dlatego dziwi zniekształcony, najwyraźniej noszący ślady złamań nos.   

Powyżej komputerowy portret św. Mikołaja stworzony na przełomie 2014 i 2015 r. przez prof. Caroline Wilkinson z John Moores University w Liverpoolu, na podstawie kości i czaszki, przechowywanych w kościele we włoskim Bari.   

Badania kości świętego potwierdzają np. zaawansowany artretyzm, co może wynikać nie tylko z sędziwiego wieku Mikołaja (zmarł mając ok. 70-80 lat), ale również z faktu, że – według legend – za rządów Doklecjana święty pięć lat przesiedział w więzieniu. Złamany nos ma być za to brakującym dowodem (nie zachowały się żadne zapiski) na to, że w 325 r. biskup Mikołaj nie tylko uczestniczył w Soborze Nicejskim, ale też pobił się tam z – opowiadającym jego zdaniem herezje – Ariuszem.   

Mikołaj, późniejszy biskup Miry (obecnie Demre w Turcji), urodził się w południowo-zachodniej Anatolii około 270 r. n.e., za ostatniego niechrześcijańskiego cesarza Rzymu Doklecjana, zmarł już za Konstantyna, którego rękoma cesarstwo przyjęło chrześcijaństwo za religię państwową.   

za: Niegrzeczny święty Mikołaj, Marcelina Szumer-Brysz (Tygodnik Powszechny, 27.11.2016)

niedziela, 16 grudnia 2018

Jeszcze o doświadczeniu mistycznym i neutralności poszukiwań ateisty

Przypuśćmy, że ateiści twierdzą, iż mają mistyczne doświadczenie Nicości, źródłowego bez-sensu świata i wszelkiej istniejącej rzeczywistości; że ta podstawowa meta-fizyczna Pustka i Brak, zostawiające miejsce tylko na przypadkową i ślepą (jak twierdzi D. Dennett, neurobiolog) ewolucję "czystej", pozbawionej nad-naturalnego wymiaru, materii, jakoś manifestują się w ich wnętrzach/umysłach i są przez nich percypowane, doświadczane. Przypuśćmy, iż twierdzą oni, że nie muszą już wierzyć w nieistnienie Boga i Sensu, jakoś wpisanego w strukturę tego świata (jeśli nie ma być to sens subiektywny, nadawany mu, a raczej jednostkowym zdarzeniom z życia każdej osoby przez nią samą, bo nie można nadać wtórnie sensu Historii lub wszech-światowi, może zrobić to tylko Ktoś znajdujący się poza nimi), tylko o tym nieistnieniu wiedzą, ponieważ realnie i w sposób wykluczający wątpliwość doświadczają nieobecności Boga i obiektywnego sensu/znaczenia zdarzeń i samej podstawy rzeczywistości.
Przypuśćmy też, że piszą oni "pamiętniki" z takich doświadczeń, relacje wewnętrzne, opisujące stany mentalne, percepcję rzeczywistości i doświadczane, a nie wywoływane przez nich samych (jak twierdzą), właściwości struktury rzeczywistości, wszelkiego bytu, który jawi im się jasno i wyraziście jako nagi, przypadkowy, bez odniesień do jakiejkolwiek nad-przyrodzoności i Stwórcy, bezosobowy i bez-celowy.

Czy jako wierzący mógłbym przejść obojętnie obok tych relacji, nie zajrzeć choćby do wstępu do którejkolwiek z nich lub skwitować je z góry jako urojenia i brednie chorego lub chcącego mnie oszukać umysłu? Pomińmy już ciekawość, badawczą czy całkiem prywatną, wynikającą z braku innych zajęć. Czy pewien aspekt moralny poszukiwania prawdy, związany z powagą każdej relacji do prawdy bytu, do tego, jak się rzeczy mają, a jak się nie mają, nie nakazywałby mi zapoznać się z tymi doświadczeniami innych, które mają tak podstawowe znaczenie dla zagadnienia życia-w-prawdzie i dla mojego stosunku do świata, losu, śmierci, trwania, cierpienia, itd.? Jeśli ich doświadczenia są prawdziwe, wiarygodne i trudne do podważenia, zanegowania, a ja sam nie mam doświadczeń religijnych (jak większość wierzących), to być może jednak posiadam błędne przekonania i choć trochę powinienem je zweryfikować, jeszcze raz przemyśleć i przeanalizować czy ich treść i sposób ich pozyskania ma mniej rzetelne, mniej wiarygodne i mniej bezpośrednie podłoże, niż opisywane przez ateistów (najbardziej realne ze wszystkiego, co dotąd doświadczyli, jak twierdzą) doświadczenie braku sensu i transcendentnego wymiaru bycia/bytu świata. Nie wolno mi oskarżać o kłamstwo i chęć zwiedzenia mnie oraz całych mas ludzi, z których relacjami się nie zapoznałem. To moralny wymóg. Czy jest więc prawdopodobne, że nie sięgnąłbym po żadną taką relację i nie przeczytał jej? Piszę o sobie, a nikt nie zna siebie w sposób zupełny i nie może być pewien swoich zachowań/wyborów w sytuacjach granicznych i takich, które jeszcze się nie wydarzyły, ale myślę, że prawdopodobieństwo, iż nie sięgnąłbym po żaden taki mistyczny pamiętnik jest bardzo małe. Chciałbym i czułbym się w obowiązku do któregoś z nich zajrzeć i zapoznać się z treścią doświadczenia autora, choćby po to, by stwierdzić, że nie jest oszustem, a tylko się pomylił, źle owo doświadczenie zinterpretował. To możliwe, ale żeby to stwierdzić (lub zobaczyć, że tak nie jest) muszę zapoznać się z relacją.

"Ale o co ci chodzi?". Już wyjaśniam. Otóż nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w swoim życiu spotkał osobę niewierzącą, a już szczególnie ateistę czynnie zwalczającego religię i wszelki "zabobon" wyznawany przez "religiantów", która przeczytałaby i zdała w swojej krytyce przekonań religijnych relację z lektury choćby jednego dzieła chrześcijańskiego mistyka. Czytam sporo książek i artykułów pisanych przez ateistów na tematy religijne i nie przypominam sobie ani jednej analizy, ani dłuższego lub merytorycznego (związanego z analizą treści) nawiązania do jakiegokolwiek mistycznego pamiętnika/dziennika osoby uchodzącej w Kościele katolickim (lub w innych wspólnotach chrześcijańskich) za osobę doświadczającą zweryfikowanych i uznanych przez Kościół (choćby w akcie kanonizacji) nadprzyrodzonych doświadczeń/przeżyć mistycznych. Nawet jeśli analizy i świadectwa takich lektur istnieją, to jest ich na tyle mało, że prawie się ich nie spotka, a jeśli weźmiemy pod uwagę fora lub blogi ateistyczne, czasem mające ambicje uchodzić za naukowe lub co najmniej dziennikarsko rzetelne, to nie ma tam nawet śladów takich lektur. Ateiści po prostu nie czytają takich świadectw.

