Wiara jest zaufaniem temu, co do czego mam powód wierzyć, że jest prawdziwe. (J.P. Moreland)

Wiara religijna i zabobon są czymś całkowicie różnym. Drugie wypływa z lęku
i jest rodzajem fałszywej nauki. Pierwsze jest ufnością. (L. Wittgenstein)

W sytuacji niepewności poznawczej, w jakiej znajduje się człowiek odnośnie istnienia Boga, bardziej racjonalnym jest
- w świetle posiadanych racji za i przeciw - a także bardziej owocnym społecznie i egzystencjalnie (dla ludzkich zbiorowości,
jak i dla wzrostu moralno-duchowego jednostki) opowiedzieć się za Jego istnieniem i podjąć ryzyko wiary.
Wielkie, wiarygodne i ważkie aksjologicznie idee wymagają bardzo silnych racji, aby mogły zostać odrzucone.
Ateizm nie posiada silnych i spójnych racji podważających teizm (wiarę w osobowego Boga), jest też jednym z najsłabiej filozoficznie
uzasadnionych światopoglądów, tym samym opowiedzenie się za teizmem jawi się jako akt bardziej spójny intelektualnie
i właściwszy moralnie.
(przekonanie własne)

czwartek, 15 lutego 2018

Indeks Ksiąg Zakazanych

Poniższy post stanowi fragment książki Marka Piotrowskiego "Kościół oskarżony", będącej odpowiedzią na listę zarzutów antykatolickich krążącą niegdyś w sieci, oraz zawiera dane z artykułu ks. Rajmunda Pietkiewicza „Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Biblii?”.

* * *

Zarzut: Lata 1545-1563. Na Soborze Trydenckim utworzono Indeks Ksiąg Zakazanych, który przez 400 lat będzie krępował wolność myśli, sumienia i naukę.

Bezpośrednią przyczyną powstania indeksu było wydanie zafałszowanych przekładów Pisma Świętego, "naciąganych" pod naukę różnych nowych grup religijnych. Zdarzało się, że "niewygodne" fragmenty zmieniano lub po prostu opuszczano.
Drugim powodem pojawienia się indeksu był fakt, iż protestanci uczynili z wydawnictw narzędzie propagandy i Kościół łudził się, że będzie w stanie powstrzymać powódź kłamstw metodami administracyjnymi. Indeks zawierał także - o czym niechętnie się dziś wspomina - wydawnictwa pornograficzne oraz wróżbiarskie i magiczne (1).

Czy indeks był dobry i potrzebny? Z naszego dzisiejszego punktu widzenia - chyba nie. Uważamy, że taki sposób ograniczania "potężnej powodzi skażonych ksiąg" jest nie tylko nieskuteczny, ale i wątpliwy moralnie; co więcej, sam ma skłonność do wynaturzania się. Bywało, że na listę wpisywane były "na wszelki wypadek" książki pożyteczne, które absolutnie nie powinny się tam znaleźć - choćby kopernikańskie dzieło "O obrotach sfer niebieskich" (2) (nawiasem mówiąc, wcześniej wydane z imprimatur Kościoła!).

Z drugiej strony na indeksie znalazło się bardzo wiele pozycji rzeczywiście szkodliwych (np. wspomniane w odpowiedzi na zarzut 153 dzieło Juana de Sepulveda dowodzącego, iż Indian należy zmuszać siłą do chrztu i wolno ich traktować jak przeznaczonych do niewolnictwa).

