Wiara jest zaufaniem temu, co do czego mam powód wierzyć, że jest prawdziwe. (J.P. Moreland)

Wiara religijna i zabobon są czymś całkowicie różnym. Drugie wypływa z lęku
i jest rodzajem fałszywej nauki. Pierwsze jest ufnością. (L. Wittgenstein)

W sytuacji niepewności poznawczej, w jakiej znajduje się człowiek odnośnie istnienia Boga, bardziej racjonalnym jest
- w świetle posiadanych racji za i przeciw - a także bardziej owocnym społecznie i egzystencjalnie (dla ludzkich zbiorowości,
jak i dla wzrostu moralno-duchowego jednostki) opowiedzieć się za Jego istnieniem i podjąć ryzyko wiary.
Wielkie, wiarygodne i ważkie aksjologicznie idee wymagają bardzo silnych racji, aby mogły zostać odrzucone.
Ateizm nie posiada silnych i spójnych racji podważających teizm (wiarę w osobowego Boga), jest też jednym z najsłabiej filozoficznie
uzasadnionych światopoglądów, tym samym opowiedzenie się za teizmem jawi się jako akt bardziej spójny intelektualnie
i właściwszy moralnie.
(przekonanie własne)

sobota, 10 marca 2018

Krótki przewodnik po mitologii ateistyczno-racjonalistycznej

Ten post nie dotyczy poważnych ateistów, zważywszy jednak na to, że tych spotkać jest niezwykle trudno, dotyczy większości osób obecnych w przestrzeni internetowej, a także tych spotykanych realnie.
Chciałbym wspomnieć tutaj krótko o przykładach myślenia mitologicznego, tj. o posiadaniu wiedzy zafałszowanej, nierzetelnej i o wyssanych z palca wyobrażeniach na temat tego, czego negacją zajmują się współcześnie "racjonaliści" i pogromcy "religiantów" (tak, termin ten został ukuty przez "humanistów", aby zilustrować ich szacunek dla odmienności przekonań i tolerancję wobec percepcji świata innej, niż ich własna) w swojej misji czynienia świata lepszym i torując drogę dla przekonań rzetelnych, uzasadnionych (w przeciwieństwie do wyznawanych przez tych, których chcieliby wywieźć na inną planetę, aby nie wstrzymywali dalszego rozwoju ewolucji ziemskiej, jak oznajmił mi współtwórca portalu Racjonalista i aby świat był ładniejszy) i wolnych od myślenia życzeniowego, charakterystycznego, jak powiadają, dla religijnych mitomanów.

  • Niezliczone są ofiary inkwizycji, a okrucieństwo np. rzezi pomiędzy Tutsi i Hutu, jest przy okrucieństwie tej pierwszej pestką
  • Ateiści, jako jednostki i jako systemy w historii, są jak dziecko w dzień pierwszej komunii św. w stosunku do win i zbrodni Kościoła, tak niewinni i pełni słodyczy
  • Galileusz, biedny, niezależny naukowiec, torturowany (a w niektórych wersjach spalony), do końca życia prześladowany był przez Kościół
  • Giordano Bruno został spalony za niezależność myślenia i badań naukowych
  • Kościół hamował rozwój tych badań i opóźnił nastanie epoki naukowej
  • W średniowieczu Kościół nauczał, że ziemia jest płaska
  • Kościół zabraniał czytać wiernym Pismo św. w średniowieczu, zwłaszcza w j. narodowych, i nawet umieścił to Pismo św. na Indeksie Ksiąg Zakazanych
  • Konstantyn ustalił swoim kaprysem kanon Pisma św. Nowego Testamentu na soborze w Nicei, w 325 r.
  • Kościół jest największą wylęgarnią pedofilów, a ilość molestowań dokonywanych przez księży jest największa ze wszystkich grup społecznych i przyprawia o zawrót głowy
  • Nowy Testament to baśnie, a relacje w nim zawarte nie mają żadnego statusu prawdopodobieństwa z punktu widzenia historycznego i rzetelności naukowej
  • Archeologia zaprzecza prawdziwości wydarzeń biblijnych
  • Stygmatycy siłą woli wyprodukowywali sobie rany (w ten sam sposób, w jaki myślenie intensywnie o byku powinno wygenerować na głowie myślącego rogi), a o. Pio polewał je nawet kwasem
  • Wiara z natury jest ślepa i im bardziej głupia i nieuzasadniona, tym większą ma zasługę
  • Caritas kradnie dla siebie pieniądze, a z każdej zbiórki oddaje potrzebującym tylko 10-20%
  • Zakony to organizacje pasożytnicze, a ich członkowie poza modleniem się i czytaniem nic nie robią
  • Kapłan nie odprawi pogrzebu czy ślubu, jeśli nie otrzyma pieniędzy
  • Jezus nie był postacią historyczną
  • Idea Boga jest w tym samym stopniu racjonalna, spójna i zasadna, co postać wróżki Zębuszki lub Potwora Spaghetti 
  • Bez wiary świat byłby lepszy, ludzie bardziej tolerancyjni, hojni i otwarci
  • Wiara rodzi nerwicę, sprzyja myśleniu dogmatycznemu i nietolerancji, generuje też konflikty wewnętrzne i międzyludzkie, wytwarza więc jednostki słabe, chorowite, umysłowo ciasne,  pogubione i niebezpieczne
  • Nauka niejednokrotnie podważała zasady lub prawdy wiary
  • Nauka zaprzecza istnieniu Boga
  • Chrześcijanie spalili Bibliotekę Aleksandryjską, a Hypatię zamordowali za niezależność myślenia 
  • Chrześcijaństwo zaczerpnęło najważniejsze prawdy swojej wiary z kultu Mitry
  • Boże Narodzenie ma korzenie w świętach pogańskich
  • Kult Maryi został przejęty z wierzeń pogańskich, np. z kultu Izydy

To tylko niektóre z mitów, błędów i zafałszowań przyjmowanych jako prawdy wiary przez ludzi mieniących się racjonalistami, "oczytanych" i opierających swoje przekonania na samodzielnym myśleniu i źródłach "naukowych". Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe, co wykazano już dziesiątki, setki, a w niektórych przypadkach tysiące razy, nie tylko w niezliczonych artykułach, ale i niezliczonej ilości książek naukowych czy napisanych przez dziennikarzy, jednak ci "humaniści" oskarżający lekką ręką ludzi i instytucje o najgorsze zbrodnie, kłamstwa czy podłości korzystają ze swoich, "niezależnych" źródeł i nie zawracają sobie głowy takimi drobiazgami, jak weryfikacja swoich przekonań. Po co, skoro łatwiej wykreować sobie rzeczywistość od ręki, opierając to na twórczej pracy kreatywnego umysłu, który chciałby także mieć swój wkład do historii myśli ludzkiej.

Postaram się niedługo krótko odpowiedzieć na każdy z tych zarzutów, na razie jednak odsyłam zainteresowanych do innych postów, w których poruszam niektóre tematy, jak i do lektur polecanych na blogu.

czwartek, 8 marca 2018

Czym jest Czyściec?

Oczyszczenia mistyczne są jednym z najbliższych przykładów, za pomocą których możemy sobie wyobrazić czyściec. Są one bolesne, a jednak ci, co je przeżywają, kochają je, ponieważ one przybliżają ich do Boga i są skutkiem jego miłosierdzia. (Yves Congar OP)

Do mieszkania starszej kobiety wtargnął mężczyzna, związał kobietę, a następnie wyszedł na balkon i zaczął strzelać do przechodniów. Zanim oddział antyterrorystyczny przyjechał na miejsce, a potem wszedł do mieszkania zabijając mężczyznę (który nie zamierzał się poddać i otworzył ogień także do nich), zdążył on zabić kilka osób.
Miało to miejsce kilka lat temu, najprawdopodobniej w USA, choć nie pamiętam już szczegółów z relacji o tym w mediach, którą oglądałem.

Można oczywiście uznać, że sytuacja tego człowieka jest z punktu widzenia osoby religijnej beznadziejna. Umyślnie, planując to wcześniej, być może przez dłuższy okres czasu, zabił on kilkoro ludzi, którzy niczym nie zawinili, w tym być może kobiety i dzieci. Był to więc człowiek prawdziwie zły, zdeprawowany, który po śmierci, w przekonaniu wielu wierzących, powinien pójść tam, gdzie jego miejsce - do świata wypełnionego przez pokrewne sobie dusze ludzi zmarłych, a także duchy czyste (anioły), które określa się jako upadłe. Powinien on po prostu zostać potępiony, mówiąc językiem religijnym i biblijnym.

Załóżmy jednak, że człowiek ten w chwili śmierci, już podczas procesu umierania, w jakimś przebłysku poznania tego, co zrobił, zrozumienia rozmiarów zła swojego czynu i krzywdy, jaką wyrządził ofiarom i ich rodzinom, zrozumiał, że był to czyn naprawdę zły, którego nie da się w żaden sposób moralnie usprawiedliwić. Zrozumiał i uznał to (można rozumieć, że wyrządza się krzywdę, a jednocześnie nie być zdolnym do zmiany nastawienia, można nadal chcieć w tym trwać), a co za tym idzie, szczerze, w ostatnich chwilach aktywności swojej świadomości zrodził się w nim żal odnośnie zbrodni, jaką popełnił. Nie strach przed śmiercią, nie lęk przed karą, ale zrozumienie ogromu krzywdy jaką wyrządził spowodowało, że pożałował swojego czynu. Umierał więc już nie jako umocniony w swym zdeprawowaniu zbrodniarz, jak np. sądzeni w Norymberdze zbrodniarze niemieccy, spośród których część nie widziała nic moralnie nagannego w tym, co robili, "wykonywali bowiem tylko rozkazy", ale jak ktoś, kto drugi raz nie dopuściłby podobnego aktu. Załóżmy jeszcze, że zbrodnia ta była dokonana na tle rasowym. Człowiek ten przed śmiercią uważał, że ludzie nie są równi, odmawiał innym godności podobnej do własnej, a do tego obwiniał ich za zło obecne w jego kulturze, przypisując im cechy i czyny, które to zło generowały. W chwili śmierci nie pozbył się on całego uprzedzenia dotyczącego odmienności rasy i nie zmienił radykalnie poglądów, ponieważ nie było na to czasu, a poznanie miał ograniczone. Zdał sobie tylko sprawę z wyrządzenia krzywdy ludziom, którzy na to jednak nie zasłużyli.
Załóżmy jeszcze, że Bóg, o którym mówi chrześcijaństwo, jest naprawdę Bogiem miłosiernym, otwartym na każdy rodzaj duchowej przemiany i skruchy u człowieka, pod warunkiem, że są one szczere i że są wynikiem jakiegoś zrozumienia swoich działań i motywacji, a nie wynikają z analizy zysków i strat, nie są interesowne. Taki Bóg nie chce odrzucenia człowieka i nie godzi się łatwo na wieczność tego odrzucenia. Chce zbawienia każdego, kto tego zbawienia chce. A człowiek, o którym piszemy, w momencie śmierci doznał przemiany, być może w sposób zaczątkowy, niepełny jeszcze i nieutrwalony (bo przecież nie miał na to czasu), ale zaczął żałować swojego czynu. Nie umierał już będąc tak okrutnym, jak jeszcze kilka minut przed śmiercią. Gdyby miał możliwość cofnąć czas, nie zrobiłby tego samego.

Przyjmijmy jeszcze i to, że Bóg docenił ten krótki błysk przemiany i żal odnośnie popełnionej zbrodni. Nie chce On zguby tego człowieka i chce dać mu szansę, aby mógł się on w pełni odmienić i znaleźć kiedyś w Jego świecie. Ale ten człowiek umiera, nie będzie miał już czasu na zmianę siebie, na zmianę wszystkich swoich poglądów i przyzwyczajeń moralnie nagannych, którymi się karmił wiele lat, i które głęboko być może wniknęły w jego naturę. Nie stał się radykalnie przemieniony i święty, zdążył zrodzić w sobie jedynie rozmyty żal nad rozmiarem krzywdy, jaką wyrządził, nadal jednak jest człowiekiem pełnym wad i znaczących ułomności. Bóg zaś jest nie tyle święty, ile jest samą Świętością, treścią Jego istnienia jest każda możliwa wartość i wzniosłość rozwinięte w Nim w sposób maksymalny. Jest On zawsze ich pełnią i zaktualizowaniem. Według nauczania chrześcijańskiego nikt nie może istnieć w Bogu, oglądać Go, doświadczać i pojmować, nie będąc do Niego podobnym, nie będąc przejrzystym duchowo i uświęconym. Do "nieba" nie można więc dostać się nie będąc w odpowiedniej dyspozycji (dlatego niezbawieni nie będą nigdy oglądać Boga, nie ujrzą Go takim, jaki jest w swojej istocie, nawet na Sądzie Ostatecznym). Bóg chce mieć tam tylko przyjaciół, ludzi wolnych od zła, ukierunkowanych na dobro w sposób maksymalny, zdolnych poznawać Go, rozumieć i dzielić z Nim to, co składa się na Jego naturę (która jest Miłością i Światłem), a co będzie w głównej mierze treścią życia wiecznego zbawionych (nie będą nią hurysy i przelewające się z pucharów wino, ale poznawanie i współuczestnictwo w boskiej naturze, doznawanie i współdzielenie jej nieskończonych i niestworzonych bogactw).