- "Dialog" św. Katarzyny ze Sieny,
- "Życie" (autobiografia) św. Teresy z Avila (książka, po której przeczytaniu, niewierząca jeszcze wtedy Edyta Stein, stwierdziła "To jest prawda"; moment ten był przełomowy dla nawrócenia uczennicy Husserla)
- pisma św. Jana od Krzyża,
- pisma Ruusbroecka,
- Mistrza Eckharta,
- św. Brygidy Szwedzkiej,
- Mechtyldy z Magdeburga,
- św. Mechtyldy z Hackeborn,
- Juliany z Norwich
- św. Gertruda z Helfty
- św. Weroniki Giuliani
- św. Gemmy Galgani
- św. Teresy z Lisieux ("Dzieje duszy")
- św. Elżbiety od Trójcy Świętej ("Wspomnienia")
- "Dzienniczek" św. Faustyny
- "Wyznania z przeżyć wewnętrznych" Rozalii Celakówny lub jej "Odpowiedzi na pytania dla ostatniego kierownika duchowego sumienia" (jej spowiednik po przeczytaniu "Wyznań..." zadał jej 516 pytań)
- "Święta Pani" Stefanii Fulli Horak (autobiografia, opis nawrócenia i relacja z nadprzyrodzonych doświadczeń ze świętymi polskiej ateistki <jej ateizm miał filozoficzne podłoże, z wykształcenia była filozofem>; książka ta zawiera najobszerniejsze ze wszystkich mi znanych wyjaśnienie stanów życia po śmierci: czyśćca, nieba i nie-zbawienia (piekła))
- "Świadectwo. Dziennik duchowy" oraz "Słowo pouczenia" Alicji Lenczewskiej (niedawno zmarłej szczecinianki)
- lub po prostu biografie i świadectwa spotkań z takimi osobami jak o. Pio (w j. polskim jest mnóstwo biografii zawierających raporty z przesłuchań, badań medycznych, procesu kanonizacyjnego, dochodzeń Kościoła wobec o. Pio, wobec którego wysuwano różne podejrzenia, świadectw jego przełożonych, duchowych uczniów, obcych osób lub dziennikarzy relacjonujących niezwykłe wydarzenia przy spotkaniu z nim, itd.) czy Marta Robin (w j. polskim dostępna jest nawet książka lekarza-psychiatry, który ją znał i badał, a jedna z biografii cytuje pełny, kilkustronicowy raport medyczny dwóch lekarzy, napisany po wyczerpującym badaniu Marty - stygmatyczki i osoby niejedzącej przez 53 lata);

To wszystko są książki-relacje z przeżyć wewnętrznych/mistycznych, często pisane z nakazu spowiednika, wobec którego mistycy byli zobowiązani być posłuszni, pisane są więc "mimowolnie", wbrew intymności tych doświadczeń i pragnieniom autora, a nie jako relacje epatujące nadzwyczajnymi zjawiskami i przy poczuciu wybraństwa, co już samo w sobie dla osoby neutralnej może być wskazówką, sugestią, że są to doświadczenia autentyczne. Nikt jednak, lub prawie nikt, ze strony ateistów po nie nie sięga. Nikt nie ma potrzeby zweryfikować świadectw osób twierdzących, że doznawały niezależnej od siebie i przekraczającej je rzeczywistości, osobowego, ale absolutnego Boga; które twierdziły czasem, że widziały zaświaty, nieba i piekła, i które zdawały z tych podróży relacje. Czy można w sposób uzasadniony wydać o tych świadectwach opinię "brednie" nie zapoznając się z nimi? Co do tego skłania? Nic poza założeniami. Osoba taka zakłada z góry, że relacje te są urojeniami, bredniami, próbami samo-oszustwa lub kłamstwami, czyli próbami oszustwa innych. To poważne zarzuty. Czy czyjekolwiek sumienie moralne, czyli zdrowo rozwinięte poczucie sprawiedliwości i istnienia moralnych zasad, byłoby w stanie wydawać takie wyroki zaocznie, nie znając sprawy, tematu i treści relacji, o których mowa? (rzecz dotyczy też książek i podręczników teologicznych i biblistycznych, objaśniających złożone często zagadnienia i ich wieloaspektowość, których ateiści również nie czytają <do dziś spotyka się w "fachowych" artykułach ateistycznych twierdzenia o Bozi, chmurach i krasnoludkach...naprawdę>). Bardzo w to wątpię, po prostu nie wyobrażam sobie tego. Chyba, że mówimy o kimś, kto nie szuka prawdy, kto kieruje się w swoim życiu i postępowaniu przyjętymi kiedyś odgórnie założeniami i którego obecne postępowanie jest już tylko wyprowadzaniem konsekwencji z tych założeń, nawet jeśli przeczą one faktycznemu stanowi rzeczy lub przeczyłyby wglądowi w owe rzeczy, gdyby osoba, o której mówimy pozwoliła sobie na zbadanie tych spraw i zrezygnowała z uprzedzeń. Czyli o kimś, kogo droga nie jest poszukiwaniem, ani nauką, bo nauka nie żyje założeniami i nieustannie weryfikuje swoje twierdzenia, wymuszając na ludziach nauki stałą i niemożliwą do usunięcia otwartość.

Czy więc mówimy o kimś takim?

Można by sądzić, że to ateista jest powołany i cechuje się neutralnością, ciekawością badawczą i priorytetem prawdy (jakakolwiek by była), a nie "dogmatyczny" teista, wyznawca zabobonu, któremu przecież niepotrzebne lektury wyznawców innych religii lub ateistów, negujących jego poglądy i przekonania, bo on "już wie" i nie potrzebuje weryfikować czegokolwiek, ani wsłuchiwać się w inne narracje. Tymczasem to wierzący czytają książki ateistów-uczonych, aby móc rzeczowo odnieść się do zarzutów przez nich wysuwanych i aby zweryfikować, czy wiedzę, jaką serwują o stanie nauki lub źródłach religijnych wierzeń, da się potwierdzić i uzasadnić. Żeby jednak dialog był możliwy, potrzeba takiej samej woli docierania do prawdy i wysiłku poznawczego, chodzi przecież o rzeczy będące czasem kwestią życia i śmierci (wierzący ma "obowiązek" oddać życie za swoje przekonania, jeśli znajdzie się w sytuacji, która tego wymaga; w cudzysłowie, bo nie chodzi o żadną powinność niezależną od jego przekonań, ale o wewnętrzną logikę tych przekonań i ich prawdziwość, wyrażającą się gotowością do dania świadectwa wobec Przedmiotu wiary), w najgorszym wypadku o rzeczy równie ważne jak te, które uznajemy za najbardziej istotne w naszym życiu.

Tyle, że dialog jest możliwy tam, gdzie "religiant" byłby równy swojemu rozmówcy i gdzie szacunek uniemożliwiałby łatwe i motywowane uprzedzeniami określanie bredniami i urojeniami świadectw osób, których często moralna nieskazitelność, gotowość do poświęceń i działań na rzecz drugiego, a także aksjologiczny wkład w historię ludzkich społeczności były nieporównywalnie większe, niż ich krytyków. Już choćby to wymusza u zdrowej i uczciwej osoby dystans i gotowość zawieszenia własnych uprzedzeń, aby móc zweryfikować świadectwo, którego prawdziwość ktoś gotowy jest potwierdzić oddaniem życia. Nie wysadzić siebie i innych, aby usłyszano jego polityczne postulaty, ale tylko aby potwierdzić, że to, o czym mówi, jest prawdą. Nie zdarza się to często, już samo to więc wystarczy, aby wzbudzić w sobie otwartość. Jeśli ktoś tego nie potrafi, zasługuje na brak zaufania i na to, aby nie tracić dla takiej osoby czasu, jak i, aby nie pozwolić sobie na zawracanie nam przez nią głowy.

niedziela, 16 września 2018

Argument z doświadczeń mistycznych - kilka uwag

W klasycznych argumentach za istnieniem Boga występuje argument z doświadczenia religijnego/mistycznego. Wskazuje się, że szlachetne jednostki o wysokim statusie moralnym, takie jak święci Kościołów chrześcijańskich, założyciele zakonów i reformatorzy religijno-społeczni, na przestrzeni wieków doświadczali bliskiej zażyłości z Bogiem i miało u nich miejsce realne, choć przebiegające w wymiarze duchowym, przemieniające zjednoczenie z Nim (sprawę doświadczenia religijnego w innych religiach chciałbym na razie odsunąć na bok). Jest to słuszny argument.