Indeks jest dość typowym przykładem kontrowersyjnego (z dzisiejszego punktu widzenia) działania, powziętego ze szlachetnych pobudek. Pewne światło może na nie rzucić fragment przedmowy do Indeksu: 
"(...) Nie należy utrzymywać, że zakaz dotyczący szkodliwych druków jest naruszeniem wolności, kampanią przeciwko prawdzie, oraz że Indeks jest wystąpieniem przeciw erudycji i nauce. (...) Ateistyczne i niemoralne książki są często pisane ujmująco, poruszają tematy pobudzające żądze cielesne, zarozumiałość ducha i zawsze są pomyślane jako ziarno zepsucia w umysłach i sercach czytelników, przez swą chwytliwość; dlatego Kościół, jako troskliwa matka, strzeże wiernych przez stosowne zakazy, ażeby nie przykładali warg do kielicha z trucizną. Nie z lęku przed światłem Kościół zabrania czytania pewnych książek, ale z ogromnej gorliwości, rozgorzałej dzięki Bogu, nie toleruje utraty dusz wiernych, nauczając, że człowiek upadły z pierwotnej prawości, ulega silnej skłonności do zła, a więc znajduje się w potrzebie opieki i ochrony (...)".
 Warto zwrócić uwagę, że przecież i dziś nie pozwalamy na publikację pewnych książek: pornografii dziecięcej i zwierzęcej, wydawnictw propagujących narkotyki czy zbrodnicze ideologie (parę lat temu proces miało w Polsce wydawnictwo usiłujące skierować do księgarń edycję Mein Kampf Adolfa Hitlera). Współczesny, świecki indeks, zabrania publikacji książek negujących Holokaust (a nawet kwestionujących jego skalę), propagujących systemy totalitarne, a nawet...godzący w interesy niektórych firm (patrz: casus filmu Witajcie w życiu o firmie Amway). Indeks powstał z dokładnie tych samych pobudek; może tylko w średniowieczu nieco inaczej ludzie patrzyli na to, co jest skrajnie szkodliwe (a może tylko poważniej traktowali swoją wiarę?).

W XIX i XX wieku rola indeksu sprowadziła się faktycznie do roli ostrzeżenia przed wydawnictwami zawierającymi szkodliwe treści (i tak jest do dziś - indeks istnieje jako ostrzeżenie. Jest na nim np. wspomniane Mein Kampf).

Na koniec warto dodać, że łatwo Kościołowi czynić zarzut, gdyż to, co robił, było bardzo formalne; indeks był publicznie dostępny i znany, sprawa - choć z naszego dzisiejszego punktu widzenia nie do przyjęcia - była jasna i przejrzysta.
Inaczej było w kręgach protestanckich; tam cenzura zależała od fanaberii tego, który akurat miał władzę i następowała doraźnie (3). Co więcej, protestanci zakazywali wydawania nie tylko dzieł "papistów", ale i konkurencyjnych wyznań (np. luteranie wycinali dzieła kalwińskie i odwrotnie).

* * *

I jeszcze fragment odpowiedzi na inny zarzut w prezentowanej książce, dotyczący tego samego tematu:

"Zgodnie z American Library Association od 1982 r. w liberalnych USA zakwestionowano rozpowszechnianie ponad 11 tys. książek z powodu ich potencjalnej społecznej szkodliwości. I, choć podobnie jak w przypadku Indeksu Ksiąg Zakazanych, z pewnością niektóre pozycje zostały oprotestowane "na wyrost", a sama procedura budzi wiele (często słusznych) protestów (4), ta sama zasada eliminacji dzieł niebezpiecznych jest chyba słuszna.
Inna rzecz, że w dobie internetu wszelkie uregulowania prawne, podobnie jak kiedyś Indeks, tracą powoli praktyczne znaczenie."

Za: Marek Piotrowski, Kościół oskarżony; Ikona 2016.


Ks. Pietkiewicz dodaje, że na Indeksie znalazły się tylko wydania Biblii heretyckich oraz przekładów katolickich nie posiadających zgody Stolicy Apostolskiej.
Stary Testament tłumaczony przez niekatolików mogli czytać katolicy wykształceni i pobożni za zezwoleniem biskupa, zabraniano korzystać tylko z niekatolickich tłumaczeń Nowego Testamentu.
Można było czytać Biblię w językach narodowych za zgodą biskupa lub inkwizytora, po uprzednim zasięgnięciu rady u proboszcza lub spowiednika.