Co więc zrobić ma ów człowiek, który jest już zbawiony, tzn. ocalony od wiecznego odrzucenia, ale nie jest zupełnie gotowy wejść do świata, który nie jest w jego światem, bo jest Domem Światła, a on jest ciemny? Jest to świat, którego nie byłby on w stanie należycie pojąć i który nie dałby mu maksymalnego szczęścia z powodu nieprzystawalności jego natury do natury tego świata; z powodu przesiąknięcia rzeczami małymi, błędnymi, nieszlachetnymi i moralnie niskimi. Mogło się to odbyć prosto: zbawiony/niezbawiony. Nie nadając się do nieba i umierając jako człowiek mały, pełen uprzedzeń, nienawiści i być może nie mając żadnych dobrych czynów na swoim koncie, mógł po prostu zostać odrzucony/niezbawiony. To jednak nasze myślenie. Miłość go nie podziela. Dla kogoś kochającego na poważnie, nie ma nic trudniejszego, niż łatwe pozbycie się kogoś, kto (choć duchowo nieatrakcyjny i nie spełniający naszych wymagań) będzie jednak z tego powodu cierpiał i to w sposób przekraczający zrozumienie. Jeśli można tego uniknąć i jeśli jest możliwość, aby to, co w nas brzydkie mogło "wypięknieć", doznać dogłębnej przemiany, to ten, kto kocha nigdy takiej możliwości nie odrzuci. A miłość jest pomysłowa, twórcza, nie lubi łatwych rozwiązań i nie dopuszcza ich, gdy w grę wchodzą rzeczy ważne, zwłaszcza inne osoby i ich wieczny los. Można powiedzieć, że w ten sposób powstał Czyściec, jako program resocjalizacyjny stworzony przez Kochającego, aby umożliwić wszystkim, którzy tego chcą, spotkanie z Nim. Tym samym problem ludzi podobnych do tego, od którego przykładu zacząłem post, został rozwiązany.

* * *

Wg. nauki Kościoła katolickiego, Czyściec jest najpiękniejszym "miejscem" po niebie (w cudzysłowie, ponieważ jest to bardziej stan, niż miejsce, podobnie jak "raj" był stanem, a nie geograficznie zlokalizowaną krainą). Najpiękniejszym, mimo tak zniechęcającej nazwy (powstałej jednak właśnie od idei oczyszczenia).

Według mistycznych wizji świętych, którzy mieli najpełniejsze poznanie tych spraw, o których Pismo św. nie wspomina wprost lub wspomina szczątkowo, najmniejsze cierpienie w czyśćcu jest o wiele dotkliwsze, niż największe cierpienie na ziemi. Nie są to jednak cierpienia zewnętrzne, doświadczanie fizycznego bólu czy trudu; cierpienia czyśćcowe są wyłącznie duchowe i celem ich nie jest zemsta za grzechy, ani fizyczna męka doświadczających ich, ale wewnętrzna przemiana i trwałe oraz dogłębne uszlachetnienie ducha tak, aby - upodobniony do rzeczywistości, w której ma uczestniczyć i oczyszczony z wszelkich słabości, niedoskonałości i nie-pełności w funkcjonowaniu władz(1) - mógł on w pełni, jako nowe stworzenie, percypować i doświadczać jakościowo nową dla siebie rzeczywistość. Funkcjonuje tu zasada znana już w greckiej myśli filozoficzno-mistycznej, że tylko podobne poznaje podobne, czyli że nie można zrozumieć rzeczy jakościowo nas przewyższających jeśli się nie wzniesie na ich poziom, ani nie można doświadczać w sposób maksymalny (a "po drugiej stronie" wszystko będzie maksymalne) stanów ducha, takich jak szczęście czy radość, nie będąc oczyszczonym z niskich potrzeb, przyzwyczajeń i nieuporządkowań, które tę zdolność stępiają, zaburzają. Człowiek, który przez dwa lata trzymany był w ciemnej izolatce, bez nawet szpary przepuszczającej światło, dozna szoku jeśli skieruje się jego twarz prosto w słońce i każe szeroko otworzyć oczy, być może nawet dozna uszkodzenia części oka. Po prostu nie jest on w stanie znieść światła w całej jego czystości i pełni. O to samo chodzi w "przygotowaniu do nieba", jakim jest Czyściec, procesy w nim zachodzące i zasady kierujące jego trwaniem oraz przebiegiem. Stan czyśćcowy nie jest bowiem jednolity, to niezwykle bogaty wszechświat, a właściwie wieloświat, z wieloma "kręgami" czy jak kto woli, przestrzeniami, z których każda odpowiada innemu etapowi postępu duszy na drodze oczyszczenia i możliwościom poznawczym. Poznawczym, ponieważ jest to też czas przewartościowania wszystkich wartości, dogłębnego, najpełniejszego dotąd dla człowieka zrozumienia spraw i praw rządzących tak jego życiem na ziemi, jak i praw rządzących wszechświatem. W sposób wolny, mając już wszystkie władze i całą uważność skierowaną właśnie na te sprawy, poznaje się i rozumie istotę tak swojego życia oraz przeznaczenia, jak i całego w ogóle stworzenia dokonanego przez Boga. Można powiedzieć, że największe i najpełniejsze poznanie filozoficzno-umysłowe na ziemi, "nie umywa" się, nie jest nawet zbliżone do pełni, jasności i czystości poznania, którego doświadcza się w procesie przemiany czyśćcowej.

Dlaczego to wszystko ma miejsce? Celem czyśćca jest oczyszczenie ze wszystkich wad i słabości, jakie nosiliśmy w sobie i jakim podlegaliśmy podczas ziemskiego życia, a także upodobnienie i przysposobienie do nowej rzeczywistości, która jakościowo jest dla nas obca, przewyższająca wszystko, czego mogliśmy doświadczać w swoim życiu, nawet w chwilach ekstazy. Żeby był to proces trwały i dogłębny, nie może polegać na fizycznych torturach i karach zewnętrznych, które nie mają prawie nigdy mocy resocjalizacyjnej, nie usposabiają człowieka do wyboru dobra i piękna, nie powodują zmian w postrzeganiu hierarchii wartości, nie czynią nikogo głębszym i lepszym. Najczęściej tylko powstrzymują przed robieniem tego samego z powodu lęku i możliwości ponownego doświadczania cierpień. Nie taka dyspozycja jest konieczna, aby móc uczestniczyć w życiu Boga, aby móc istnieć, doświadczać i poznawać na sposób, który przysługuje Jemu z natury. A tym jest właśnie życie wieczne i natura świata duchowego - na uczestniczeniu z nadania, daru, w tym, co Bogu przynależy z natury. Żeby móc oglądać Boga, żeby móc być pojemnym duchowo, na tyle, aby przyswajać i owocnie doświadczać treści prawdziwie nadprzyrodzonych, trzeba być do tego usposobionym, "poszerzonym" duchowo i intelektualnie, wolnym od innych przywiązań i małości, które podczas naszego życia zawęziły nas duchowo, spowodowały skarłowacenie duchowych władz, "duchowych zmysłów", jak mówi się w teologii duchowości.

Celem więc Czyśćca, jest "wytworzyć" człowieka przejrzystego, uczynić go jasnym, podległym duchowym odruchom i (poprzez oczyszczenie percepcji i władz wolitywnych - woli i pragnień), ukierunkować go na świat duchowych wartości, a poprzez zrozumienie i poznanie istoty spraw ziemskich i pozaziemskich uzdolnić go do w pełni wolnego i chcianego wyboru Dobra oraz Tego, który jest przyczyną i źródłem wszelkiego stworzonego dobra i piękna. Który jest ukrytą Zasadą rzeczy, prowadzącą je do ostatecznego celu i spełnienia, pomimo tego, jak historia świata wygląda od naszej strony. 
Czyściec więc duchowo upięknia, rozjaśnia i na powrót uniewinnia wszystko, co miało skazy, rysy i rany. Jeśli ktoś nie jest zamknięty na metafory biblijne, na ich wzniosłość i nieprzystawalność do naszych językowych przyzwyczajeń, można powiedzieć, że proces czyśćcowy przygotowuje na spotkanie z Oblubieńcem, nie tylko czyni nas godnymi do przyjęcia przez Niego, ale i uwzniośla nas i nasze władze na tyle, abyśmy mogli w jakiś sposób być do Niego podobni, Jemu równi. Bóg chce mieć przyjaciół, nie poddanych ("Nazwałem was przyjaciółmi"). Tylko w ten sposób może się spełnić zasada tylko podobne poznaje podobne, co można rozumieć jako tylko duchowe poznaje duchowe. Jeśli więc człowiek nie zostałby specjalnie uzdolniony do uczestniczenia w tej nowej rzeczywistości, zgodnie ze słowami św. Piotra, do "uczestniczenia w Bożej naturze", jeśli nie zostałby uświęcony i uwolniony od ciążenia ku materii i zmysłom, i jeśli nie zostałby wyniesiony jakby ponad swoją przyrodzoną godność, nie mógłby życia wiecznego doświadczać. Nie byłby w stanie znieść, ani korzystać z jakości, które są treścią świata duchowego. Dlatego właśnie, mimo rozmaitości cierpień doznawanych w czyśćcu (zawsze jednak duchowych i służących przemianie), żaden przebywający tam człowiek nie chciałby zamienić tego stanu na inny poza niebem, poza pełnym uczestnictwem w tym, czego już doświadcza w sposób szczątkowy, fragmentaryczny. Czyściec jest "poczekalnią", z której widać już to, co jest naszym celem, co jest celem samego procesu oczyszczenia, którego doświadczamy. W ostatnich "kręgach" stanu, jaki nazywamy Czyśćcem, w okresie już pełnej niemal gotowości i czystości duchowej, nie doznaje się cierpień. Święci i mistycy mówią o tęsknocie, że jest ona jedyną treścią doświadczaną na tym etapie. Tęsknota za niebem, jego coraz głębsze i trwalsze pragnienie, rozumienie istoty Boga i uwolnienie od wszystkich błędnych obrazów Boga na ziemi, od zarzutów wobec Niego i mylnych wyobrażeń, wzmagają szczęśliwość duszy i pragnienie spotkania z Nim, który jest Całkiem Inny, który nie przypomina niczego z tego, co o Nim myśleliśmy i wiedzieliśmy na ziemi.

Jak widać, Czyściec nie jest ani nieracjonalnym pomysłem, ani miejscem kaźni i tortur. Jeśli się rozumie czym będzie życie wieczne, jaka jest natura życia duchowego i co oznacza termin "zbawienie" w chrześcijaństwie, taka forma przygotowania i oczyszczenia po śmierci, z powodu naszej małej dbałości o to podczas życia ziemskiego, wydaje się logicznie konieczna. A przynajmniej spójna i wysoce prawdopodobna. Dlatego też zarzuty o dowolności hipotezy czyśćca, o jego "pogańskości" czy inne pomysły w tym rodzaju, wynikają zazwyczaj z niezrozumienia odnośnie tego, czym jest i jaka jest jego rola względem życia wiecznego. Wiele z religii i wierzeń ma intuicję świata pośredniego, miejsca pokuty i zadośćuczynienia, czasu potrzebnego na przyswojenie sobie umiejętności i zdolności, które będą nam potrzebne w życiu już niepodlegającym zmianom, ostatecznym (nie należy tego rozumieć jako stagnację i nudę, krążeniem wokół tego samego; życie wieczne będzie niezwykle dynamiczne, jakość przeżywania każdej chwili będzie niespotykanie wysoka i maksymalna, stopień doznawanej szczęśliwości będzie przewyższał każdą najwznioślejszą i najszczęśliwszą chwilę, jakiej doświadczaliśmy na ziemi).

(W czyśćcu) całe jestestwo duszy i jej akty zanurzone są w Bogu, którego mają za wyłączny przedmiot. Tak miłujący poza osobą miłowaną nie widzi nikogo, nie widzi świata. Dusza widzi siebie i swoje akty w świetle Bożym, podczas gdy my Boga odnajdujemy poprzez siebie i świat stworzony. Wszelka więc myśl duszy związana jest z Bogiem, albo lepiej: dusza jedynie to ma za przedmiot myśli, co łączy się z Bogiem, co do Boga się odnosi. Stąd to dusza niezdolna jest myśleć o "swoim" szczęściu, o "osobistym" cierpieniu, o sobie czyli w niezależności od Boga. Bo i metafizycznie byt stworzony doskonale pomyśleć da się jedynie w łączności ze Stwórcą. Dlatego też dusza nie zajmuje się aktami kiedyś spełnionymi, nie myśli o miejscu, w którym się znajduje, ani jak długo w nim przebywać musi, lecz uwagę swą skierowuje wyłącznie na cudownie spełniające się wyroki Boże, w nich się rozkoszuje i gubi tak, że co nie jest Bogiem, choć byłoby Boże, leży na obwodzie świadomości.
Z wyjątkiem Świętych w niebie nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu: wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody.
Zdaje mi się, że największą karą dla duszy w czyśćcu, to widzieć na sobie coś, co nie podoba się Bogu, mieć świadomość dobrowolnego występku przeciw dobroci Bożej; ten zgrzyt przekracza wszystkie inne męki czyśćcowe. Tak to jest: bo dusze, będąc w stanie łaski (trwające w przyjaźni z Bogiem - przyp. moje), zdają sobie jasno sprawę ze znaczenia śladów grzechowych, nie pozwalających im zbliżyć się do Boga.

Wszystko, o czym była wyżej mowa, a co mi objawione zostało i zrozumiałam, o ile umiejętność umysłu w tym życiu pozwala, wszystko to, powtarzam, tak niezmiernej jest doniosłości, że wszelkie wyobrażenia i opisy, odczucie, mądrość, czy wiedza ludzka wydają mi się zawodne i bez znaczenia. Tym bardziej mi przykro, że nie zdołałam znaleźć wyrażeń stosowniejszych.
Między Bogiem a duszą stwierdzam zupełną zgodność; gdy Bóg widzi, że dusza jest w tym stanie niewinności, w jakiej wyszła z Jego stwórczych rąk , wtedy daje jej pewną przyciągającą siłę płomiennej miłości, zdolnej duszę w nicość obrócić, gdyby dusza nie była nieśmiertelna.