Przeciwko niemu wysuwa się czasem głosy ze strony ateistycznej, że jest to argument słaby, kruchy, oparty bowiem na subiektywnym doświadczeniu kogoś, kto może źle interpretować swoje przeżycia psychiczne. Drugim zarzutem jest ten, że doświadczenia te nie są powszechne, doznaje je jedna osoba, a inne nie, w takim razie trzeba doszukiwać się w nich przeżyć wyłącznie psychicznych, bowiem gdyby Bóg obiektywnie istniał, dostęp do Niego powinien mieć każdy, kto by tego chciał.

Zarzuty te same wydają się być bardzo kruche, opierają się bowiem na dowolnych lub nieuzasadnionych wnioskach.

Jeśli chodzi o pierwszy zarzut, to w teologii rozróżnia się doświadczenie religijne, możliwe także w innych religiach, a nie wykraczające mocno poza granice natury i naturalne władze człowieka (takie jak metafizyczne zdumienie, rodzaj głębokiego poznania jakiegoś aspektu rzeczywistości, nie poprzez "oświecenie" dane z "góry", ale poprzez naturalne władze rozumu/umysłu, zainspirowanego wiarą i poszukiwaniem prawdy czy na podłożu np. ascezy i oczyszczenia/uwrażliwienia percepcji na tę samą, dostępną zmysłom rzeczywistość, która teraz jawi się w sposób bogatszy, jako szersza, głębsza, posiadająca więcej aspektów i wymiarów), od doświadczenia mistycznego, które jest udziałem nielicznych i w sposób konieczny zawiera elementy nadprzyrodzone, nieosiągalne naturalnymi siłami i technikami, a dane z "góry", poprzez łaskę (łaska to w teologii czynnik nadprzyrodzony, sposób udzielania się Boga duszy, często utożsamiany wprost z osobą Ducha Świętego, zamieszkującego i wywołującego określone skutki w duszy).
Są to więc jakby dwa oddzielne sposoby doświadczania sfery nad-naturalnej. Jedna, która wychodzi ku nad-przyrodzoności siłami naturalnymi, poprzez moralną czystość i duchowe zaangażowanie rozumu i woli w służbie odkrywania prawdy, druga poprzez czujną i pełną pokory bierność tych władz, zaangażowanych jednak po ludzku w tę służbę, które Bóg wypełnia w sposób nadprzyrodzony treściami i jakościami wykraczającymi poza porządek natury. Innymi słowy, prawdziwa mistyka to darmowe udzielenie się człowiekowi, zazwyczaj jego duchowym władzom (choć czasami także ciału i zmysłom), przez Boga, dopuszczenie człowieka do doświadczenia Jego własnej, niestworzonej natury, a czasami tylko udzielenie mu nadprzyrodzonych darów, takich jak poznanie przyszłości (proroctwo), poznanie natury ostatecznej rzeczywistości (nieba, piekła, stanu przejściowego), poznanie prawdy o duchowych początkach człowieka i jego ostatecznym przeznaczeniu, wykraczające poza zdolności rozumu. Stygmaty lub czynienie cudów (nie jest to "umiejętność", bo człowiek tylko pośredniczy w cudzie, którego bezpośrednim sprawcą jest sam Bóg; pośredniczy jako wypraszający go, cud dokonuje się za jego wstawiennictwem, za "jego sprawą") są z natury zjawiskami nadprzyrodzonymi i często towarzyszą im zjawiska mistyczne, nie pociągają ich jednak w sposób konieczny za sobą. Można pomyśleć osobę obdarzoną stygmatami, której Bóg nie udzielałby żadnych innych darów duchowych (choć zazwyczaj istnieją, ponieważ mijałoby się to celem) i w takim wypadku o mistyce trudno byłoby mówić.

Jeśli sprawa ma się w ten sposób, to trudno utrzymać pierwszy zarzut utożsamiający doświadczenia mistyczne z psychicznymi przeżyciami, interpretowanymi "górnolotnie". Doświadczenia religijne są podatne na błędy, przechodzą przez "filtr" naturalnych władz, takich jak rozum i wola, i jeśli nie są one dostatecznie oczyszczone (te władze; jeśli są np. zbyt mocno uwikłane w pożądliwość/zmysłowość lub obarczone zbyt wieloma błędami poznawczymi, na skutek przyjęcia różnych błędnych założeń i filozofii), jeśli nie są osadzone w kontekście duchowej drogi i dyscypliny wewnętrznej danej osoby (nie są zaangażowane w rozwój cnót, czyli sprawności-ku-dobru o trwałym charakterze), mogą prowadzić do błędnych wniosków i rezultatów, mogą dawać zniekształcone poznanie rzeczywistości.
Nie dotyczy to jednak doświadczeń mistycznych, w których rola człowieka jest niewielka, jednym z kryteriów bowiem ich autentyczności jest bierność władz zmysłowych i umysłowych człowieka. Nie można się o nie starać i próbować ich wywoływać z tego prostego powodu, że ich źródłem jest Bóg i Jego wolna decyzja o tym, komu udzieli poznania Siebie i duchowej rzeczywistości, do której nie ma dostępu naturalnymi środkami. Bóg jest Duchem, Pełnią niestworzonego i niematerialnego życia, a do tego Osobą, nie Obiektem w przyrodzie, o którym Gagarin miał rzekomo powiedzieć, że Go nie widział podczas podróży w kosmosie. Nie można nic o Nim wiedzieć, jeśli On sam tego poznania nie udzieli, Jego natura bowiem nie współgra z naturą wszechświata, którego jest źródłem i przyczyną, nie na zasadzie wyłaniania się świata z Niego (bo wtedy nosiłby on jakieś podobieństwo, a nawet pokrewieństwo), ale wolnej decyzji. Jeśli Bóg "otwiera" bio-psychiczną strukturę człowieka, poszerzając i uzdalniając go w ten sposób do poznania Siebie, rzeczywistości bezpośrednio nieprzystającej do natury jego przyrodzonych władz i struktury materialnego wszechświata, to jest to właśnie mistyka. Jest ona przekraczaniem władz i zdolności przynależnych z natury człowiekowi z inicjatywy Boga, jako dobrowolnie udzielającego swojego boskiego życia i swojej natury ludzkiej duszy.

Kościół katolicki ma wiele kryteriów pozwalających ustalić naturę doświadczenia religijnego/mistycznego. Na ich podstawie starannie i cierpliwie (czasami trwa to kilkadziesiąt lat lub dłużej) weryfikuje naturę tych doświadczeń i w większości je odrzuca (jako mistyczne, czyli nad-przyrodzone; jako religijne mogą zachować swoją ważność i posiadać wartość, nie od razu muszą być tym samym fałszywe i spreparowane). O tych, które zostają, można mieć pewność, że zostały przebadane bardzo starannie i w świetle całej wiedzy teologicznej, oraz przeanalizowanego czynnika ludzkiego, ich wiarygodność jako nadprzyrodzonych jest bardzo wysoka. Jakie to są kryteria można dowiedzieć się badając zagadnienie bliżej, w tym wpisie nie chciałbym tego robić.
Zarzut "uwznioślania" psychicznych/emocjonalnych przeżyć może dotyczyć więc doświadczeń religijnych (choć nie musi; żeby wykazać ich nieautentyczność, czyli brak związku z prawdziwym poznaniem, trzeba się postarać, a nie tylko zadeklarować swój sceptycyzm wobec nich), nie dotyka jednak prawdziwej mistyki, której naturą jest bierne doświadczenie rzeczywistości Bożej, z inicjatywy Dawcy, któremu człowiek z powodu "przepaści ontologicznej" (różnicy natur) nic nie jest w stanie wykraść.