Niektóre wydania Indeksu zawierały oprócz ksiąg zakazanych listę dzieł polecanych do czytania. Były na niej wydania Biblii w językach oryginalnych, różne wersje Wulgaty (obowiązujące oficjalnie i w liturgii łacińskie tłumaczenie Pisma św.) oraz Biblie w językach narodowych.

Za: Rajmund Pietkiewicz, „Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Biblii?” (pdf dostępny w sieci).
 
___________________________________________________________

Przypisy:

(1) "Należy całkowicie odrzucić wszelkie książki i pisma zajmujące się geomancją, hydromancją, aeromancją, piromancją, onejromancją, chiromancją, nekromancją, a również te, w których znajdują się przepowiednie, czary, wróżby, wyrocznie, zaklęcia magiczne. Biskupi zaś niech starannie czuwają nad tym, aby nie były czytane ani posiadane książki, traktaty, tablice astrologiczne (...)". Pius IV, Dominici gregis custodiae, podaję za o. J. Salijem.

(2) Co prawda zostało tam umieszczone jedynie do czasu wprowadzenia kilku korekt.

(3) W czasie, gdy Kalwin praktycznie rządził Genewą, w mieście ustawiono szubienicę z napisem "Dla każdego, kto będzie źle mówić o Kalwinie". Reformator czuł się upoważniony do takich działań jako specjalnie namaszczony (pisał: "Jako, że Bóg zechciał mnie uwiadomić, czym jest dobro i czym jest zło, przeto muszę postępować wedle tej miary..."). Nie była to jedynie teoria - Michał Servet, który ośmielił się skrytykować tezy zawarte w dziełach Kalwina, został spalony. Kalwin osobiście dopilnował ułożenia drewna w ten sposób, aby śmierć ofiary nie nastąpiła zbyt szybko; faktycznie, palony Servet krzyczał przez dwie godziny, zanim umarł.

(4) Protestują między innymi zwolennicy wolności badań naukowych.

środa, 14 lutego 2018

Czy cesarz Konstantyn ustanowił kanon Pisma Św.?

Nie trzeba przekonywać, że w środowiskach antychrześcijańskich i antyklerykalnych wiedza na temat doktryny, historii Kościoła, a nawet jego działalności charytatywnej współcześnie (co przecież najłatwiej zweryfikować) jest na głęboko zawstydzającym poziomie. Osoby nieprzychylne Kościołowi lub religii w ogóle najczęściej nie zadają sobie w ogóle trudu weryfikacji stawianych przez siebie tez. Do tego potrzebna byłaby motywacja związana najzwyczajniej z poszukiwaniem prawdy, a ten motyw jest niezwykle rzadki u wspomnianych osób. Prawie zawsze chodzi o coś innego. Ludzie ci pozorują publicznie oburzenie z powodu jednostkowych występków osób duchownych i sprawiają wrażenie etycznie wrażliwych oraz neutralnie nastawionych poszukiwaczy prawdy, podczas gdy w rzeczywistości wyłapywanie skandali w Kościele stało się ich hobby i stanowi wyłącznie pretekst do zaprezentowania antychrześcijańskich i antykatolickich poglądów przyjętych dużo wcześniej, zanim jeszcze zainteresowali się jakąkolwiek prawdą.

Po tym wstępie, wynikłym ze świeżości ostatniego spotkania z opisywanymi sytuacjami, chciałbym wrócić do tematu. Będzie krótko.

Jednym z tych licznych mitów antychrześcijańskich i antykatolickich, powtarzanych bezmyślnie bez najmniejszej choćby próby weryfikacji (Kod Leonarda da Vinci całkowicie zadowala współczesnych intelektualistów) jest taka np. teza, powtarzana na forach internetowych, portalach antyreligijnych, społecznościowych oraz blogach:

to cesarz Konstantyn na soborze nicejskim w 325 r. ustanowił kanon Pisma Św. (oczywiście zupełnie dowolnie i autorytarnie, ponieważ dzięki władzy mógł to zrobić).
Na soborze nicejskim zajmowano się wieloma sprawami, ale nie znalazł się wśród nich temat 4 Ewangelii. Sobór Nicejski I z roku 325 przez cały czas trwania (7 dni) w ogóle nie poruszył sprawy kanonu Pisma Św. Po prostu na tym soborze nie zajmowano się nim.