Bóg przekształca w ten sposób duszę w samego siebie, tak, że ona nic innego nie widzi jak tylko Jego. On ją nieustannie przyciąga coraz silniej, rozpala w niej ogień swej miłości, i nie przestaje działać, dopóki jej nie doprowadzi do stanu pierwotnej nieskazitelności, w której została stworzona.

Kiedy dusza, wewnętrznie oświecona, rozważa w sobie ogień miłości, jaki ją przyciąga do (...) Boga, cała jakby topniała wskutek żaru płomiennej miłości.

Dalej dusza w świetle nadprzyrodzonym widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej przyciągać i prowadzić ku całkowitej doskonałości; a czyni to z miłości szczerej. Jednak grzech nie odpokutowany nie pozwala iść za tą przyciągającą siłą Boga, czyli za tym spojrzeniem pojednawczym, jakim Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście, być wstrzymaną od bezpośredniego oglądania światła Bożego. Więc rodzi się w niej instynkt - owa żądza zrzucenia więzów, aby bez zapory mogła się zbliżyć do owego jednoczącego spojrzenia. Powtarzam, że właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu.

Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przypisywały cierpieniom, niechby i jeszcze tak straszne były. Natomiast, uwaga ich głównie zwrócona jest na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi a wolą Boga; wyraźnie bowiem wiedzą, jak On goreje dla nich czystą i płonącą miłością, której przecież są niegodne.

Miłość ta wraz ze swym jednoczącym spojrzeniem działa przyciągająco i bez ustanku, jakby porywać i unosić było jej wyłącznym celem.
Stąd dusza, gdy to rozważa, rada by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i, porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od Dobra najwyższego.
Fragmenty "Traktatu o czyśćcu" św. Katarzyny z Genui (polszczyzna tego tłumaczenia może brzmieć chwilami nieco archaicznie, ale jest to wynik tego, że po wojnie Traktat nie był chyba tłumaczony na j. polski, używa się wciąż tłumaczeń XIX wiecznych lub przedwojennych).
________________________

Przypisy:

(1) Poznawczych i wolincjonalnych, związanych z wolą i zaangażowaniem, oddaniem, które staje się w procesie oczyszczenia czyśćcowego pełne i maksymalne, jak np. w sytuacjach granicznych na ziemi, gdzie gotowi jesteśmy do największych poświęceń, a uwaga nasza i oddanie sprawie są zupełne; taka sama zupełność i gotowość do bycia-dla, są konieczne, aby móc uczestniczyć w boskiej rzeczywistości.

środa, 7 marca 2018

Czy wiara powinna być racjonalna i co to oznacza?


W którymś z postów wspomniałem, że wiara powinna być aktem racjonalnym i że wierzący jest do tego nawet zobowiązany. Co to dokładnie oznacza?

Zacznijmy od tego, że dojrzały emocjonalnie i intelektualnie człowiek stara się, aby wszystkie, a przynajmniej większość jego aktów, działań, decyzji i zainteresowań, zwłaszcza tych, które dotyczą sfer ważnych i istotnych dla egzystencji, były racjonalne. Nawet te sfery życia i działalności ludzkiej, które uchodzą za ponadracjonalne, czyli nie sprowadzające się tylko do logicznego myślenia i analizy, jak np. muzyka i sztuka, sport, ogrodnictwo czy jakakolwiek inna praca nie związana wprost z rachunkami i matematyczną ścisłością, a nawet zainteresowania kulinarne, nie wymykają się racjonalności, nie przeczą jej. Robiąc fikołki na wf czy treningu używa się materaca, zawodnika z niewyleczoną kontuzją nie wypuszcza się na boisko, rośliny przycina się w określony sposób i według zasad funkcjonujących w ogrodnictwie, kompozytor również posługuje się wypracowanymi technikami i nie zachlapuje partytury tuszem w dowolny sposób. Nawet pokarmów nie jemy jakichkolwiek, tylko te, o których wiemy, że nie wywołają biegunki, nie obtłuszczą nas zbytnio lub zawierają po prostu zdrowe składniki, a jeśli nie zawsze tak jest, to są to właśnie okresy krótsze i te mniej odpowiedzialne, a tym samym mniej racjonalne.

Nie ma więc powodów, by taką sferę życia ludzkiego i aktywności duchowo-intelektualno-emocjonalnej jaką jest wiara traktować inaczej. Przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że im ważniejszy jest przedmiot spraw, którymi się zajmujemy, im istotniejsze ma konsekwencje dla naszego życia, tym większą wagę przykładamy do rzetelności, racjonalnego poruszania się w tym obszarze i do uważności, której wymaga. Przeprowadzenie rozwodu z orzeczeniem winy związanej z przemocą wobec małżonka wymaga udowodnienia aktów przemocy, zebrania materiału i powstrzymania się samemu od stosowania przemocy. Nie postępuje się w takich sprawach jakkolwiek, ale tak, aby sprzyjało to korzystnemu dla nas rozwiązaniu sprawy. Podobnie jest, gdy ktoś chce być dobrym lub wybitnym muzykiem. Stosuje w swojej nauce wypracowane metody, nie może ani przepracowywać nadgarstków, ani pozostawiać ich bezczynnymi, podąża też za wskazówkami nauczycieli, nawet gdy żądany przez nich czas na ćwiczenia, a także stosowane przez nich metody nie są uczącemu się na rękę.
Wybierając kogoś na partnera życiowego, i pomijając tu kwestię tego, na ile jest to nasz wybór i ile jest w tym (do)wolności, także nie związujemy się z kimkolwiek. Zazwyczaj są po temu racjonalne powody, że jest to akurat ta osoba, a nie inna. Z nią właśnie mogę porozmawiać o czytanych książkach, z nią mogę pójść na koncert ulubionego wykonawcy (nawet jeśli nie jest to jej ulubiony wykonawca, stara się ona jednak współdzielić moje zainteresowania i otwierać na rozumienie rzeczy cenionych przeze mnie), to ona nosi w sobie podobne pragnienie spakowania plecaka i wyruszenie stopem do Bretanii czy Barcelony. Jej w końcu mogę ufać i liczyć na pełne wsparcia współwędrowanie przez życie, wiedząc, że nawet gdy dopadnie nas kryzys, nikomu z nas nie będzie łatwo się rozstać i zrobimy wszystko, aby nie musiałoby do tego dojść. Jeśli wiążę się z kimś, o kim wiem, że nie mogę oczekiwać tych rzeczy od niego, postępuję racjonalnie wątpliwie i prawdopodobnie otwieram sobie drogę do przegranej, do nieszczęśliwego wątku (oby tylko) w historii osobistej.

Istnienie Boga, obiektywnych praw moralnych, obiektywnie istniejącego dobra i zła, istnienie życia po śmierci, sensu cierpienia, wartości i istnienia altruizmu (w co powątpiewa psychologia ewolucyjna), czy aborcja, eutanazja oraz stosunek i zdolność do przebaczenia, które w jakiś sposób wiążą się zawsze z kwestią Boga, to wszystko są poważne sprawy. Chyba nawet trudno byłoby zanegować, że są one istotniejsze niż wybór pracy, pasji czy poprawności rachunków przeprowadzanych na egzaminie. Oczywiście znajdą się ludzie, którzy sądzą inaczej, myślę jednak, że dałoby się wykazać w sposób racjonalny, iż te wyżej wspomniane kwestie posiadają rangę problemów bardziej ważkich i generujących głębsze, poważniejsze konsekwencje dla życia ludzi.

Trudno więc znaleźć powody przemawiające za tym, aby wiara i kwestia istnienia Boga nie wymagały zaangażowania, uważności czy rzetelności w naszym podejściu do nich. Status tych sfer (istnienie Boga wiąże się z ewentualnym istnieniem Osoby, którą albo przyjmujemy, albo odrzucamy, odrzucając tym samym cały system wartości, który to istnienie, a także przesłanie z Jej strony, niesie, co nie jest przecież błahe) wymaga, aby człowiek odnosił się do nich tak, jak na to zasługują, a sądzę, że trudno zaprzeczyć, iż zasługują na więcej niż chęć lub niechęć przyłożenia się do zrobienia origami, przeprowadzenia poprawnie rachunku w księgowości czy ustawienia właściwie parametrów dla zraszacza ogrodowego. Nawet jeśli ktoś nie ma ochoty przykładać się do jakości swojej wiary, nie można zaprzeczyć, że inni takie prawo mają i że religia takim ludziom sprzyja. Sprzyja zaś im na pewno teizm chrześcijański. Oczekuje on od wierzących zaangażowania, zdolności do poświęcenia (łącznie ze zdolnością do oddania życia, gdy będzie to konieczne), umiejętności odróżnienia fałszywych przekonań czy doktryn, z którymi chrześcijanin się styka i które nie są obojętne w kontekście zachowania posiadanej wiary, jej poprawności oraz wierności wobec niej. Trudno przyjąć, że można być gotowym oddać życie za każde głupstwo lub cokolwiek nieuzasadnionego dostatecznie. Nikt więc nie wymaga od chrześcijanina, aby wierzył w sposób niezaangażowany, ślepy i nierozumny. Przeciwnie, sam przedmiot wiary (osoba Boga, a ściśle trzy Osoby, wzniosłe prawdy wiary odnoszące się do innych osób, jak np. do Maryi, czy dotyczące wiarygodności Zmartwychwstania oraz np. istnienia i losów człowieka) wymaga, aby stosunek do niego nie był powierzchowny i aby miał podobną jakość (co najmniej), jaką przykładamy do innych sfer aktywności czy osób w naszym życiu. Nic więc, zupełnie nic, nie przemawia za tym, żeby akt wiary miał zawierać w swojej istocie cokolwiek niemądrego, nieodpowiedzialnego czy ślepego. To są mity powtarzane przez ludzi, którzy do wiary (prawdziwej, poprawnie rozumianej) nigdy się nawet nie zbliżyli. Od nich to można usłyszeć na wszystkich szerokościach geograficznych, że wiara nie wymaga uzasadnienia, że dogmaty powstają ot tak, bo np. Konstantyn lub biskupi mieli taki kaprys, lub że im głupiej ktoś wierzy, tym większą ma zasługę, a Pan Bóg podziękuje mu później za to serdecznie i da miejsce po swojej prawicy. Oraz, że wiara w istnienie Boga, zwłaszcza biblijnego, objawionego w życiu, nauce i działalności Jezusa Chrystusa, wiara w św. Mikołaja (zwłaszcza w wersji hollywoodzkiej) czy Potwora Spaghetii to oczywiście to samo. Wypada tylko pogratulować umiejętności intelektualnych takich ewangelizatorów.

O zasadności przekonań teistycznych, o historycznej wiarygodności wydarzeń biblijnych, zwłaszcza nowotestamentowych, o intelektualnej i wewnętrznej (zgodnej z całością innych elementów wiary) spójności prawd wiary i dogmatów, jak też np. o zasadności uznawania danego zjawiska za cudowne (nie tylko niewytłumaczalnego obecnie dla nauki, ale najprawdopodobniej będącego Bożą ingerencją w odpowiedzi na prośbę <choć bywają i cuda niezależne od ludzkich próśb, jak choćby wizerunek z Guadalupe czy cuda eucharystyczne>) - o tych wszystkich rzeczach można by napisać wiele. O części z nich staram się pisać na tym blogu, nie ma jednak sposobu, by w sposób wyczerpujący napisać o każdej z nich tutaj. Na szczęście są książki, o istnieniu których staram się sygnalizować na blogu, a w praktyce odpowiedziano już na wszystkie zarzuty wobec chrześcijaństwa, na wiele z nich już w średniowieczu (jak choćby na to, jak nasza modlitwa może zmieniać coś w Bożych postanowieniach, skoro są odwieczne, a Bóg nie zmienia planów, ani nie może chcieć czegoś, z czego chciałby się później wycofać, bo byłoby np. niedoskonałe), dlatego uważam, że ludzie, którzy naprawdę poszukują (pod tym terminem rozumiem po prostu poszukiwanie prawdy, uzasadnienia dla wartości i przekonań, poszukiwanie Absolutu, który dopiero później okazuje się być "jakiś", mieć być może cechy, które odnajdzie się w Bogu chrześcijan, czy po prostu pragnienie upewnienia się, czy przekonanie o istnieniu Boga lub Jego odrzucenie są zasadne) znajdą odpowiedzi na przynajmniej część swoich pytań. Część zaś pytań nauczą się stawiać poprawnie (bo pytań ze strony ateistycznej źle postawionych jest wiele, jak np. słynny paradoks kamienia czy o to, jak Bóg będący Miłością mógł chcieć śmierci swojego Syna), a już samo to jest znaczącą wartością.

Nie będę tu więc pisał o każdej z tych rzeczy, postaram się o wielu z nich pisać w osobnych postach, o części z nich już takie istnieją. Chciałbym tylko podsumować to w ten sposób, że wiara teisty czy chrześcijanina, zwłaszcza w obecnych czasach i sytuacji kulturowej, oraz ze względu na szacunek należny temu, co określa się jako przedmiot wiary, wymaga od niego szczególnej uważności, zaangażowania wolitywno-intelektualnego, jak też i (jak mówi św. Paweł w Liście do Tymoteusza) uzasadnienia. Nie jest przecież obojętne komu wierzymy i czy nasze przekonania są wewnętrznie sprzeczne, niezgodne z aktualnym stanem wiedzy naukowej, oraz czy mają taki sam status, jak wiara we wróżkę Zębuszkę.