Drugi zarzut, odnoszący się do nie-powszechności takich przeżyć, do ich nieliczności, wynika z nieuzasadnionego założenia, że Bóg, gdyby obiektywnie istniał, byłby równie obiektywnie dostępny wszystkim. Takie myślenie jest możliwe, gdy postrzega się Boga jako Obiekt w naturze (o jakichś silniejszych mocach i władzach, dostępny zaawansowanym instrumentom, ale nie jakościowo odmienny od świata materialnego) lub jako nierozumne Bóstwo, które nie ma woli ani samoświadomości. Jeśli Bóg jest Osobą, jeśli jest rozumnym i wolnym Duchem, o niestworzonej i niematerialnej naturze, przekraczającej całkowicie naturę świata materialnego, a więc i ludzkie władze, dążenia i możliwości, to nie ma powodu, dla którego miałby być On podległy komukolwiek, dostępny "na życzenie". Trudno znaleźć nawet jeden powód, dla którego Bóg miałby się udostępniać każdemu, kto tego chce. Można powiedzieć, że takim powodem mogłaby być sprawiedliwość - jeśli jest sprawiedliwy, będzie traktował wszystkich równo i nie będzie dawał jednym większych przywilejów niż innym. Jest to jednak niesłuszne. Motywacja przecież ludzi może być różna: ateista, który gardzi wartościami chrześcijańskimi i nie ma szacunku do wierzących wszelkiej maści (mając ich za upośledzonych umysłowo), może żądać doświadczalnego poznania Boga, aby nie umknęło mu nic z poznania rzeczywistości, na którą być może składa się istnienie Boga (nie szuka Boga dla Niego samego, ani z powodu czci dla Niego). Wierzący-katolik może żądać tego samego, pomimo iż krzywdzi i zwalcza inaczej wierzących lub prowadzi niemoralne życie. Oboje jednak nie zasługują na takie poznanie z powodu wyraźnych moralnych braków (nie licząc tego, że w przypadku ateisty dostęp do Boga otwiera otwartość na Jego istnienie, wiara w Niego; udzielenie się człowiekowi odrzucającego Go lub nie szanującego wartości religijnych/duchowych byłoby przemocą ze strony Boga). Może też Bóg nie chcieć udzielać takiego doświadczenia wszystkim z tego powodu, że jest ono przemieniające i powoduje konkretne skutki w duszy. Doznając go ludzie porzucaliby swoje zajęcia i przynajmniej wielu z nich chciałoby prowadzić życie wyłącznie kontemplacyjne - kierowcy autobusów porzucaliby swój zawód, podobnie lekarze, nauczyciele, działacze charytatywni i ludzie sortujący ziemniaki w hurtowniach czy piekarze. Cały mechanizm społecznego funkcjonowania zostałby głęboko zaburzony. Bóg mógłby tego nie chcieć i jest to wystarczający, a przy tym bardzo prawdopodobny powód, że nie udziela doświadczenia mistycznego powszechnie.

Z całej teologii chrześcijańskiej, łącznie z Biblią, da się wyciągnąć uprawomocniony wniosek, że Bóg dobiera sobie przyjaciół. Najpewniej nie odrzuci nikogo, kto Go szuka i pragnie głębiej poznać, jednak całe dzieje biblijne pokazują, że na przestrzeni wieków wybierał On spośród ludzi jednostki, które obdarzał szczególnymi przywilejami. Zazwyczaj służyły one wspólnotom, z których dana jednostka się wywodziła - byli to przywódcy duchowi (np. Mojżesz), prorocy, kapłani, apostołowie itd. Ale były to też osoby, których wybraniu nie towarzyszyło posłanie do ludzi lub obdarowanie ich szczególnymi umiejętnościami, które ułatwiłyby życie pozostałym członkom wspólnoty lub społeczeństwa, jak miało to na przykład miejsce (i wciąż ma) w przypadku niektórych świętych chrześcijańskich. Udzielał On tym ludziom szczególnych darów i głębszego poznania Siebie, aby zbliżyć ich do siebie i wzmóc w nich większą miłość do Niego. Dlaczego wybierał on dane osoby i dlaczego mogły one jeszcze po tej stronie życia doświadczać w sposób bardziej bezpośredni i intensywniejszy natury świata duchowego i bliskości Boga, wie tylko On. Jest On źródłem praw, dawcą życia i szczęścia (jeśli chciałby obdarzać nimi w sposób stopniowalny, nierówny, miałby do tego prawo) i posiada przymiot wszechwiedzy, nie można wykazać Mu, że myli się, popełnia błędy lub że większym dobrem byłoby, gdyby postąpił inaczej. Postępuje On tak, jak chce i możemy ufać, że Jego postanowienia są mądre, słuszne i dobre.
Z tego powodu, że Bóg jest Osobą, że posiada wiedzę niedostępną innym i że może decydować o losach stworzonego przez siebie świata wynika, że może On udzielać dóbr, w tym mistycznych doświadczeń, komu chce i w sposób, jaki uzna za słuszny i dla tej osoby pożyteczny. Nie można od Niego wymagać, a już na pewno nieuzasadnione jest żądać, aby udzielał On siebie wszystkim i to "na życzenie", zwłaszcza nieuzasadnione staje się to w przypadku osób zaprzeczających Jego istnieniu lub odrzucających zasady i prawa, jakie wpisał w życie i losy ludzi. Można oczekiwać, że nie odmówi On swojej bliskości nikomu, kto jej pragnie i tak ukierunkowuje swoje życie, aby jej szukać i otrzymać jej dar, ale nie musi to oznaczać, że przybierze ona charakter mistycznych doświadczeń, ponieważ Bóg może mieć powód, aby ich nie udzielać danej osobie i chcieć w inny sposób przejawiać się w jej życiu i duszy. Może On mieć powody, aby obdarzać takim doświadczeniem wybrane osoby oraz aby w tym lub w przyszłym życiu mieć niektóre z nich bliżej siebie. Nie można wykazać Mu, że się myli lub że postępuje niewłaściwie, nie można nawet wykazać, że posiadanie doświadczeń mistycznych byłoby zawsze pożyteczne dla wszystkich ludzi lub życia społeczeństw, dlatego argument, że gdyby istniał Bóg, musiałby być On dostępny wszystkim z racji sprawiedliwości lub pożyteczności takich doświadczeń, pozostaje chybiony.

Argument z doświadczenia mistycznego pozostaje spójny i poprawny. Nie jest dowodem w sensie nauk ścisłych, bo nie musi takim być (dlatego jest argumentem, a nie dowodem), ale jeśli dotyczy prawdziwej mistyki, a nie emocjonalnych przeżyć, to w sposób uzasadniony wskazuje na możliwość i prawdopodobieństwo istnienia duchowej, zewnętrznej wobec osoby doświadczającej stanów mistycznych, rzeczywistości.

wtorek, 11 września 2018

Konsekwencje poglądów Dawkinsa na moralność i religię

W poście tym przytaczam w całości ostatni rozdział książki Dawkins kontra Bóg. Upadek nowego ateizmu w świetle nauki S. Hahn'a i B. Wikera.