I już? Tak, właśnie tyle wystarczy do zweryfikowania rewelacji krążących w niezliczonych tekstach internetowych i książkach. Taki jest poziom wiedzy i uczciwości intelektualnej reprezentowany przez tych, którzy pogardzają "ciemnogrodem katolskim", ponieważ są w posiadaniu prawdziwego, niezależnie zdobytego poznania, pomagającego im uniknąć indoktrynacji, zafałszowań i mentalnego zniewolenia. Nie zostaje nic innego jak pogratulować zdobytej z takim trudem i osobistym zaangażowaniem wiedzy, nie zapominając o szlachetnych motywach tych poszukiwań, kierowanych wyłącznie silnym pragnieniem dotarcia do prawdy.

Tutaj można sprawdzić czym zajmował się Sobór Nicejski I i jakie kanony ustalił.


poniedziałek, 12 lutego 2018

Czy ateiści są bardziej hojni i filantropijni niż ludzie wierzący?

Zamiast pisać na powyższy temat od siebie, przytoczę w całości rozdział pod takim samym tytułem z książki Thomasa D. Williamsa "Większy niż myślisz", będącej polemiką z tezami czołowej czwórki przedstawicieli nowego ateizmu. Autor jest teologiem związanym z Uniwersytetem Regina Apostolorum w Rzymie oraz watykanistą stacji CBS News, konsultuje i komentuje problemy wiary, etyki i religii dla kilku sieci telewizyjnych, w tym NBC News i Sky News.

Książkę cytuję w związku z badaniami dotyczącymi zachowań altruistycznych u dzieci, których wyniki nie są korzystne dla dzieci wychowywanych przez religijnych rodziców. Nie przestaje zadziwiać jak łatwo ludziom niereligijnym wykorzystać taki wynik jako pretekst do postawienia bezdyskusyjnej, "naukowo potwierdzonej tezy", że wychowanie religijne patologizuje dorastających ludzi i wykorzenia z nich wszelką naturalną empatię, która w wieku dorosłym przeradza się w okrucieństwo i bezduszność (to nic, że 5,5 tys. dzieł charytatywnych będących owocem działalności 800 pomocowych organizacji katolickich w samej tylko Polsce jest prowadzonych przez te "potwory", wyzute przez indoktrynację religijną z elementarnych cech ludzkich <tylko tych pozytywnych oczywiście, te drugie mają się nieźle, a nawet bujnie się rozwinęły>). Nie dziwi to już jednak tak bardzo, jeśli zauważy się, że te same osoby słysząc np. o księdzu, który niestosownie zachował się na pogrzebie, którego udzielał, mówią lub piszą natychmiast po przeczytaniu o tym w sieci tonem nieznoszącym sprzeciwu "to charakterystyczne dla ludzi Kościoła" lub "typowe zachowanie umysłów wyprodukowanych przez Watykan". Jakość podobnych tez i wypowiedzi, ich uczciwość intelektualna, "rzetelność" i "obiektywność" odsłaniają całkowicie pozanaukową i pozamerytoryczną motywację tych "poszukiwaczy prawdy", którzy "prawdę stawiają ponad interes własny i denominację", jak lubią o sobie myśleć, dlatego nie mają problemu np. ze zmieszaniem z błotem dyrekcji korporacji i jej 600 pracowników, dlatego że portier przy wejściu do gmachu centrali nie był dla nich miły lub nazwać przewlekłymi i niereformowalnymi hipokrytami kilka tysięcy pracowników organizacji Lekarze Bez Granic dlatego, że u jednego z nich znaleziono w laptopie dziecięcą pornografię. Kieruje tymi ludźmi wyłącznie troska o wspomnianą prawdę, której nadają walor moralny, dlatego chętnie i od ręki, z nieodłącznym oburzeniem kogoś, kogo nie imają się słabości (a jeśli już, to jest to zbyt obszerna beza), raczą bliźnich poznaniem, które reszcie świata umyka. Zwłaszcza "ciemnym masom zindoktrynowanych religiantów". Ale wystarczy, taka druzgocąca krytyka i szlachetność motywacji kierującej tymi "światłymi" (przydomek nadany ateistom przez Dawkinsa i Dennetta) powinna zamykać usta osobom takim jak autor tego posta, dlatego oddaję głos komuś innemu.
Książkę polecam w całości, ponieważ jest udaną, choć syntetyczną, okrojoną do minimum, polemiką z popularnymi tezami ateizmu (w rzeczywistości mitami lub zafałszowaniami).