"Wiem, komu zawierzyłem", mówi św. Paweł, dlatego nie dźwigam nieustannie w sobie nieprzekraczalnego rozdarcia (wątpliwości są w wierze zrozumiałe, od tego są niezliczone książki, studia biblijne, teologiczne, filozoficzne, wiedza specjalistów, którzy poświęcili często na zajmowanie się zagadnieniem większość życia, rozmowy z duchownymi czy choćby na forach temu poświęconych, itd., więc większość problemów można rozwiązać albo zrobiono to już dawno za nas), nie strzelam ślepą wiarą w niebo, w nadziei, że a nuż okaże się ona prawdziwa i przy końcu życia wykupi mnie od potępienia, nie potrzebuję oddawać czci jakiemukolwiek bogu z lęku przed karą czy dlatego, że czuję się sierotą w kosmosie, pragnącym ochrony ze strony istot nadprzyrodzonych, ale dobrowolnie i w sposób racjonalny (spełniający wszystkie kryteria wyboru świadomego, uzasadnionego, a nawet moralnie wzniosłego) opowiadam się po stronie tego, czego wybór jest zaszczytem, co uznaję za wartości przekraczające te, które są mi dostępne w sposób naturalny, na drodze czysto ludzkiej, i czemu mogę oddać należny szacunek lub nawet pokochać, nawiązać miłosną relację, skoro Ten, w kogo wierzę (i komu wierzę, bo wiara religijna jest przede wszystkim wiarą Bogu, nie w Niego, jako gdzieś tam istniejącego, bez odniesień do mojego życia) nie tylko jest Osobą, w sposób pełniejszy niż wszystkie inne osoby, ale też którego naturą jest Dobro, jak mówi św. Jan, miłość (Theos agape estin - Bóg jest miłością). O tym Bogu wiem, że nie może mnie oszukiwać i zwodzić, bo Jego przymioty i doskonałość nie pozwalają Mu na to, że idea Jego jest spójna, a prawdopodobieństwo istnienia wysokie (wg. Richarda Swinburne'a, "Czy Bóg istnieje?", wyższe niż teza przeciwna), że Jego nauka jest moralnie wzniosła i przewyższająca wszystko, co człowiek osiągnął rozumem i wrażliwością naturalną, i że wiara w Niego, poprawnie rozumiana, pielęgnowana i zaangażowana, pozwala być lepszym (od samego siebie bez tej wiary), pokonywać słabości, których pokonywać nie miałoby się sił bez motywacji płynącej z wiary, która nie tylko pomaga widzieć istnienie jako dobre, a innych ludzi postrzegać jako nie-obcych, jako spokrewnionych ze mną jakimiś więzami głębszymi niż rodzinne, ale wymusza wprost na mnie takie postrzeganie i stosunek do rzeczywistości, zobowiązując mnie moralnie do tego, do czego etyka naturalna nie ma mocy zobowiązać nikogo. To są właśnie prawdziwe powody wiary i takie motywy może podać chrześcijanin/teista (teista też, bo nie ma czystego teizmu, nagiej wiary w Boga niezależnego od religii i wyznań, teizm jest zawsze wiarą w jakąś "wersję" Boga). Ja sam nie znajduję pośród wymienionych rzeczy niczego godnego pogardy, uwłaczającego rozumowi, godności czy wyprowadzającego na intelektualne manowce. Wierzę, bo to rozumne, bo to zasadne. Myślę, więc wierzę.

wtorek, 6 marca 2018

Cuda

Dla wierzącego cud jest najmniej interesującym elementem wiary. Nie tylko dlatego, że jest ich tak dużo w Kościele i było w jego historii, ale także dlatego, że nie wnosi on nic nowego do posiadanej już wiary. Cud więc jest zjawiskiem mającym wspomóc wiarę chwiejną, nieugruntowaną, i posługując się stylem św. Tomasza z Akwinu, który mówił, że przykazania są dla złych (dano je dopiero Mojżeszowi, po moralnym upadku ludzkości i gdy historia człowieka stała się historią nikczemności, Adam i Ewa nie potrzebowali ich), można by powiedzieć, że cud jest dla kogoś, kto jeszcze nie wierzy w sposób właściwy, wystarczająco dojrzale. Niewielu z nas jednak, zwłaszcza dziś, w epoce nauki i wymagań racjonalności, może sobie pozwolić na wiarę bez wątpliwości, dlatego cud mimo wszystko potrzebny jest także tym, którzy ostatecznie nie potrzebowaliby go, aby w wierze wytrwać. Pomaga uspójnić posiadane przekonania, umocnić się i utwierdzić w ich słuszności/poprawności.

Tak naprawdę człowiekowi, który byłby maksymalnie uczciwy intelektualnie, na tyle bezstronny, na ile ludzka psychika i uwarunkowania wyniesione z wychowania, a później z samowychowania, pozwalają, wystarczyłby jeden dobrze udokumentowany cud, aby zachwiać jego świadomością i pewnikami odnośnie sfery nadprzyrodzonej, a raczej uprzedzeń i założeń wobec niej. Niezwykłe jest, jak łatwo spotykani ateiści i antyklerykałowie przechodzą do porządku dziennego nad zjawiskami, o których informują ich rozmówcy, Kościół czy czasem po prostu media. Można położyć przed taką osobą kilka tysięcy tomów i akt dotyczących zjawisk niewytłumaczalnych znanymi prawami nauki, a mającymi miejsce wyłącznie w kontekście religijnym, najczęściej na skutek zanoszonych w tym celu modlitw, a zbyją to oni machnięciem ramion lub sięgną szybko do statystyk dotyczących ofiar Inkwizycji, aby przekierować uwagę na inny problem i tym samym uniknąć konfrontacji z niewygodnymi faktami. Bo zbywanie takich spraw ujawnia bezpośrednio nieczyste motywy kierujące podobnymi ludźmi, ich brak woli poszukiwania prawdy i otwartości na nią, mało, ujawnia elementarny brak szacunku wobec prawdy i rzeczywistości, a także wobec innych osób czy instytucji, które z powodu jakości życia, wyznawanych wartości oraz kierowania się wysokimi standardami moralnymi zasługują na szacunek i liczenie się z ich świadectwem, a przynajmniej na próbę zapoznania się z nim.
Jeden cud wystarczy, aby najbardziej nawet pewny siebie ateista, o ile jest człowiekiem otwartym i uczciwym, stracił na chwilę głos i po prostu zamilkł. Ci, których na to nie stać, ujawniają, że nie są kimś, dla kogo warto tracić czas.

Zaryzykuję tezę, i jej konsekwencje biorę na siebie, że takich niewierzących się nie spotyka. Wierzący inaczej, agnostycy, owszem, ale nie walczący ateiści. Ci, którzy przekonują świat o metodzie naukowej, bezstronności i chowaniu do kieszeni własnych przekonań i uprzedzeń, gdy celem jest poznanie tego, jak się rzeczy naprawdę mają (a nie jak chcielibyśmy), tych samych ludzi nie stać na spełnianie własnych kryteriów, choćby przez jeden dzień czy na czas rozmowy z polemistą, gdy w grę wchodzą sprawy, rzeczy i osoby, do których nie czują sympatii. Można skwitować niewyszukanym "e tam" wyniki analizy medycznej hostii wypieczonej z razowej mąki pszennej mówiącej, że jest to "fragment mięśnia poprzecznie prążkowanego, charakterystyczny dla tkanki sercowej, ze śladami grupy krwi AB, występującej najliczniej u żydów sefardyjskich" i dodać, że zapewne ktoś podmienił komunikant na kawałek ludzkiego serca, zapewne wcześniej zabitej przez siebie ofiary, aby upozorować cud (jaki zabójca zajmuje się wzrostem wiarygodności Kościoła i istnienia Boga poprzez wytwarzanie cudów?), ale po uzyskaniu informacji, że nie było to technicznie możliwe to "e tam" i podobne rewelacje stają się po prostu wybitnie nieuzasadnione i zawstydzające dla myślącego człowieka. Trzeba po prostu na tę chwilę rezygnować z rozumu, żeby choćby samego siebie próbować przekonać, iż w ten sposób rozwiązuje się problem.

Ludzie nie są ateistami lub agnostykami dlatego, że są nieprzekonani (nie są gotowi na zmianę przekonań i priorytetów życiowych), ale dlatego, że nie mają potrzeby wierzyć. Po prostu. Na 50 niewierzących, 2-3 to osoby poszukujące, a nieprzekonane. Reszta to ludzie nie mający potrzeby zajmować się religią i "zanosić modlitw do staruszka w niebie". A już na pewno nie chcą do tego nieba pójść, żeby zanudzić się na śmierć, takie to pojęcie mają o transcendencji i takie ambicje duchowo-intelektualne, które całkowicie zaspokaja kultura w postaci filmu "Rejs" czy koncertu, na którym można w towarzystwie wypić sześciopak. Każdemu wedle jego potrzeb, to oczywiste, nikt nie ma obowiązku być Gautamą czy hippisem wyruszającym na stopa do Indii lub Asyżu w poszukiwaniu Absolutu. Jednak wypada być po prostu przyzwoitym, rozsądnym czy uczciwym, nie żyjemy sami na świecie i nasze wybory i działania mają wpływ na otoczenie i na innych ludzi, którzy być może są nieco ambitniejsi i poszukują trochę rzetelniej, a spotykając nas i naszą bylejakość w podejściu do spraw istotnych mogą coś stracić i doznać duchowego uszczerbku.
Te 2-3 osoby na 50 to statystyki, których poprawności wykazać nie potrafię, ale jest to moje prywatne doświadczenie lat obcowania i rozmów z ludźmi niewierzącymi lub wątpiącymi.

Takich właśnie cudów, wystarczająco potwierdzonych, aby nauka rozłożyła ręce i orzekła, że "jest to fakt niewytłumaczalny znanymi i obowiązującymi powszechnie prawami przyrody", a zaistniałych prawie wyłącznie w kontekście religijnym, jest wiele w Kościele katolickim.
Jeśli się nie mylę, samych tylko zweryfikowanych i uznanych wskrzeszeń na przestrzeni historii Kościoła i chrześcijaństwa, jest ok. 400. Nawet, gdyby uznać, że prawdziwych jest tylko 1/7 tej liczby, byłoby to i tak dużo.

Chciałbym jednak wspomnieć w tym poście tylko o jednym cudzie, eucharystycznym właśnie, a raczej o tego rodzaju cudach, bo jest ich spora liczba. Skupię się na jednym, ale wspomnę i o innych, z których ostatni miał miejsce 2 lata temu u nas w kraju.

* * *

Około roku 700 naszej ery, w klasztorze pod wezwaniem św. Longina, rzymskiego setnika, który przebił włócznią bok Pański, kapłan z zakonu św. Bazylego odprawiał mszę świętą wg. rytuału łacińskiego. Choć jego imię nie jest znane, istniejący prastary dokument opisuje tego kapłana jako "dobrze obeznanego w naukach tego świata, ale bardzo mało w sprawach Bożych". Często zdarzało mu się wątpić w tajemnicę przeistoczenia (moment mszy św., podczas którego chleb i wino stają się realnie ciałem i krwią Chrystusa) i właśnie gdy skończył wypowiadać uroczyste słowa konsekracji, hostia w jego rękach nagle zmieniła się w okrągły fragment ciała, a wino, w widoczną krew. (...)  
Ciało pozostało nienaruszone, ale krew w kielichu wkrótce zmieniła się w pięć nierównych i nieregularnych bryłek. Zakonnicy postanowili zważyć je i w tym celu otrzymali nawet od arcybiskupa specjalne urządzenie. Okazało się, że jedna bryłka ważyła tyle samo, co wszystkie razem, ciężar dwóch równy był ciężarowi trzech, a ciężar najmniejszej równał się ciężarowi największej.
Hostia oraz pięć bryłek umieszczone zostały w relikwiarzu z kości słoniowej. (...) Później ten oryginalny relikwiarz zastąpiony został w roku 1713 nową monstrancją rzeźbioną w złocie i krysztale, w której do dziś przechowywane są te cenne relikwie. Fragment ciała umocowany jest tak, jak hostia w monstrancji, a bryłki krwi znajdują się w rzeźbionym krysztale, uważanym przez wielu za ten autentyczny kielich, w którym dokonał się cud. 

W lutym 1574 roku, prałat Rodrigues, w asyście wiarygodnych świadków potwierdził, że wspólny ciężar pięciu bryłek skrzepniętej krwi równał się wadze każdej poszczególnej bryłki. Fakt ten został uwieczniony opisem wyrzeźbionym w marmurowej tablicy w roku 1636, zachowanej do dziś na ścianie kościoła. Jednak w czasie kolejnych prób badania krwi, to niezwykłe zjawisko już się nie powtórzyło.
W ciągu kilku wieków dokonywano wielu takich badań uwierzytelniających, lecz najbardziej naukowy charakter miało ostatnie badanie, przeprowadzone w 1970 roku.

Badanie to zostało wykonane zgodnie z rygorystycznymi kryteriami naukowymi przez profesora Odoardo Linoli, wykładowcę anatomii, patologii histologicznej, chemii i mikroskopii klinicznej, oraz głównego lekarza połączonych szpitali w Arezzo. Asystował mu doktor Ruggero Bartelli, profesor emeritus anatomii na Uniwersytecie w Sienie. Doktor Bartelli nie tylko w pełni uznał wyniki badań prof. Linoli, lecz także potwierdził je w oficjalnym dokumencie.
W zakrystii kościoła, w dniu 18 listopada 1970 roku, zebrała się grupa świadków - arcybiskup Lanciano, biskup z Ortona, prowincjał franciszkanów, do których od dawna należał kościół, kanclerz archidiecezji, sekretarz arcybiskupa oraz całe zgromadzenie mnichów. 