Jest to spokojna i merytoryczna, i od razu trzeba dodać, że udana, próba ukazania wadliwości argumentacji Dawkinsa przeciw religii i istnieniu Boga. Autorzy analizują argumenty Dawkinsa przeciw istnieniu Boga, przeciw projektowi w przyrodzie, jego zarzuty wobec biblijnego Jahwe i moralności starotestamentowej oraz ukazują konsekwencje moralności opartej wyłącznie na ewolucji z szerokim uwzględnieniem poglądów w tej kwestii Darwina, którego Dawkins jest świadomym i gorliwym uczniem. Rozdział ostatni, który tu przytaczam, jest niezłośliwym pytaniem o to, co zrobiłby Dawkins, gdyby otrzymał polityczną władzę decydowania o losach religii w życiu społecznym, na podstawie jego poglądów przedstawionych w książkach i wywiadach (przypomnę, że wg. tego biologa religia jest wirusem umysłu szkodliwym społecznie i jego marzeniem byłoby całkowite pozbycie się jej z życia publicznego ludzkości, a nawet wyparcie jej ostatnich śladów ze świadomości, jako że nie potrafi on dostrzec w niej żadnych, nawet pojedynczych plusów). Autorzy ukazują w ostatnim rozdziale możliwy przebieg rewolucji, której domaga się Dawkins oraz konsekwencje zastąpienia moralności chrześcijańskiej moralnością świecką, opartą o ewolucyjne "wartości" (w cudzysłowie, bo autorzy wcześniej wykazali, szeroko przywołując Darwina, że moralność ewolucyjna różni się znacząco od tej, która jest naszym udziałem od czasów przynajmniej chrześcijańskich). Konsekwencje te wydają się całkiem realne, trudno bowiem o to, aby Dawkins otrzymując władzę decydowania o losach i udziale religii w życiu społecznym mógł obrać kierunek całkiem inny od tego, jaki próbują przedstawić autorzy. Na podstawie jego brutalnych i jednoznacznych poglądów na temat religii i jej szkodliwości oraz uwzględniając jego naturalistyczną, "humanistyczną" (opartą wyłącznie na naturze, bez odwołań do nadprzyrodzoności) moralność, sugerują oni całkiem prawdopodobny przebieg zmian (a przynajmniej możliwy) w nowej rzeczywistości, wolnej od "przesądów" i terroru religii.

* * *

Rozdział 8 - Król Richard (ironia autorów jest bardzo subtelna, w książce nie ma prawie złośliwości)

Co zrobiłby Dawkins?