"Mówiąc o wpływie, jaki na ludzi wywiera religia, ateiści chętnie pomijają milczeniem kwestię działalności dobroczynnej. Wszystko, na co potrafi się zdobyć Christopher Hitchens to dość mglista i subiektywna uwaga, iż żadne dane statystyczne nigdy nie będą w stanie wskazać, że ateiści "popełniają większą liczbę przestępstw wiążących się z zaborem mienia i przemocą niż ludzie wierzący". Powodem, dla którego ateiści starannie unikają pytania o szczodrość, są wyniki badań, wskazujące na gigantyczną różnicę w tej kwestii między ludźmi wierzącymi a niewierzącymi. Nie wzbudzi naszego zdziwienia fakt, że owa różnica wypada na korzyść ludzi religijnych.

Jak wspomniałem (w poprzednim rozdziale autor podał wyniki tych samych badań dotyczące poczucia szczęścia u wierzących i niewierzących, również niekorzystne dla tych drugich; cytuje też inne badania z 2004 roku), w 2000 r. naukowcy z uniwersytetów amerykańskich oraz Ośrodek Badania Opinii Publicznej Roper przeprowadzili zakrojone na szeroką skalę standaryzowane badania nad kapitałem społecznym (Social Capital Community Benchmark Survey - SCCBS), zbierając trzydzieści tysięcy wywiadów od respondentów z pięćdziesięciu gmin w całych Stanach Zjednoczonych. Badanych pytano o ich "zachowania obywatelskie", włączając w to angażowanie się w działalność charytatywną i wolontariat w roku poprzedzającym badania. (1)

Analizując te dane, profesor Arthur C. Brooks z Uniwersytetu Syracuse podzielił respondentów na trzy grupy. Osoby, które przyznawały się do obecności na nabożeństwach co najmniej raz w tygodniu, znalazły się w grupie "religijnej". Jej liczebność wyniosła 33 procent badanej populacji. Tych, którzy uczestnictwo w obrzędach religijnych deklarowali rzadziej niż kilka razy w roku lub też otwarcie przyznawali się do odrzucenia religii, nazwał grupą "zsekularyzowanych". W jej skład weszło 26 procent badanych, co oznaczało, że grupa osób praktykujących nieregularnie liczyła pozostałe 41 procent. (2)

Brooks stwierdził, że rozbieżności pomiędzy grupą "religijną" i "zsekularyzowaną" są ogromne. Prawdopodobieństwo, że ludzie religijni przeznaczą pieniądze na jakiś cel dobroczynny, jest wyższe o 25 procent niż w grupie osób indyferentnych religijnie (91% wobec 61%), a w przypadku udziału w wolontariacie proporcja ta wynosi odpowiednio 67% i 44% (różnica - 23 punkty procentowe). Przekładając to na pieniądze, rocznie wypada więc średnio 2210 dolarów amerykańskich w przypadku osoby wierzącej, w porównaniu do 642 dolarów w przypadku osoby niereligijnej. 