Prof. Linoli

Przy bliższych oględzinach relikwiarza zauważono, że część centralna zawierająca cudowne ciało nie była hermetycznie zamknięta i w konsekwencji cząstki "przaśnego chleba" przez długi czas pozostające w środku ciała całkowicie zanikły. Ciało opisane zostało jako żółto-brązowego koloru, nieregularnego, krągłego kształtu, grubsze i pomarszczone w części obrzeżnej i stopniowo cieńsze w kierunku środka, gdzie tkanka była postrzępiona z lekkimi przedłużeniami skierowanymi ku pustej przestrzeni w centrum. Mała próbka została pobrana z grubszej części w celu poddania badaniom laboratoryjnym w szpitalu w Arezzo.

Badając bryłki krwi stwierdzono, że niezwykłe zjawisko związane z ich ciężarem, po raz ostatni zaobserwowane w 1574 roku, już nie występowało. Pięć małych bryłek miało nieregularną formę i były pomarszczone, spoiste, jednolite i twarde, żółto-kasztanowego koloru i z wyglądu przypominające kredę. Również i w tym przypadku malutka próbka została pobrana ze środkowej części jednej z bryłek w celu poddania badaniom naukowym. Po zakończeniu badań, oba fragmenty relikwii zwrócone zostały do kościoła.
Profesor Linoli ogłosił wyniki swych badań w dniu 4 marca 1971 roku, wobec licznie zgromadzonych wybitnych osobistości Kościoła oraz władz miejskich, politycznych, sądowych i wojskowych, oraz ekspertów medycyny, a także ludności miasta.
W późniejszym czasie wyniki prof. Linoli ocenione zostały przez ojca Bruno Luciani i prof. Urbano, dyrektora analiz szpitala miejskiego w Lanciano i wykładowcy na uniwersytecie w Sienie. Kopia szczegółowego raportu razem z protokołem spotkań i dyskusji jest zdeponowana w archiwum klasztoru.Notaryzowane kopie tychże dokumentów przesłane zostały władzom Kościoła katolickiego i przełożonym zakonu. Papież Paweł VI przyjął egzemplarz tego dokumentu w czasie prywatnej audiencji.

Badania histologiczne (mikroskopijne) stwierdziły i udokumentowały następujące fakty: fragment ciała stanowił prążkowaną tkankę ścianki sercowej (myocardium), wolnej od jakiegokolwiek śladu materiału lub substancji konserwującej. Zarówno ciało jak i krew miały pochodzenie ludzkie, z kategorycznym wykluczeniem jakiejkolwiek możliwości pochodzenia z gatunku zwierzęcego. Obydwie substancje miały też wspólną grupę krwi - AB. Krew zawierała następujące minerały: chlorki, fosfor, magnez, potas, mniejszą ilość sodu a większą wapna. Frakcjonowanie protein w skrzepniętej krwi okazało się zupełnie normalne, zachowujące procentową proporcję odpowiadającej normalnej świeżej krwi.
Profesor Linoli podkreślił, że gdyby krew pochodziła od osoby zmarłej, podlegałaby szybkiemu procesowi zepsucia i rozkładu. Wyniki badań odrzucają więc wszelką możliwość oszustwa dokonanego w przeszłości. Co więcej, w opinii profesora, tylko ręka wysoce doświadczona w sekcjach anatomicznych byłaby zdolna wykonać tak doskonałe, styczne cięcie - zaokrąglone, grubsze na obrzeżach i stopniowo cieńsze aż do pustki w obszarze centralnym - na tak wgłębionym wewnętrznym organie jak mięsień sercowy. W zakończeniu swego raportu profesor stwierdził, że choć ciało i krew znajdowały się w pojemnikach nie zamkniętych hermetycznie, to jednak nie uległy uszkodzeniu pomimo wystawienia cały czas na działanie czynników fizycznych, biologicznych i atmosferycznych.

Relikwiarz z Ciałem i Krwią z Lanciano
Zmieniona w Ciało hostia

Bryłki Krwi

W 1981 roku, aby potwierdzić autentyczność cudu i dotychczas przeprowadzone badania, poddano go ponownie licznym i skrupulatnym ekspertyzom naukowym. W 1991 roku ONZ wysłało nawet swoją komisję lekarską, by przebadała cud z Lanciano. Stwierdzono jednoznacznie, że wszystkie dotychczasowe wnioski naukowe są prawdziwe.

Podsumujmy. Ok. 1300 lat temu chleb pszenny, używany podczas każdej mszy św., i wino mszalne, przemieniły się podczas mszy św. w prawdziwe ciało i krew. Badania z roku 1970 wykazały, że są to ciało i krew pochodzenia ludzkiego, zawierające grupę krwi AB, a ciało to fragment mięśnia prążkowanego serca. Oprócz tego badania wykazały, że skład i zachowanie krwi są typowe lub takie same, jak dla krwi świeżej, czyli osoby żywej lub w stanie agonalnym.
Wspomnijmy jeszcze, że ciało i krew, pomimo braku substancji konserwujących i upłynięcia 1300 lat, nie tylko nie uległy rozkładowi i zepsuciu, ale zachowały właśnie opisaną świeżość (przynajmniej krew).

Dodam, że krew na Całunie Turyńskim oraz na Chuście z Oviedo (chusta pogrzebowa, którą owinięta była bezpośrednio głowa Chrystusa i na której z tego powodu znajduje się dużo krwi) to również krew grupy AB.

* * *

W 1970 roku, w niemieckiej wiosce Stich, kapłan, po zakończonej mszy św. 9 czerwca, zauważył na korporale (rodzaj obrusu, na którym stawia się kielich i patenę z hostią) małą plamkę krwi, która szybko powiększyła się do wielkości monety. W momencie podniesienia kielicha dostrzegł następną plamę krwi w miejscu, gdzie chwilę przedtem stał kielich. Przypuszczając, że kielich może być uszkodzony, sprawdził dłonią jego podstawę, lecz kielich był absolutnie suchy.
Po odprawieniu mszy św. kapłan dokładnie zbadał trzy płótna pokrywające ołtarz: korporał, małe wąskie płótno poniżej służące jako drugi korporał, oraz długi obrus pokrywający cały ołtarz. Wszystkie płótna okazały się być poza tym czyste i nic nie wskazywało na istnienie jakiegokolwiek źródła krwawych plam. Kapłan schował płótna w bezpieczne miejsce i udał się natychmiast do chorego duszpasterza parafii (w jego zastępstwie odprawiał mszę św.).

W czwartek, 11 czerwca, obaj kapłani razem zbadali płótna, nie znajdując żadnego naturalnego wyjaśnienia dla pojawienia się śladów krwi. Po wykonaniu fotografii, płótna odesłano do laboratorium chemicznego w celu dokonania badań naukowych.
Wyniki badań przekazane zostały kapłanom przez siostrę Martę Brunner z Polikliniki Uniwersytetu w Zurychu. W oficjalnym liście podpisanym przez naukowców, którzy dokonali badań, s. Brunner oświadcza, że płótna poddane były badaniom analitycznym bez ujawnienia skąd pochodzą, w celu określenia substancji tworzącej plamy. W liście tym pisze ona:
Wypełniłam ściśle zarządzenie pytając jedynie ekspertów czy plamy pochodzą od wina, krwi lub innej substancji. Rezultaty czterech analiz wykazały, że plamy pochodzą od ludzkiej krwi. Co więcej, dyrektor laboratorium klinicznego stwierdził, że w jego przekonaniu krew ta musiała pochodzić od człowieka cierpiącego agonię.
Następujące osoby przeprowadzały analizy plam: dyrektor Laboratorium Chemicznego, dyrektor Laboratorium Badań Krwi, asystent na szóstym roku medycyny oraz dyrektor Laboratorium Analiz Krwawień i Skrzepów Krwi.
List s. Brunner nosi pieczęcie Kliniki Instytutu Medycyny Nuklearnej oraz Polikliniki Uniwersytetu w Zurychu.

W miesiąc później, 14 lipca, ten sam kapłan ze Szwajcarii przygotowywał się do odprawienia mszy św. w tej samej kaplicy w Stich. Sprawdził ze specjalną uwagę stan ołtarza, obrusa, korporałów oraz kielicha, stwierdzając, że w pełni są czyste i nieuszkodzone. W czasie mszy św., po konsekracji (czyli momencie przeistoczenia chleba i krwi w ciało i krew Chrystusa, który ma miejsce mniej więcej w połowie każdej mszy), na korporale pojawiły się ponownie plamy krwi. Kapłan dał znać kościelnemu, stojącemu przed ołtarzem, aby podszedł bliżej, a sam dokończył udzielania komunii św. wiernym (msza św. była odprawiana w rycie przedsoborowym, po łacinie). Po zakończeniu mszy św. kapłan starał się uspokoić wiernych, którzy już wcześniej dostrzegli, że dzieje się coś niezwykłego, zapraszając ich do ołtarza, aby sami mogli ujrzeć cudowne zjawisko. 
Ponieważ płótna ołtarzowe z pierwszego cudownego wydarzenia przekazane zostały do Polikliniki Uniwersytetu w Zurychu, duszpasterz parafii postanowił tym razem dokonać badań analitycznych w laboratorium Szpitala Okręgowego. Podobnie jak poprzednio, naukowcy nie wiedzieli skąd pochodzą płótna. Mieli jedynie określić substancję powodującą plamy.

Wyniki badań ogłoszone 3 sierpnia 1970 roku stwierdziły, że plamy spowodowane były ludzką krwią. Po dokonaniu analiz naukowych rozpoczął się proces zbierania zeznań naocznych świadków drugiego cudownego wydarzenia. (...) Kilkunastu naocznych świadków podpisało też oświadczenie, że po obejrzeniu plam stwierdzono, iż są one ciągle świeże i różne rozmiarem. Niektóre z plam miały widoczny krzyż w środku.

* * *

Chciałbym przejść teraz do roku 2013 i Legnicy w Polsce.

- Wydarzenie to miało miejsce 25 grudnia 2013 roku, była to uroczystość Narodzenia Pańskiego w Sanktuarium św. Jacka - mówił ksiądz proboszcz. - Kapłan udzielając komunii świętej niechcący opuścił komunikant na ziemię. Zgodnie z zasadami umieściliśmy komunikant w kielichu z wodą. Jeden z księży podczas sprawowanej mszy świętej zauważył przebarwienie komunikantu na jednej piątej tej hostii. Poinformowaliśmy biskupa i odczekaliśmy dwa tygodnie. Po tym czasie zauważyliśmy, że część nieprzebarwiona hostii opadła na dno i całkowicie się rozpuściła. Część zabarwiona pływała na wodzie. Biskup zlecił powołanie komisji, która miała na celu wyjaśnianie tego zdarzenia. Komisja zleciła przebadanie materiału 27 stycznia 2014 roku. Materiał został pobrany. Następnie wyjęto przebarwiony fragment, położono na korporał i schowano do tabernakulum, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego.

- Pobrano materiał do badania, było to łącznie piętnaście próbek. Były to m.in. fragmenty przemienionej, konsekrowanej hostii i płyn z kielicha, w którym przebywała przez miesiąc - mówił kardiolog Barbara Engel. - Pierwsze wyniki otrzymaliśmy w połowie marca. Materiał był bardzo trudny do analizy, bo przez miesiąc przebywał w środowisku wodnym. Poddano go badaniu histochemicznemu, który miał wybarwić grzyby w preparacie. Miejsca, które przypominały włókna mięśnia serca, nie wybarwiały się. Wybarwiała się jedynie grzybnia, która temu towarzyszyła. Ale obecność grzybów w środowisku wodnym to rzecz naturalna, ich brak byłby rzeczą dziwną.

 - Przesłaliśmy fragmenty także do Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego - mówił dalej Engel. - Dla nich był to trudny obraz, ale skłaniają się do identyfikacji jej jako tkanki mięśnia serca. Wykonano m.in. badania DNA. Konkluzja badaczy jest taka: to tkanka mięśnia serca pochodzenia ludzkiego. Wszystkie badania nie wyjaśniły zjawiska i jak do tego doszło. Wiele pytań, jakie zadawali sobie naukowcy, zostały bez odpowiedzi.

Tak jak wspominała pani doktor, swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu - mówił ks. dr Tadeusz Dąbski, oficjał Sądu Kościelnego. - Pobrali materiał i przeprowadzili badania. Te badania upewniły nas, że to nie wynik działania bakterii czy grzybów, które mogłyby spowodować przebarwienie tej hostii - mówił ksiądz oficjał. - Dwukrotnie w opinii Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu pojawia się stwierdzenie, że ten obraz nie pozwala na wyciągnięcie odpowiednich wniosków. To nie była dla nas satysfakcjonująca odpowiedź. Zdecydowaliśmy się wypytywać dalej, patomorfologów i morfologów. Doprowadziło nas to do dalszych prac, zwrócenia się do kolejnych ekspertów z Uniwersytetu Pomorskiego w Szczecinie. Badania tamtejszych profesorów dały pewność, że te włókna są najbardziej podobne do tkanki mięśnia sercowego. A to, co je otacza, jest tkanką łączną. Ta opinia będzie dostępna w Kurii Diecezji Szczecińskiej.
- Obraz na szkiełkach histopatologicznych, następnie tkanka badana mikroskopem UV, nie pozostawiły wątpliwości, że mamy do czynienia z tkanką mięśnia sercowego, w momencie agonii - mówił ks. dr Dąbski.

Kościół uznał w roku 2016, że zdarzenie nosi znamiona cudu eucharystycznego i że wierni mogą traktować je jako zjawisko nadprzyrodzone, zaistniałe z powodu Bożej ingerencji.

Chciałbym jeszcze przywołać wyniki badań z Sokółki, gdzie w roku 2008 miało miejsce podobne wydarzenie i z Buenos Aires. Kościół jednak w tym pierwszym wypadku nie ogłosił oficjalnie, że zdarzenie to wyczerpuje znamiona cudu i pozostawił sprawę otwartą. Zlecone badania jednak przyniosły wyniki bardzo podobne do tych, które dotyczyły wydarzenia w Legnicy.