Z naszego dochodzenia w sprawie argumentacji użytej przez Richarda Dawkinsa w Bogu urojonym jedno wynika jasno: dyskusja dotycząca pytania "czy Bóg istnieje?" nie jest tylko debatą teoretyczną, gdyż wypływają z niej konkretne skutki w sferze moralności. Ujmując rzecz nieco inaczej - natarczywość i nieukrywana wrogość przebijająca z kart Boga urojonego biorą się z przekonania, że chrześcijanie pozostają pod wpływem moralnego urojenia. Zdaniem tego ewolucjonisty są oni fundamentalni, a to, co fundamentalne, w sposób irracjonalny odbija się w sferze publicznej. Martwią go nie tylko muzułmanie wysadzający w powietrze budynki, lecz także chrześcijanie usiłujący przeforsować prawa zakazujące aborcji, eutanazji, homoseksualizmu itp. Z jego punktu widzenia - a musimy pamiętać, że jest to zarazem jego światopogląd - chrześcijaństwo jest moralnie szkodliwe. Jak sam jasno mówi, łagodne i umiarkowane przejawy wiary przerażają go w takim samym stopniu jak religijny radykalizm, ponieważ religia nawet w umiarkowanej formie sprzyja powstawaniu i rozwojowi ekstremizmu. Idzie jednak jeszcze dalej. Posuwa się do tego, że nazywa religijne wychowanie dzieci "molestowaniem". Jego tok rozumowania wydaje się prosty. Skoro wszystkie religie to fałszerstwo, wpajanie dzieciom przekonań, których w żaden sposób nie mogą kwestionować, nie jest niczym innym jak swoistą formą molestowania. Stwierdza ponadto, że choć złem jest molestowanie dzieci przez duchownych, to "w dłuższej perspektywie czyni ono dziecku mniejszą psychologiczną szkodę niż samo wychowywanie w wierze katolickiej" - większą krzywdę czyni dziecku wpajanie mu przekonania, że piekło istnieje.
Dawkins z całą powagą stawia chrześcijanom zarzut molestowania dzieci. Prowadzi go to na niebezpieczne obszary, co sam zresztą zauważa. Jeśli bowiem wychowanie religijne to rodzaj molestowania, czyż nie powinno się chronić dzieci przed rodzicami? Całym sercem zgadzając się z psychologiem Nicholasem Humphreyem, Dawkins opowiada się przeciwko prawu rodziców do wychowywania własnych dzieci w swojej wierze, właśnie dlatego, że - jego zdaniem - przysługuje im prawo do ochrony przed "szkodliwymi nonsensami". Prawo dziecka - jak uważają liberalni koledzy Dawkinsa - jest ważniejsze od wszelkich koncepcji wychowania w poszanowaniu różnorodności kulturowej, ponieważ różnorodność ta łączy się z rozmaitymi wierzeniami religijnymi, przed którymi należy dzieci chronić. I chociaż na samym końcu Dawkins rzuca uwagę, że potrzebna jest pewna edukacja kulturalno-biblijna, umożliwiająca zrozumienie rozmaitych odniesień literackich, to jednak przesłanie pozostaje zupełnie jasne: "Coś trzeba z tym zrobić!". Ostatecznie - jak pamiętamy - naukowiec uważa przecież, że religia to wirus umysłowy.
Jak to wszystko rozumieć? Chcielibyśmy zakończyć tę książkę pewnym eksperymentem myślowym, który pomoże nam zilustrować, dokąd zmierza cała ta debata. Nasi czytelnicy nie powinni już teraz żywić żadnych wątpliwości, że Dawkins i jemu podobni planują kulturową rewolucję. Mówiąc wprost, uważają religię za zjawisko zgubne i chcą, by podjęto w tej - jakże ważnej - sprawie odpowiednie kroki. Swoich argumentów przeciwko religii nie zamierzają pozostawić w czterech ścianach sal wykładowych ani pomiędzy stronicami swoich książek. Nowi ateiści nawołują do działania. Nie brak im odwagi i pewności siebie, choć nie mają jeszcze wystarczającej siły politycznej.
Pora więc na nasz eksperyment. Co zrobiłby Richard, gdyby był królem? Nie zamierzamy tu jednak analizować jego skłonności, lecz postawić następujące pytanie: "Jeżeli Dawkins rzeczywiście ma słuszność, to co jest najrozsądniejszą rzeczą, jaką należałoby zrobić?". Nie jest to eksperyment czysto teoretyczny. Kiedy Lenin i bolszewicy zdobyli władzę w Rosji podczas rewolucji październikowej w 1917 roku, nagle stanęli wobec szansy, by czysto teoretyczną ideę marksizmu wprowadzić w życie i przekształcić w politykę państwową. Analizując dokonania partii Lenina, można dowiedzieć się na temat marksizmu zdecydowanie więcej niż sami jego twórcy przekazywali podczas patetycznych przemów w salach wykładowych.
Zadajemy więc pytanie: "Gdybyście byli przekonani, że religia jest wirusem umysłowym, który zaraża niewinne dzieci i powoduje, że dorośli wierzą w szkodliwe mitologie, to jaki krok wydawałby się wam najwłaściwszy?". Gdyby Richard był królem, pierwszą i najrozsądniejszą rzeczą, jaką by zrobił, z pewnością byłoby zakazanie jakichkolwiek form wychowania religijnego, bez względu na to, z jakich środków są finansowane - publicznych czy prywatnych. Wymagałoby to oczywiście zastosowania przymusu ze strony państwa, zważywszy na głębię i rozmaitość wyznań religijnych oraz na siłę, z jaką religia trzyma w swoich okowach wiele rodzin. Z pewnością konieczne okazałoby się jak najwcześniejsze separowanie dzieci od rodziców, co można by przeprowadzić, tworząc darmowe państwowe ośrodki opieki dla dzieci od szóstego tygodnia życia. W ośrodkach tych można od najwcześniejszych lat edukować dzieci, nauczając je zasad darwinizmu.
Bolszewicy odkryli, że nie wystarczy usunąć wychowania religijnego, ponieważ religia przenika wszystkie wymiary życia ludzi wierzących - zarówno te oczywiste i widoczne, jak i zupełnie nieuchwytne. Niewiele dobrego przyszłoby z zakazania religijnej indoktrynacji młodzieży przez rodziców, jeśli w każdą niedzielę całej rodzinie wolno byłoby pomaszerować do kościoła. Zamykaniu szkół wyznaniowych powinno więc bez wątpienia towarzyszyć zamykanie kościołów. Oczywiście nikt nie pozwoliłby, aby owe świątynie niszczały, wszak można otwierać w nich muzea, w których prezentowane byłyby wystawy pouczające o niebezpieczeństwach, jakie niesie religia, uwydatnionych dzięki oświeceniu płynącemu z ateizmu.
Obiekty religijne to jednak tylko najbardziej oczywisty przejaw nieustannego narzucania się religii kulturze. Powinno się zatem na zawsze wykreślić i wyeliminować samo pojęcie szczególnych dni w roku, to jest świąt (słowa kojarzącego się wszak ze świętością) - przecież przypominają one wiernym o ich obmierzłych korzeniach. Słusznym wydaje się, by król Richard pod kierunkiem zespołu umysłów podobnie jak on sam oświeconych wprowadził całkiem nowe dni wolne od pracy, które pomogłyby odzwyczaić nieoświeconych od szkodliwych nawyków kulturalno-religijnych. Biorąc pod uwagę wielkie znaczenie darwinizmu (zwłaszcza dla wzrostu samoświadomości Dawkinsa), to właśnie darwinowski światopogląd powinien wyznaczać rytm życia ludzi.
Przypadające na 12 lutego urodziny Darwina mogłyby stać się świętem narodowym, ale wydaje się zrozumiałe, że nowy ateistyczny ład musiałby także zreinterpretować najważniejsze święta chrześcijańskie, by postawić kres ich oddziaływaniu na kulturę. Boże Narodzenie - jako że mniej więcej pokrywa się z datą zimowego przesilenia - mogłoby stać się dniem upamiętniającym najciemniejsze wieki ludzkiej historii, kiedy to na arenę dziejów w sposób wyjątkowo ohydny wkroczyły przesądy. Następnym świętem w nowym kalendarzu byłby wspomniany Dzień Darwina - dnia 12 lutego - czas, kiedy zima trzyma jeszcze mocno. Jest to tym bardziej uzasadnione, że ten wielki uczony urodził się w ponurych czasach przesądów i dopiero od dnia jego narodzin mrok spowijający świat stopniowo zaczął się rozpraszać. Byłby to krótki przystanek przed nadejściem wiosny. Nawet ukrzyżowanie Chrystusa w Wielki Piątek można by obchodzić jako całkowicie racjonalną reakcję starożytnych Rzymian na obecność zabobonu. Oczywiście święta Wielkanocy musiałyby zostać całkowicie zniesione albo przekształcone - za sprawą powrotu racjonalnego pogaństwa - na przykład w święto ku czci płodności bądź też szczególnego okresu rozmnażania, wskazujące na znaczenie mechanizmu walki o byt oraz doboru naturalnego. By jednak ochronić społeczeństwo przed wyciągnięciem błędnych wniosków, stwierdzono by przy tym jasno, że nadmierne rozmnażanie w przypadku ludzi jest zjawiskiem całkowicie nieracjonalnym i zainicjowano by nową tradycję: dzieci obdarowywane byłyby koszyczkami plastikowych jajek, w których znajdowałyby się prezerwatywy.
Król Richard bez wątpienia szybko przekonałby się, że żadna prawdziwa rewolucja nie może się utrzymać (zwłaszcza w początkowym okresie), jeśli pozwoli się na jej racjonalną krytykę. Sednem nowego ładu byłoby stanowisko, że darwinizm jest poglądem niezaprzeczalnie słusznym i stanowi podstawę dalszego oświecenia świata. Dlatego - jak jasno stwierdził Dawkins - nawet najłagodniejsze formy religii należy wyeliminować, ponieważ ich obecność usprawiedliwia istnienie form ekstremalnych. Ta sama zasada odnosi się do dyskusji na temat darwinizmu: powinno się stanowczo zakazać krytyki, nawet krytyki naukowej (a w zasadzie zwłaszcza takiej), ponieważ jakikolwiek przejaw racjonalnych wątpliwości ze strony najbardziej szanowanych uczonych mógłby usprawiedliwić kompletnie nieracjonalne wątpliwości każdego fundamentalisty-oszołoma, a wszelki sceptycyzm w czasach, kiedy ewolucyjny ateizm wyznacza ład polityczny, musi być uznany za zdradę.
Zanim jeszcze Dawkins został królem, uświadomił nam zasadnicze różnice moralne pomiędzy ateistycznym światopoglądem ewolucyjnym a światopoglądem chrześcijańskim. Według Dawkinsa ktoś, kto wierzy, że embrion to istota ludzka, musi też być przekonany, że aborcja jest morderstwem; a to oznacza, że racjonalne wydaje mu się wszystko, co prowadzi do ochrony niewinnego życia, nawet zabójstwo aborcjonisty. Skoro zaś pogląd, że aborcja jest morderstwem, dostarcza poparcia dla idei zabijania aborcjonistów, to wszelka opozycja wobec aborcji musi zostać bezwzględnie stłumiona. Dotyczy to także sprzeciwu wobec eutanazji. Z punktu widzenia ewolucji przeprowadzanie eutanazji niczym nie różni się wszak od humanitarnego usypiania zwierząt w klinikach weterynaryjnych. Należy zatem unieszkodliwić tych, którzy widzą w eutanazji rodzaj morderstwa, gdyż istnieje uzasadnione podejrzenie, że są zdolni do popierania każdego uzbrojonego w broń religijnego fanatyka.
Podobnie rzecz miałaby się z całym chrześcijańskim systemem zasad moralnych. Zdaniem Dawkinsa zasady dotyczące seksu przyczyniają się wyłącznie do zwiększenia niedoli panującej na świecie. Ponieważ zaś według etyki ewolucyjnej jedynym rozsądnym kryterium moralnym jest ograniczenie cierpienia, na strażnikach nowego ładu spoczywa moralny obowiązek poszerzania możliwości czerpania przyjemności z aktywności seksualnej, nawet jeśli ma się to odbywać kosztem systematycznego wykorzeniania wszelkich szczątkowych przekonań chrześcijańskich dotyczących ludzkiej seksualności.
Na plus należy zaliczyć fakt, że darwinizm zaprasza nas do współdziałania z wielką siłą twórczą natury oraz do korzystania z możliwości wybierania tych cech, które najbardziej pasują do naszej wizji ludzkości. Skoro zaś jesteśmy jeszcze jednym gatunkiem zwierząt, rozsądnym byłoby, by do rozmnażania władze zachęcały jedynie najlepszych, eliminując w ten sposób z puli genowej deformacje genetyczne (nader rozsądnym rozwiązaniem wydało się to wszak darwinistom w Europie i Ameryce na przełomie XIX i XX stulecia). Zapewnilibyśmy dzięki temu następnym pokoleniom maksimum zdrowia i minimum cierpienia - czyż to nie wspaniałomyślne? Naziści zabrali się do tego nieco nieudolnie, ale teraz, kiedy do dyspozycji mamy technologię pozwalającą poddać badaniom genetycznym już zarodek rozwijający się w macicy (a technologia ta wciąż się rozwija), aborcja może stać się podstawowym sposobem weryfikacji jednostek, a zatem środkiem służącym celom eugenicznym.
Przypominamy sobie, jak istotnym wyznacznikiem moralnym są dla Richarda Dawkinsa możliwości umysłu. Jeśli jedynym godnym uwagi rozróżnieniem pomiędzy zwierzętami a ludźmi jest wyższa inteligencja ludzi, to można wyobrazić sobie, iż temu kryterium zostanie przypisany walor moralny, zaś jego niski poziom uważany będzie za pewną ułomność. Na początku XX wieku miała miejsce wielka krucjata eugeniczna przeciwko "upośledzonym umysłowo", którym to terminem (według nowych testów na inteligencję) określano osoby o IQ równym 70 punktom lub niższym. Rozumowanie eugeniczne było całkiem proste: ci, którzy różnią się od najbardziej inteligentnych osób (a więc osiągających IQ na poziomie 130-160), w podobnym stopniu jak najbardziej inteligentne zwierzęta, różnią się od ludzi obdarzonych przeciętną inteligencją (IQ na poziomie 100), nadają się do eugenicznej eliminacji.
W początkowym okresie rozkwitu darwinowskiej eugeniki pojawił się cały wachlarz możliwości dotyczących eliminacji osób upośledzonych umysłowo - od propozycji, by osobnikom nieprzystosowanym nie pozwalać na rozmnażanie się, aż po pomysł, by pozbawiać ich życia. Czy król Richard popierałby eugenikę? I gdzie w opisanej powyżej skali należałoby usytuować jego poglądy? Z pewnością zdaje on sobie sprawę, że jest to kwestia delikatna; niedawno pisał o tym w szkockim tygodniku "Sunday Herald":
W latach 20 i 30 ubiegłego wieku uczeni - zarówno ci o poglądach lewicowych, jak i ci z politycznej prawicy - nie uznaliby koncepcji genetycznego modyfikowania dzieci za szczególnie niebezpieczną; oczywiście nie użyliby też takiego określenia. Podejrzewam jednak, że dziś pomysł ten jest zbyt kontrowersyjny, by spokojnie o nim dyskutować. Domyślam się także, że winien owej zmiany w myśleniu jest Adolf Hitler. Nikt nie chce, by przyłapano go na zgadzaniu się z tym potworem, choćby w najdrobniejszej kwestii. Widmo Hitlera doprowadziło niektórych naukowców do przejścia z drogi "powinno się zrobić" na drogę "tak się robi" i zaprzeczenia, że hodowla ludzi ze względu na ich cechy jest w ogóle możliwa. Jeśli jednak można hodować bydło tak, by zwiększyć jego mleczną wydajność, konie tak, by osiągały większą szybkość, a psy tak, by były lepszymi pasterzami, to dlaczegóż, u licha, nie miałoby być możliwe hodowanie ludzi tak, by dysponowali większymi zdolnościami matematycznymi, muzycznymi czy fizycznymi? Zastrzeżenia typu: "To nie są zdolności jednowymiarowe" dotyczą przecież w takim samym stopniu krów, koni i psów, a jakoś nigdy nie przeszkodziły w stosowaniu powyższej praktyki.
Zastanawiam się, czy sześćdziesiąt lat po śmierci Hitlera nie moglibyśmy przynajmniej odważyć się zapytać, jaka jest różnica moralna pomiędzy hodowaniem w celu uzyskania zdolności muzycznych a zmuszaniem dziecka do pobierania lekcji muzyki. Albo dlaczego dopuszczalne jest trenowanie biegaczy i skoczków wzwyż, ale nie hodowanie ich. Przychodzi mi do głowy kilka odpowiedzi, i to dobrych, które mnie samego prawdopodobnie by przekonały. Czyż nie nadszedł już czas, kiedy powinniśmy przestać się bać przynajmniej zadawania takich pytań? 
Co w takim razie zrobiłby Dawkins, gdyby był królem i nie musiał liczyć się z opinią publiczną? Biorąc pod uwagę, że wydaje się on popierać hodowlę ludzi w celu uzyskania cech lepszych (mówi o tym dokładnie takim samym językiem, jakiego używał Darwin), należy przypuszczać, iż najprawdopodobniej nie miałby żadnych obiekcji wobec eliminowania osobników nieprzystosowanych już w łonach ich matek (autorzy wykazali w poprzednich rozdziałach, że eliminacja słabszych jest jednym z najistotniejszych składników mechanizmu ewolucji, bez którego nie byłoby w niej wzrostu jakościowego; przeżywanie sprawniejszych i zdrowszych skutkuje wyższą jakością osobników w następnych pokoleniach - przypomnienie moje, autora blogu). Zważywszy na nacisk, jaki Dawkins kładzie na definiowanie człowieka za pomocą możliwości umysłowych, śmiało można wnioskować, że gdyby został królem, promowałby eliminację upośledzonych umysłowo, wykorzystując do tego coraz bardziej zaawansowane badania genetyczne płodu (już teraz przecież aborcja upośledzonych jest następstwem badań prenatalnych). A może nawet posunąłby się do tego, co sugeruje Peter Singer*, i zalegalizowałby dzieciobójstwo jako formę eliminowania upośledzonych? Czym różniłoby się to od dzisiejszej sytuacji? Otóż, kiedy już uwierzymy, że mamy moralny obowiązek, by wyeliminować upośledzonych, wkrótce stanie się to kwestią obowiązku państwowego. Można zaryzykować stwierdzenie, że dla króla Richarda eugenika byłaby elementem nieco szerszej wizji opieki zdrowotnej.
Może się to wydawać czczym wymysłem, ale takie właśnie byłyby nieuniknione następstwa, gdyby dawkinsowska koncepcja "superdobroci" stała się programem politycznym (superdobroć to postulowana przez Dawkinsa forma wyjścia poza mechanizmy ewolucji, aby wbrew niej ćwiczyć się we współczuciu, pomagać zwłaszcza cierpiącym, minimalizując ich cierpienie itd., w oparciu jednak nie o nadprzyrodzoną czy religijną motywację, ale z motywów dość niejasnych, natura bowiem nie promuje takich wartości - przypomnienie moje), a jego "moralny Zeitgeist" (duch czasu; autorzy pisali o tym w poprzednich rozdziałach), mógł wiać, gdzie mu się podoba. Ten, kto czytał o rewolucji francuskiej i widział, jak szybko w walce z chrześcijaństwem rozsądek został zastąpiony terrorem, i kto zgłębiał koszmarne próby bolszewików, by siłą uwolnić ludzkość z okowów religii - nie będzie uważał powyższego ćwiczenia za przesadzone. Jakobinizm i bolszewizm mogą przybierać nowe formy i nawet obecnie istnieje całkiem spore podobieństwo pomiędzy ich zwolennikami a współczesnymi nami apostołami politycznej poprawności. Z tą ostatnią grupą Dawkins jest także (choć dosyć luźno) powiązany - swój sztandar osadza na szańcu liberalizmu "moralnego Zeitgeist", jak sam informuje czytelnika. W tym kontekście nasz niepokój wypływa jeszcze z tego faktu, że Richard Dawkins porzucił trzy powiązane ze sobą aspekty liberalizmu" całkowitą wolność słowa, zobowiązanie się do tolerancji różnorodności kulturowych oraz prawo rodziców do sprzeciwu wobec ingerowania państwa w sprawy rodziny. Oznacza to, że odrzucił najistotniejsze zasady liberalizmu, które miały zabezpieczać go przed przekształceniem się w nową formę totalitaryzmu. W sytuacji, gdy nie istnieją żadne zasady ograniczające, jedynym czynnikiem powstrzymującym zaistnienie tego rodzaju nowej tyranii jest brak siły politycznej po stronie "czterech jeźdźców" nowego ateizmu - Richarda Dawkinsa, Daniela Dennetta, Christophera Hitchensa i Sama Harrisa. Ale jak już wiemy, to właśnie władza polityczna jest czymś, co obecnie usiłują oni uzyskać.