Kuria biskupia zleciła badanie próbek hostii dwóm patomorfologom (prof. Stanisław Sulkowski i prof. Maria Sobaniec-Łotowska) z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, którzy zgodnie orzekli, że „przysłany do oceny materiał (...) wskazuje na tkankę mięśnia sercowego, a przynajmniej, ze wszystkich tkanek żywych organizmu najbardziej ją przypomina”. Prof. Sobaniec-Łotowska opisała wyniki badań następująco: „Pobrany z korporału fragment materiału badaliśmy histologicznie, (…) z użyciem mikroskopu optycznego, czyli świetlnego, i ultrasonograficznie, (…) z użyciem mikroskopu elektronowego transmisyjnego (…), obserwowaliśmy zjawisko wzajemnego przenikania się struktury komunikantu z włóknami mięśnia serca. Tkanka, która pojawiła się na Hostii, była z nią w sposób bardzo ścisły, nierozerwalny złączona, co jest ważnym dowodem, że nie mogło tu być jakiejkolwiek ludzkiej ingerencji. (…) cytoplazma fragmentów włókien mięśniowych, wtopionych w podłoże mogące odpowiadać strukturze Hostii, w barwieniu hematoksyliną Mayera i eozyną barwiła się na rożowo, ogniskowo dość intensywnie. Natomiast jądra komórkowe, położone głównie centralnie (…) na granatowo. Otóż centralne położenie jąder komórkowych wskazuje, że jest to mięsień serca ludzkiego. (…) obserwowaliśmy cechy wyraźniej nasilonej segmentacji włókien, to jest uszkodzenie komórek w miejscu wstawek (czyli struktur charakterystycznych dla mięśnia sercowego), i fragmentacji – to są uszkodzenia włókien poza wstawkami; również na przebiegu pojedynczych włókien znajdowaliśmy obrazy mogące odpowiadać węzłom skurczu. Takie zmiany powstają jedynie we włóknach niemartwiczych i odzwierciedlają skurcze mięśnia serca w okresie przedśmiertnym, to jest agonalnym”.

Trzeba wspomnieć, że badania odnoszące się do wydarzenia w Sokółce były kwestionowane przez kilka innych osób, które zarzuciły wymienionym wyżej specjalistom m.in. nieprzeprowadzenie badań DNA i nieustalenie do jakiego gatunku należała tkanka.

Wydarzenie w Buenos Aires miało miejsce 18 sierpnia 1996 roku w kościele parafialnym Santa María. Księdzu Alejandro Pezecie po skończeniu odprawiania mszy św., powiedziano, że na podłodze tego kościoła leży porzucona hostia. Duchowny zgodnie z przepisem liturgicznym, włożył hostię do vasculum – małego naczynia z wodą, stojącego zwykle przy tabernakulum, służącego kapłanowi do obmycia palców po udzielaniu Komunii świętej i całość włożył do tabernakulum. Po kilku dniach zauważył, że hostia w tabernakulum zmieniła się w jakąś krwistą substancję, która w ciągu następnych kilku dni jeszcze się powiększyła.  
W 1999 r. ówczesny arcybiskup Buenos Aires, kard. Jorge Mario Bergoglio (obecny papież Franciszek) zlecił wykonanie badań naukowych. W dniu 5 października 1999 w obecności przedstawicieli kardynała dr Castañon pobrał próbkę, którą następnie przesłano do naukowców w Nowym Jorku. Celowo nie poinformowano ich, skąd pochodzi. Dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy Jork stwierdził, że badana substancja jest prawdziwym ludzkim ciałem i krwią, w której obecne jest ludzkie DNA. Oświadczył: „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Ten mięsień jest odpowiedzialny za skurcze serca. (...) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że serce żyło w chwili pobierania wycinka (...). Co więcej, te białe ciałka wniknęły w tkankę, co wskazuje na fakt że to serce cierpiało-np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej”.  

Pytany, jak długo białe ciałka zachowałyby swoją żywotność, gdyby się znajdowały w ludzkiej tkance, którą umieszczono w wodzie, dr Zugibe odpowiedział, że w ciągu kilku minut przestałyby istnieć.     Amerykański naukowiec zadał jeszcze dr Castañon pytanie: „Musi mi Pan coś wytłumaczyć. Jak to możliwe, że w momencie, gdy badałem próbkę, Ona też żyła? Pulsowała? Jak Pan zdołał przywieźć ciągle jeszcze bijące serce pacjenta?”.  Dopiero wtedy Castañon poinformował dr Zugibe o pochodzeniu próbki. Wtedy dr Zugibe powiedział: „W jaki sposób i dlaczego konsekrowana hostia mogła zmienić swój charakter i stać się ludzkim żyjącym ciałem i krwią, pozostanie dla nauki nierozwiązalną tajemnicą, która całkowicie przerasta jej kompetencje".

Badania przeprowadził także patolog sądowy z San Francisco, dr Robert Lawrence i potwierdził ustalenia dr Zugibe'a.

Dr Zugibe wskazuje na miejsce
w sercu, z którego pochodzi badana
tkanka mięśnia

* * *

Pomimo kontrowersji odnośnie niektórych wydarzeń (te w Lanciano i w Stich wydają się być od nich wolne, ekspertyzy są jednoznaczne, a z zastrzeżeniami wobec nich nie spotkałem się; wobec Buenos Aires też nie mam informacji o nierzetelności badań i alternatywnych wyjaśnieniach), łączy je wszystkie wewnętrzna logika (ich cudowność dotyczy uwidocznienia dla wszystkich tego, o czym Kościół naucza od zawsze, że chleb i wino obecne podczas mszy św. są realnym ciałem i krwią Chrystusa, w sposób prawdziwy, bez przenośni; cud więc tak naprawdę ma miejsce podczas każdej mszy św., ten prawdziwy, źródłowy cud, którego naoczność dostępna teraz dla wszystkich jest tylko uwidocznieniem) i wnioski badań. Skoro, mimo sugestii niektórych uczonych, nie stwierdzono w badanych próbkach śladów bakterii, które wyjaśniałyby np. czerwone zabarwienie hostii, i skoro w każdym badanym cudzie eucharystycznym stwierdza się obecność mięśni prążkowanych serca, wydaje się, że uprawnia to wierzących do uznania w tych wydarzeniach ilustracji tego, czym Eucharystia, a ściślej przeistoczenie materii chleba i wina podczas niej, są od zawsze w jego nauczaniu. W tym kontekście łatwiej wiernemu uznać nieprzypadkowość tych zjawisk oraz ich spójność i nadprzyrodzone pochodzenie, niż przyjąć, że są one skutkiem działania bakterii i grzybów (których obecności przecież nie stwierdzono, grzybnia, jeśli występowała, dotyczyła zawsze miejsc nieobjętych przez tkankę serca) lub oszustwa oraz być może wykorzystywania zwłok do tego (choć ekspertyzy świadczą o tym, że badane tkanki są charakterystyczne dla osób żywych lub w agonii, nie zmarłych, a tym bardziej zmarłych dawno).

Wspomniałem w tym poście tylko o cudach eucharystycznych, ponieważ można się dziś zajmować nimi od strony naukowej. Kościół coraz częściej otwiera się na możliwość tych badań (co nie oznacza, że był im kiedyś wrogi, po prostu są to w jego oczach przedmioty lub zjawiska uświęcone, którym należy się szacunek i którymi nie można dysponować dowolnie, ale dziś, w epoce naukowej, skoro są ku temu techniczne możliwości, a wiara coraz częściej jest kwestionowana, widzi w tym otwarciu się duchową korzyść, która może przewyższyć jego negatywne skutki), a ich wyniki są jak do tej pory korzystne dla wiary. Zjawisk nadzwyczajnych, niewytłumaczalnych na drodze naukowej, jest w Kościele jednak dużo więcej, choćby objawienia publiczne, prywatne, stygmaty, ciała świętych niepodlegające rozkładowi, inedia (niejedzenie przez wiele lat) czy bilokacja (przebywanie w kilku miejscach jednocześnie), itd. Postaram się jeszcze nawiązać na tym blogu do zjawisk nadprzyrodzonych, ponieważ, mimo iż Kościół nie zobowiązuje wiernych do ich uznawania (można nie dawać im wiary i pozostać normalnym, "prawidłowym" wierzącym), są one jednak jakimś świadectwem uwiarygodniającym przesłanie religii, a co za tym idzie, pośrednio mogą wskazywać na istnienie Stwórcy i odnosić do Niego, skłaniać do poszukiwań dotyczących Jego istnienia, a także otwierać po prostu na wymiar metafizyczny życia, pobudzać i prowokować, zwłaszcza dogmatycznych niewierzących, dla których wszystko jest proste, a twierdzenie "stoją za tym mechanizmy nieznane teraz nauce, które za jakiś czas zostaną poznane" ma według nich być zadowalającą odpowiedzią na wszystkie kłopotliwe fakty.

_______________________________________

Pisząc o Lanciano i Stich wykorzystałem pracę "Cuda Eucharystyczne" Joan C. Cruz, podając dosłowne lub lekko zmodyfikowane cytaty, aby skrócić lub ułatwić przekazywane informacje, a pisząc o wydarzeniu w Legnicy podawałem za "Gazeta Wyborcza. Wrocław" (tam informacje były najobszerniejsze; link). O Sokółce i Buenos Aires wspomniałem za Wikipedią i stroną parafii św. Zygmunta w Słomczynie.

poniedziałek, 5 marca 2018

Chrześcijaństwo a kult Mitry

Nie spotkałem się nigdy z zarzutem wobec chrześcijaństwa ze strony ateistów czy ludzi wrogo nastawionych do Kościoła, który ostałby się po zweryfikowaniu podawanych informacji. Nie przypominam sobie ani jednego, który byłby rzetelny i oparty na poprawnych danych historycznych. Nie inaczej jest w przypadku tematu tego posta. Postaram się z czasem przenieść potrzebne informacje na blog, zrobić osobny post, na razie jednak roboczo chciałbym podać dwa linki, które w zasadzie wyczerpują temat. Jak zawsze i tu okazuje się, że prawda ma się zupełnie inaczej niż sugerują czytelnicy bestsellerów Deschnera lub ci, którym wystarcza wiedza z jakiegoś forum, i którzy nie weryfikują nigdy przeczytanych rewelacji, za to po zetknięciu się z nimi natychmiast przechwytują je i z motywów pozamerytorycznych rozgłaszają po dachach.

Kult Mitry a chrześcijaństwo - Jan Lewandowski
Kult Mitry według pism wczesnochrześcijańskich - Piotr Andryszczak

niedziela, 4 marca 2018

Tzw. przemoc religijna a "humanizm" ateizmu

w przygotowaniu

Wiara jest łaską, a więc o tym, że "nie jestem winien swojej niewiary"

w przygotowaniu

"Ten skąpy Kościół, wyłudzający pieniądze od wiernych"


Sądzę, że jeśli ktoś postrzega siebie jako poważną osobę, miałby prawo całkowicie darować sobie odnoszenie się do tej sprawy. Bo przecież jest ona rozstrzygnięta zanim się problem postawiło, o czym się wie intuicyjnie, bez analizy danych i statystyk. Nie jest taką tylko dla ludzi złej woli lub osób wprost zdeprawowanych. Na szczęście aż tak poważny nie jestem i mogę sobie pozwolić na przytoczenie kilku informacji, które tezy takie jak ta w tytule posta stawiają w bardzo złym świetle, a tak naprawdę nosicieli takich "prawd".

Pisząc ten post naprawdę czuję się niezręcznie, zwłaszcza, że przed chwilą usłyszałem od kogoś o "wysokich standardach moralnych", oburzonego ogromem zła w świecie i nieco skalaną historią przedstawicieli Boga na ziemi, że gdyby spotkał Jahwe, nakopałby Mu w miękkie części ciała. Oczywiście "nakopał" jest moim zastępnikiem jego zwrotu brzmiącego nieco inaczej. Ten sam człowiek chwilę wcześniej zwyzywał kilka osób, zarzucił im nieprawdziwe rzeczy, a chwilę później przygodną nieznajomą poinformował, że "zostawiłby swoje nasienie w niej". Oczywiście "nasienie" to mój zastępnik jego zwrotu, który brzmiał nieco inaczej.