za: Dawkins kontra Bóg. Upadek nowego ateizmu w świetle nauki - Scott Hahn, Benjamin Wiker, Promic 2017.

* Peter Singer, współczesny etyk, na którego powołuje się Dawkins, a który dopuszcza eliminowanie osób niepełnosprawnych, ograniczonych umysłowo oraz upośledzonych, uważa też zoofilię za dopuszczalną, o ile nie krzywdzi się przy tym zwierząt.

niedziela, 2 września 2018

"Pan Bóg", czyli czcigodny Senior rodu

W poście tym, nie podważając dopuszczalności stosowania określenia "Pan Bóg" i jego względnej poprawności, chciałbym tylko zwrócić uwagę, że ma ono pochodzenie i korzenie bardziej ludowe i społeczne, niż biblijne lub teologiczne (pod teologicznym rozumiem jego poprawność w kontekście wiedzy o naturze Bożej, pochodzącej z Objawienia <czyli z wiedzy o Bogu objawionej przez Niego samego w Piśmie Świętym> i filozoficznego namysłu).

Określenie "Pan Bóg" (może się ono zdarzyć pojedynczo w niektórych tłumaczeniach Biblii, ale pisząc te słowa mam na myśli języki oryginalne), nie występuje ani jeden raz w Piśmie Świętym. W miejscach, w których jest ono obecne (a są one liczne), zawsze oddziela je przecinek - "Pan, Bóg (Twój, nasz, Izraela itd.)". "Pan" oznacza tu władającego, panującego, a nie szanowaną osobę rodzaju męskiego w stylu "pana Janusza". Podkreśla się w ten sposób, że Bóg nie jest kimś nieokreślonym, jakąś Energią, siłą natury lub tylko "Myślą myślącą samego siebie" Arystotelesa, ale że jest On władcą całego stworzenia, rozumnym, sprawującym nad nim opatrzność i mającym kontrolę nad dziejami świata, w takim sensie, że nic Go nie może zaskoczyć lub wymknąć Mu się, czego by nie chciał lub czego by nie dopuścił. Bóg jest więc również lub jednocześnie Panem, bo jest to Bóg Stwórca/Władca/Źródło i Cel wszystkiego, nie jest jednak "panem" Bogiem w sensie płci lub tym bardziej sugestii starszego wieku. Bóg jest wiecznie Młody (przez to, że jest pozaczasowy, że jest wiecznym Teraz) i nie posiada płci, jest ponad wszystkim, co posiada kategorię i rodzaj, jest Pełnią i Syntezą, od której pochodzą wszelkie podziały i rozróżnienia na zasadzie coraz dalszego podobieństwa, im bardziej coś jest szczegółowe i jednostkowe (oddzielone od czegoś innego, jak np. cecha jedna od drugiej).

Nie zawsze o tym przecinku w określeniu "Pan Bóg" pamiętają nawet duchowni, stało się ono tradycyjnym i dość instynktownym, dziedziczonym społecznie (bo paradoksalnie do w pełni intuicyjnego brakuje mu pewnego wglądu i chyba świadomości teologicznej) sformułowaniem zawierającym najprawdopodobniej myśl o a) osobowości Boga i b) zawierającej szacunek wobec Niego (nie jest to bowiem jakikolwiek bóg lub nieokreślona Boskość, ale "konkretny" Bóg zaangażowany w dzieje świata i człowieka, zasługujący na cześć z jego strony; w tym sensie "Pan" sugeruje tu Bożą osobowość). Nie jest jednak grzechem lub niestosownością używanie tego określenia, jest w nim zawarty intuicyjnie szacunek wobec Boga i podkreślony dystans między Nim a człowiekiem, w przeciwieństwie do używania pojęcia "Bóg" w sensie technicznym, na określenie Absolutu, do którego nie ma się stosunku lub tym bardziej wobec kogoś, do kogo nie ma się szacunku, jak to się zdarza nierzadko wśród niewierzących. Chodzi tylko o to, że nie jest to pojęcie ścisłe, nie ma korzeni biblijnych lub teologicznych, ale ludowe i tradycyjne, i w tym sensie wierni/wierzący nie są zobowiązani do jego powielania czy praktykowania.

Jest więc "Pan Tadeusz" i "Pan Janusz", nie ma jednak "Pana Boga". Jest Pan, Bóg, który cię stworzył, opiekuje się tobą i włada twoją historią (w sensie ogarnia ją, ma władzę nad dziejami świata i ludzi, bez determinowania ich jednak). Ten "Pan" nad tobą jest nim, bo jest Bogiem, wszechmocnym Stwórcą świata, dlatego panowanie i władanie są wpisane w pojęcie "Bóg", jednak te władcze przymioty mają podkreślić tylko cechy istotne dla kogoś, kto w Bogu nie widzi Przyjaciela lub stara się nie brać Go pod uwagę w swoim życiu lub stosunku do świata (w Biblii określenie "Pan, Bóg" miało podkreślić wyjątkowość Boga Izraela na tle innych wierzeń właśnie jako panującego, we wczesnym etapie myśli biblijnej nawet nad ewentualnymi innymi bogami, których istnienia się jednoznacznie nie negowało, i jako Władcę stworzenia). Dla bliskich sobie Bóg posiada istotniejsze cechy (bliższe Jego istoty) i stosowniejsze określenia. Św. Augustyn mówił do wiernych "Dla was jestem biskupem, z wami chrześcijaninem", Bóg mógłby powiedzieć "Dla was jako stworzeń jestem Panem i Prawodawcą, dla was jako zaangażowanych wierzących, świadomie Mnie wybierających, jako Moich dzieci, sióstr i braci mojego Syna, którego uznaliście i przyjęliście, jestem Przyjacielem i przyszłym Szczęściem".