To właśnie tacy ludzie stawiają takie tezy, jak w tytule posta. To takim ludziom sumienie pozwala wypunktowywać Bogu słabości, niedociągnięcia i świństwa, nie dostrzegając luk we własnym zachowaniu i to luk tak widowiskowych i spektakularnych. Czy więc warto odnosić się do takich tez, zarzutów, wynurzeń? Dla tych osób nie warto, nie są one podatne na nową wiedzę, bo mają już dogłębne poznanie rzeczywistości, nie mają też dobrej woli, bez której nic się nie da zrobić z kimś, komu wystarczy wykreowana przez niego rzeczywistość. Musieliby zaczynać od nowa, bo tak już jest, gdy poprzedni świat popada w ruinę, a na to ani nie są gotowi, ani nie mają w sobie tyle szlachetności, aby zdobyć się na wysiłek szczerego i uczciwego poszukiwania prawdy. Dla nich więc nie warto. Myślę jednak o ludziach, którzy będąc od Kościoła daleko, trafiają czasem na ten teatr i nie dostrzegając maski ani rekwizytów nabierają się po prostu, że to co widzą, to naprawdę szlachetny bohater, doświadczony przez życie i jego trudy, któremu nieskazitelność karze wytoczyć proces Najwyższemu, kosmicznemu Goliatowi o zdeformowanej twarzy i nieczułym sercu, odpowiedzialnemu za cały ten skandal. W swojej naiwności albo szlachetnych motywach postępowania zawsze drogą dobra i światła, zaczynają oni wierzyć, że to, czego jeszcze nie poznali, nie jest warte poznania, ani nawet zbliżenia się do tego, że najwidoczniej okłamywano ich do tej pory, a ten świetlisty Savonarola na ich oczach demaskuje obłudę i wszeteczeństwo wielkiej Bestii. To nic, że argumenty i "fakty" zostały wykreowane na potrzeby tej sceny. Oni o tym nie wiedzą. Słyszą tylko krzyk i jęki umęczonego, pełnego moralnego blasku stworzenia, wobec okrutnego Stwórcy, "sadystycznego Despoty", jak chce Dawkins, i jego ziemskich reprezentantów, tak czarnych w swoich wnętrznościach, jak ich sutanny.
Dla nich warto. Nikt nie chce być oszukiwany. Karmienie się nieprawdą i głupotami nie tylko jakoś poniża ludzką godność, ale także zabiera cenny czas i możliwość autentycznych wyborów, ponieważ te są możliwe tylko wtedy, gdy ma się prawidłowe poznanie na temat świata i rzeczywistości. Unika się też dzięki temu krzywdzenia, często lekką ręką, niewinnych ludzi i instytucji. Bo czy jest obojętne moralnie czy twierdzi się, że duchowni katoliccy są najbardziej zezwierzęconą bandą pedofilów, którym świństwa przychodzą nadzwyczaj łatwo i to w ilościach prawie niemierzalnych, czy, że pedofilia zdarza się 60-krotnie częściej wśród nauczycieli, a niewiele mniej wśród trenerów sportowych, niż wśród księży? Któraś z tych tez jest prawdziwa, a któraś nie. Któraś kogoś krzywdzi i być może jest to krzywda naznaczająca na wiele lat lub na całe życie, często z tego właśnie powodu życie krótkie.
Nie jest obojętne moralnie, czy rozgłasza się po świecie głupoty i z jakichś jawnych lub ukrytych pobudek zmyśla, pozoruje nieistniejącą rzeczywistość, czy jest się ekonomicznym, odpowiedzialnym i starannym w podejściu do spraw, przed którymi stajemy i których losy częściowo zależą także od nas. Nie ma się prawa do nieprawdy, jest tylko prawo do błądzenia, są to jednak bardzo oddalone od siebie światy i dość łatwo ustalić któremu należy się wyrozumiałość, a wobec którego akceptacja i tolerancja byłyby oznaką niewykształconej wrażliwości moralnej. " Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza". Po prostu nie wolno.

Podam kilka danych dotyczących samej tylko Polski (potem krótko wspomnę o USA i Afryce), które pokażą jak "niewrażliwy" i "perfidny" jest ten Kościół, który funkcjonuje tylko po to przecież, aby czerpać zyski z braku inteligencji swoich wiernych, w której rozwoju nie wolno mu pomagać, ponieważ uszczupliłoby to zawartość kościelnych skarbnic i byłoby strzałem w swoją stopę. Im mniej rozwinięty intelektualnie wyznawca, tym bardziej przyczynia się do wzrostu Kościoła (do wzrostu liczby złoceń ołtarzowych oczywiście i ilości produktów w lodówkach proboszczów). Mam nadzieję, że ironia jest wyczuwalna.

* * *

W każdej z 11 tys. parafii w Polsce działalność charytatywna jest stałym elementem codzienności. W tej „podstawowej komórce kościelnej” obecnych jest ponad 6 tys. organizacji dobroczynnych. Najważniejszą grupą docelową są dzieci i młodzież, osoby ubogie, seniorzy, chorzy, bezrobotni.

Zespoły charytatywne zakładane są przeważnie przez duszpasterzy i osoby świeckie, i prawie połowa z nich współpracuje z samorządami.

To na poziomie parafii jest najlepsze rozeznanie potrzeb osób zamieszkujących konkretny teren. Dlatego można szybko na nie odpowiedzieć – przekazać paczki żywnościowe na święta, chorym zapewnić leki, wykupić recepty. Księża chodzący z wizytą duszpasterską mają możliwość zorientowania się, jaka jest faktyczna sytuacja parafian, także tych, którzy krępują się prosić o pomoc.

Pomoc ubogim i potrzebującym jest od wieków nieodłącznym elementem posługi zakonów i zgromadzeń. Wiele z nich powstawało właśnie w tym celu – żeby przynosić ulgę najsłabszym. Obecnie 153 żeńskich i 75 męskich prowincji zakonów i zgromadzeń prowadzi 835 organizacji charytatywnych.  Praktycznie każdy klasztor obejmuje opieką grupę ubogich, którzy codziennie pukają do furty. Otrzymują posiłek, odzież, porady, gdzie mogą się zwrócić o pomoc medyczną i prawną.

Zakonnice prowadzą 29 okien życia (w których uratowano 110 dzieci), ok. 210 domów opieki dla dzieci i dorosłych, ponad 100 dzieł zorganizowanych dla osób ubogich i bezdomnych – stołówki, noclegownie, domy wychodzenia z bezdomności, centra zapobiegania wykluczeniu społecznemu. Około 100 sióstr jest zaangażowanych w duszpasterstwo więźniów: odwiedzanie i różne formy pomocy duchowej i materialnej; pracują szczególnie z kobietami.
Siostry przeciwdziałają zniewoleniu, prostytucji, handlowi ludźmi, pomagają ofiarom przemocy w 3 ośrodkach interwencji kryzysowej, punktach konsultacyjnych, świadczą indywidualną pomoc ofiarom przemocy. Od kilku lat, we współpracy z międzynarodową siecią przeciwdziałania handlowi ludźmi i prostytucji, działa przy Konferencji Wyższych Przełożonych Zgromadzeń Żeńskich sekcja Bakhita, w której zaangażowanych jest kilkanaście zgromadzeń. Zakonnice pomagają imigrantom ze Wschodu i członkom innych grup pojawiających się w Polsce.

Głównie wśród bezdomnych działa z inicjatywy Braci Mniejszych Kapucynów Fundacja Kapucyńska im. bł. Anicenta Koplińskiego. Na ul. Miodowej w Warszawie zakonnicy prowadzą jadłodajnię, z której korzysta codziennie 300 osób. Fundacja wspiera też bezdomnych pomocą psychologiczną i duchową oraz organizuje warsztaty socjoterapeutyczne.
W pomoc bezdomnym i głodnym angażują się siostry albertynki. Z okazji Roku Świętego Brata Alberta siostry uruchomiły w Krakowie kolejną placówkę. Z nowej jadłodajni przy ul. Woronicza korzysta już około 200 ubogich. W placówce prowadzone są również spotkania formacyjne, konferencje i rekolekcje. Z posługą duszpasterską bezdomnym przychodzą również bracia albertyni.

(...) Kupując świece w ramach Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom, przekazując fundusze na liczne dzieła charytatywne, angażując się w wolontariat, świeccy wierni umożliwiają lub sami realizują co roku liczne dzieła dobroczynne. Pracują społecznie w parafiach i stowarzyszeniach, odpowiadając na apele o solidarność także z potrzebującymi z ludźmi z całego świata. (to także pomoc Kościoła, bo ludzie ci tworzą Kościół i działają w jego ramach, często właśnie dlatego, że są jego członkami, zawdzięczając Kościołowi wyczulenie na biedę i trudną sytuację innych, obcych sobie przecież ludzi - dodatek mój, autora bloga). 

A tak wygląda pomoc charytatywna Kościoła w Polsce w liczbach:

5158 – tyle dzieł charytatywnych prowadzi Kościół w Polsce
800 – tyle katolickich organizacji charytatywnych działa w kraju
3 mln – do tylu osób dociera pomoc Kościoła
600 tys. rocznie – do tylu potrzebujących dociera pomoc udzielana przez parafie
897 – to liczba placówek służących osobom bezdomnym.
203 tys. – tyle osób pozbawionych dachu nad głową korzysta co roku z pomocy instytucji kościelnych
302 – tyle jest punktów pomocy doraźnej dla bezdomnych
286 – tyle jest punktów wydawania odzieży
121 – tyle jest mieszkań chronionych
61 – liczba schronisk dla kobiet i mężczyzn, łaźni, przytulisk, ogrzewalni i noclegowni
1372 – liczba dzieł służących dzieciom i młodzieży
897 – liczba dzieł na rzecz bezdomnych
861 – liczba dzieł udzielających pomocy doraźnej, czyli noclegownie oraz jadłodajnie.
494 – tyle jest dzieł skierowanych do niepełnosprawnych
457 – liczba banków żywności
416 – tyle jest punktów pomocy medycznej
404 – liczba dzieł służących osobom starszym
146 – liczba dzieł pomocy uzależnionym
82 – liczba dzieł wspierających bezrobotnych (aktywizacja zawodowa)
29 – tyle jest dzieł na rzecz migrantów i uchodźców, w tym 15 centrów pomocy migrantom i uchodźcom oraz dwa domy dla repatriantów

Dodatkowo:
110 magazynów w ramach programu dystrybucji nadwyżek żywności PEAD 
92 magazyny do przechowywania ubrań i sprzętu

(Warto pamiętać, że pod jedną instytucją kryje się niejednokrotnie wiele dzieł)

Na podstawie Raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego 2015/2016.

Kościół płaci podatki w istotny sposób zasilające budżet. Polski system podatkowy traktuje Kościół katolicki na równi z innymi instytucjami. Duchowny płaci podatek dochodowy: zryczałtowany od dochodów osiąganych w związku z wykonywaniem posług duszpasterskich lub od wynagrodzenia, a instytucje kościelne prowadzące działalność gospodarczą są opodatkowane jak wszystkie inne. Polska jest jedynym krajem na świecie, gdzie duchowni płacą podatki od każdego mieszkańca parafii, nawet od niewierzących.

Wkład Kościoła do budżetu to nie tylko płacone podatki, lecz także prowadzenie różnych instytucji wypełniających zadania państwa. Świeccy katolicy i instytucje kościelne finansują kilkaset przedszkoli i 514 szkół katolickich dla kilkudziesięciu tysięcy dzieci. Wśród prowadzonych przez podmioty kościelne (diecezje, zakony, stowarzyszenia) szkół jest: 157 podstawowych, 187 gimnazja, 142 licea, 13 szkół zawodowych oraz 15 specjalnych.

Państwo poprzez samorządy może wspierać prywatne szkoły, ale w ograniczonym zakresie. Pomoc ta stanowi ok. 25% wszystkich kosztów edukacji. 75% kosztów pokrywają rodzice, którzy posyłają dzieci do katolickiej szkoły i nie dostają zwrotu podatku (kiedyś częściowo dostawali), tak więc płacą dwa razy za edukację (raz w podatkach, a drugi raz z własnej kieszeni). Można oszacować, że jest to co najmniej 500 zł (75% czesnego) od dziecka miesięcznie. Daje to kwotę ok. 300 mln zł rocznie (500 zł x 12 x 50 000 uczniów = 300 mln).

Caritas

Caritas prowadzi na terenie całego Polski:
- 9 tys. punktów pomocy materialnej psychologicznej oraz prawnej


Zrzesza (poza duchownymi):

- 7851 pracowników etatowych
- 437 tys. wolontariuszy Parafialnych Zespołów Caritas
- 54,3 tys. uczniów zrzeszonych w Szkolnych Kołach Caritas
- 6,5 tys. osób w Diecezjalnych Centrach Wolontariatu


Instytucjonalna działalność Caritas obejmuje m.in.:
 
- 49 Warsztatów Terapii Zajęciowej z blisko 2 tys. uczestników
- ponad 200 wypożyczalni sprzętu rehabilitacyjnego, z których korzysta 13 tys. osób
- ponad 170 Stacji Opieki, opiekujących się 324 tys. osobami starszymi i chorymi
- 9 hospicjów stacjonarnych z blisko 200 miejscami dla chorych
- 46 hospicjów domowych, z których w ciągu roku korzysta około 4,5 tys. chorych


Caritas udziela pomocy
-
7 tys. 307 bezdomnym w ramach ogólnopolskiej akcji „Kromka Chleba”, zapewniając im dach nad głową w noclegowniach i schroniskach dla bezdomnych kobiet i mężczyzn.


Codziennie dożywia
- 22 tys. 558 osób starszych i samotnych


Prowadzi 100 jadłodajni, które przygotowują

- ponad 23,5 tys. posiłków dziennie

- 261 punktów wydawania paczek żywnościowych
- ponad 3200 parafialnych punktów pomocy materialnej. Żywność pochodzi z programu PEAD oraz zbiórek organizowanych przez Caritas

- Parafialne Zespoły Caritas w 32 diecezjach przygotowują co roku około 87,5 tys. paczek żywnościowych

- Diecezjalne Caritas organizują tradycyjny posiłek wigilijny (dla 19 tys. ubogich) i śniadanie wielkanocne, w którym bierze udział 13 tys. podopiecznych. Uczestnicy otrzymują paczki żywnościowe

- Do największych dorocznych akcji należy Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, dzięki któremu 42,6 tys. dzieci i młodzieży może uczestniczyć w koloniach letnich i zimowiskach. Z części środków pozyskanych z rozprowadzanych świec wigilijnych Caritas finansuje dożywianie dzieci w szkołach oraz działalność: 
- 162 świetlic socjoterapeutycznych
- 396 świetlic parafialnych
- W ten sposób pomaga 22,6 tys. dzieciom i młodzieży
- Do dzieci skierowany jest również Program „Skrzydła”, którego celem jest finansowe i materialne wspieranie edukacji blisko 3,5 tys. najuboższych dzieci w Polsce. Dzięki zapomogom mogą one kontynuować naukę szkolną
- W ramach akcji „Tornister pełen uśmiechów” Caritas diecezjalne przekazały 18 tys. wyprawek szkolnych
 
- Innym ważnym dziełem jest Jałmużna Wielkopostna. Dzięki niej sfinansowano leczenie i rehabilitację 2,8 tys. dzieci i 22,9 tys. dorosłych

- Na dofinansowanie zakupu lekarstw, protez i operacji dzieci i dorosłych Caritas przeznaczyła 4,8 mln zł

- Oprócz tego, Caritas Polska przekazała do dyspozycji chorych długoterminowo 1804 łóżka z pilotem i materacami przeciwodleżynowymi, 335 ssaków i 336 koncentratorów tlenu. Na ten cel przeznaczono 4,25 mln zł pozyskanych w ramach kampanii 1% podatku dochodowego

- Caritas wsparła 603 osoby niepełnosprawne ruchowo na rynku pracy prowadząc szkolenia zawodowe, warsztaty aktywności zawodowej, staże rehabilitacyjne. Wartość projektu to 5,6 mln zł

- Od dwóch lat działa internetowe „Radio In”, gdzie kilkunastu dziennikarzy integruje środowisko osób niepełnoprawnych

- Caritas w Polsce zapewnia pomoc psychologiczną, prawną i socjalną dla osób ubiegających się lub posiadających ochronę międzynarodową w 5 Centrach Pomocy Migrantom i Uchodźcom. Z pomocy skorzystało 3,5 tys. osób, głównie były to samotne matki z dziećmi

- Od 2004 r. Caritas kontynuuje pomoc dla poszkodowanych przez tsunami w Azji Południowo-wschodniej

- Przeznaczono już ponad 12 mln zł na pomoc osieroconym dzieciom, rybakom i ich rodzinom

- Trwa akcja „Adopcja na odległość”, dzięki której 3,5 tys. sierot w Indiach, Sri Lance i Indonezji ma zapewnioną opiekę materialną i edukację

- W ramach pomocy dla ofiar tsunami Caritas odbudowała sierocińce, domy dla najuboższych rodzin oraz przekazała narzędzia pracy (łodzie rybackie)

- Obecnie Caritas Polska realizuje 6 projektów pomocowych na Haiti

- Trwają zaawansowane prace w odbudowie placówek edukacyjno-opiekuńczych (szkoły z internatem), prowadzonych przez lokalne zgromadzenia zakonne. Na ten cel przeznaczono 12 871 620 zł

- 6,8 mln zł Caritas Polska przeznaczyła na walkę z głodem wśród mieszkańców tzw. Rogu Afryki

- Caritas pomaga głodującym dzieciom w Etiopii, Kongo, Kamerunie

- Obecnie uczestniczy w budowie studni głębinowych w Kamerunie i Czadzie

- Na pomoc humanitarną dla Japonii Caritas Polska przekazała 4,3 mln zł

- Od wielu lat Caritas pomaga ubogim na Białorusi, Litwie, Rosji i Kazachstanie

- Caritas Polska w poprzednich latach pomagała finansowo w Strefie Gazy, Gruzji, Afganistanie, Iraku

Pomoc Kościoła za granicą

Katolickie organizacje charytatywne przeznaczają na działalność dobroczynną ogromne sumy pieniędzy nawet w samych USA.

Oto lista katolickich organizacji oraz ich wydatków na działalność dobroczynną. Przykład z 2010 roku:

- Catholic Charities USA (amerykańska Caritas), $793,815,584
- American Lebanese Syrian Associated Charities/St. Jude Children’s Research Hospital, $659,370,821
- Catholic Relief Services, $294,287,000
- University of Notre Dame, 221,615,902
- Catholic Medical Mission Board, $177,207,054
- Christian Appalachian Project, (Ky.), $131,586,590
- Father Flanagan Boys’ Home (Neb.), $130,737,000

- Boston College, $120,537,000
- St. Mary’s Food Bank (Ariz.), $119,703,302
- Georgetown University, $90,858,000
- Catholic Healthcare West (Calif.), $86,286,000
- Marquette University, $60,461,194
- Covenant House, $51,195,438
- Villanova University, $43,483,000


Pierwsza organizacja na liście, czyli Catholic Charities USA (odpowiednik polskiej Caritas) jest na 10 miejscu zestawienia 400 najpotężniejszych organizacji charytatywnych w USA.

Afryka

Według danych na koniec 2011 r., Kościół katolicki prowadzi w Afryce:

- 1284 szpitali
- 5398 przychodni
- 211 domów dla trędowatych
- 615 domów dla starców i niepełnosprawnych
- 3232 centrów rehabilitacji społecznej
- 1435 sierocińców
- 2010 żłobków
- 14379 przedszkoli
- 35821 szkół podstawowych
- 11882 szkół średnich


Powyższe dane podaję za:
Aleteia.pl - https://pl.aleteia.org/2018/01/14/kilka-tysiecy-dziel-dla-kilku-milionow-ludzi-charytatywna-dzialalnosc-kosciola/
sredniowieczny.pl - http://sredniowieczny.pl/dzialalnosc-charytatywna-kosciola-katolickiego/

* * *

A przecież nie trzeba dodawać, że to wszystko kosztuje. 897 placówek służących osobom bezdomnym w samej tylko Polsce nie finansuje państwo, to instytucje prowadzone i utrzymywane przez Kościół, czasem tylko dofinansowywane przez państwo. Nikt tych pieniędzy nie wyczarowuje, nie ma kościelnych matryc do ich produkcji. Kościół przeznacza na to własne posiadane pieniądze, a tam, gdzie to nie wystarcza (czyli wszędzie, bo bogactwo Kościoła jest mitem wyznawanym tylko przez słabo zorientowanych; to "bogactwo" służy właśnie tym celom, o którym jest post, a reszta środków idzie na utrzymywanie parafii, struktur kościelnych, finansowanie uczelni i tym podobnych rzeczy) robi się zbiórki. Krytycy Kościoła nie mają zazwyczaj okazji usłyszeć co drugą lub trzecią niedzielę w kościele na co przeznaczona będzie właśnie zbiórka pieniędzy z "tacy", na potrzeby jakiej szkoły lub przychodni w Afryce, lub której jadłodajni w ich mieście albo rodzin poszkodowanych przez powódź, ponieważ najzwyczajniej do tego kościoła nie zaglądają. Karmienie się mitami i wyssane z palca informacje wrzucane na fora zupełnie im wystarczają, aby uzyskać wiedzę o poczynaniach "opływającej w złoto czarnej mafii".
Caritas zbiera, zbierają siostry ↩ udające pingwiny, bo każdy sposób jest dobry, aby móc stworzyć dzieło pomocy lub nie pozwolić, by zamknięto ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci, zbiera się też na te same cele poprzez "tacę", wtedy, gdy biskup tak poleci, a parafie jakoś dadzą radę przez tydzień się utrzymać i opłacić światło czy podgrzewane podłogi w kościołach zimą. Zbiera się, bo tak, jak wspomniałem, w Kościele nie produkuje się pieniędzy, a skądś je brać trzeba jeśli chce się prowadzić domy dla samotnych matek czy utrzymać przyklasztorny internat/szkołę dla młodzieży z rozbitych rodzin lub opłacić prąd za salki, w których zbiera się młodzież w ramach spotkań wspólnot i stowarzyszeń. "Taca" to datki wierzących dla wierzących, dobrowolne, nikt nie musi wrzucać do koszyka 2 lub 5zł jeśli uważa, że świątynię powinno się zamknąć, a spotkania młodzieżowych wspólnot to niepotrzebna zbieranina. Tym bardziej nikt nie żąda, ani nawet nie oczekuje ofiar od niewierzących.

Niedawno w "Sprawie dla reportera" E. Jaworowicz były dwie rodziny, dla których Caritas zebrała po 200 tys. złotych dla każdej, bo takie były potrzeby tych rodzin i skala problemów. To nie były instytucje, ani potrzeby związane z organizacją kiermaszu kościelnego, to były dwie konkretne rodziny i miesiące zbiórek wyłącznie na ten cel, niezwiązany z interesami Kościoła. 400 tys. zł nie spływa z nieba, nawet gdy są wymodlone przez rzesze sióstr lub czuwania w tej intencji.

Dla niektórych te liczby to pewnie mało. Najpewniej dla tych, którym kupienie raz na kilka miesięcy bułki zaczepiającemu ich bezdomnemu, z obawy, aby nie kupił sobie napoju z procentami, wystarczy do dobrego samopoczucia, i których na trzy bułki i gratisową maślankę dla tego bezdomnego stać tylko wtedy, gdy dostali niespodziewanie premię i nie odczują uszczerbku, lub gdy zostało im nieco reszty po zakupach książek w Empiku, oczywiście dotyczących kultury wysokiej. Tu właśnie jest miejsce, aby nie bronić się przed zarzutami ze strony takich osób, to nie są ci niewinni i zainteresowani prawdą, którzy byli motywacją do powstania tego posta.

* * *

Dodatek (z 2020 r., późniejszy niż większość poniższych, przedstawiony jako pierwszy, aby krytycy Kościoła nie przeoczyli tej informacji): Georgetown University w USA ogłosił właśnie, na podstawie przeprowadzonego raportu, że 
Kościół katolicki jest największą organizacją charytatywną na świecie. Żadna organizacja na świecie nie wykonuje większej pracy w dziedzinie edukacji, opieki zdrowotnej i zwalczania ubóstwa niż Kościół katolicki. 

Dodatek 2: Dziś, 11.03.2018, kilka dni po wybuchu w kamienicy poznańskiej, w którym zginęło 5 osób, w kościołach zbiera się pieniądze dla poszkodowanych, a Caritas od razu po katastrofie rozpoczęło specjalną zbiórkę na ten cel. Do dnia 05.03, czyli przez jeden dzień (wybuch miał miejsce 04.03), Caritas zebrał 50 tys. złotych, do dnia następnego (06.03) zebrał kolejne 70 tys. zł., a zbiórka cały czas ma miejsce.
Kto, poza jednorazowym zasiłkiem w wysokości 1,5 tys. na osobę udzieloną przez Państwo, zbiera jeszcze poza Kościołem pieniądze dla ten cel i organizuje na różne sposoby pomoc dla poszkodowanych? Jakie organizacje humanistyczne lub stowarzyszenia racjonalistyczno-ateistyczne?
Zanim Caritas uruchomił zbiórkę pieniędzy, do siedziby Caritasu można było przynosić produkty pierwszej pomocy i ubrania, których było tak dużo, że Caritas wstrzymał zbiórkę ubrań. Poza Caritasem tylko szkoła podstawowa, do której chodzą dzieci z poszkodowanej kamienicy, umożliwiła przynoszenie produktów pierwszej pomocy.

Może więc naprawdę osoby, które tak łatwo przypisują Kościołowi skąpstwo, bogactwa i pasożytnictwo na głupich wiernych, powinny coś zmienić w swoim postrzeganiu? Wydaje się, że nie potrzeba do tego specjalnych uzdolnień, wystarczy prawość, dobra wola i sprawny umysł.

Dodatek 3. Tu przykład jednej z setek takich inicjatyw, kilkunastoletniej już, o których mowa była w tym poście, dobrowolnych przecież, na które siostry czy ludzie Kościoła sami wpadają, bo mogłyby przecież robić różańce lub piec ciasta w tym czasie, aby z tego się utrzymać (niektóre siostry robią różańce i pieką ciasta, a pieniądze z tego przeznaczają właśnie na pomoc potrzebującym). Robią jednak coś innego i takich sióstr, braci i wspólnot świeckich jest w Kościele bardzo dużo, wystarczy się do niego nieco zbliżyć, żeby to wszystko zobaczyć: misja dworcowa

Dodatek 4. Jeśli ktoś wie o jakiejś instytucji prowadzonej przez niewierzących lub wyznawców innej religii, której główny gmach lub centralna cześć przeznaczona dla kultu religijnego byłaby zagospodarowana na potrzeby bezdomnych, tak jak ma to miejsce w katolickim kościele w San Francisco, proszę o zostawienie komentarza: bezdomni w zimie

Dodatek 5. Oczywiście zawsze można skwitować takie sytuacje jako wyjątkowe i rzadkie, jednak jeśli jest choćby kilka takich osób wśród hierarchów watykańskich (przypomnę, że chodzi o arcybiskupa), to nadużyciem i niesprawiedliwością jest już uogólnianie, że cały Watykan jest zimną machiną do robienia interesów (zwłaszcza jeśli przez ten "Watykan" rozumie się cały Kościół, o "skąpstwie" którego jest ten post):  link
Tu inny objaw egoizmu i niewrażliwości na ludzką biedę tego Watykanu: link

Tak zaś Watykan natychmiast zareagował na zniszczenie Bejrutu (dopisane w 2020) - 250 tys. euro na odbudowę miasta i pomoc poszkodowanym.

Caritas Polska jako jedna z pierwszych udzieliła pomocy Bejrutowi - 100 tys. zł i uruchomiona zbiórka na dalszą pomoc.

A tutaj bilans finansowy Watykanu za rok 2019 (dopisane w 2020): przychody 307 mln euro, wydatki 318 mln - czyli 11 mln na minusie. Wydatki dotyczą m.in. udzielania pomocy krajom i rejonom świata znajdującym się w trudnej sytuacji lub doświadczających różnego rodzaju klęsk.

Dodatek 6. Tu inny przykład egoizmu ludzi Kościoła i ich obojętności na losy ludzi w trudniejszej sytuacji: 65 tys. osób w 70 krajach

Dodatek 7. Tu jeszcze inny przykład pracy, której poza duchownymi lub wierzącymi często nikt inny nie wykonuje, lub nie ma aż takiej motywacji do walki o nią: link

To tylko przykłady dobrowolnych, powstałych spontanicznie lub systemowo, inicjatyw Kościoła wobec ubogich i potrzebujących, których w skali świata są tysiące.