Jeśli chodzi o ilość godzin przeznaczonych na wolontariat, ludzie wierzący decydowali się na działalność społeczną średnio 12 razy rocznie, podczas gdy ochotnicy niewierzący średnio 5,8 razy. Oznacza to, że osoby religijne, których jest w populacji 33%, dają 52% wszystkich datków, a ich czas poświęcony na wolontariat stanowi 45% ogólnego wymiaru działalności społecznej. Ludzie zsekularyzowani stanowią 26% populacji, ale ich udział finansowy we wsparciu różnych projektów wynosi 13%, a ilość czasu przeznaczonego na wolontariat - 17% ogółu. (3)
Co ciekawe, dane te wskazują, że czynnikiem decydującym o tym, czy ktoś będzie mieć skłonność do działań na rzecz dobroczynności, nie jest jakaś jedna konkretna religia, lecz raczej stopień zaangażowania religijnego danej osoby. Dla ilustracji: pośród tych, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach, datki na cele charytatywne daje 92% protestantów, 91% katolików, 91% Żydów oraz 89% przedstawicieli innych religii. (4)

Kolejny istotny wynik omawianych badań wiąże się z zachowaniami społecznymi dotyczącymi akcji charytatywnych, które nie są nakierowane na cele religijne. Okazuje się, że osoby wierzące odznaczają się większą niż osoby zsekularyzowane szczodrością, jeśli chodzi o finansowanie także pozareligijnych projektów. Akcje, które nie są związane z celami wyznaniowymi, wspiera finansowo 68% ogółu społeczeństwa (a 51% poświęca się wolontariatowi), przy czym ludzie religijni chętniej dają na nie swoje pieniądze niż ludzie niereligijni (71% wobec 61%); jest ich też o 21% więcej niż osób zsekularyzowanych jeśli chodzi o wolontariat (odpowiednio 60% wobec 39%). 
I dalej: prawdopodobieństwo, że osoba religijna będzie angażować się na rzecz swojej dzielnicy i społeczności lokalnej jest o 7 punktów procentowych wyższe niż w przypadku ludzi indyferentnych religijnie; o 20% wyższe, jeśli chodzi o pomoc dla osób biednych i starych oraz o 26% wyższe w działalności wspierającej szkołę i młodzież. W każdej z tych kategorii bez wyjątku praktykowanie religii wiąże się w sposób bezpośredni z hojnością, z chęcią oddawania swego czasu i swoich pieniędzy innym. (5)

Wyniki te mogą budzić zdziwienie jedynie u kogoś z głęboko zakorzenionym uprzedzeniem wobec religii (tak, to ci "szlachetni" z mojego wstępu - przyp. autora bloga). Nawet deista Wolter, który przyjacielem chrześcijaństwa nie był, przyznał jednak, że religia przynosi społeczeństwu ogromne korzyści, jeśli chodzi o zorganizowaną dobroczynność: "Nie ma chyba nic wspanialszego na ziemi niż poświęcenie młodych i pięknych, często wysokiego urodzenia i słabej płci, aby pracować w szpitalach dla ulżenia ludzkiej nędzy, który to widok jest tak dla naszej wrażliwości poruszający. Ludy nie znający religii rzymskiej (rzymskokatolickiej - przyp. moje) starają się dobroczynne te dzieła naśladować, lecz dalece niedoskonale". (6)

Swoją pogłębioną analizę związków działalności charytatywnej z wiarą profesor Brooks kończy refleksją na temat wychowawczego oddziaływania religii w tym względzie:
W świątyniach naucza się wiernych, że mają wypływający z religii obowiązek dawania i że człowiek ma potrzeby zarówno fizyczne, jak i duchowe. Mówiąc wprost, ludzie znacznie częściej uczą się, czym jest dobroczynność właśnie we wnętrzach kościołów, synagog, meczetów - a nie poza nimi. Jeśli postawa dzielenia się jest rzeczywiście zachowaniem wyuczonym, to świątynie są zapewne jednym z tych miejsc, gdzie można się jej (szczególnie efektywnie) nauczyć. (7)
Argumentacja pisarzy antyreligijnych bazuje niemal wyłącznie na anegdotach; w ten sposób pragną oni formułować twierdzenia wrogie religii. Dowodząc wyższości ateizmu nad wiarą w Boga, przedstawiają nam nanizane na sznurek obrazki wszelkiego zła - jakie ich zdaniem popełniono w imię religii - w nadziei, że wszystkie te straszne historie zniesmaczą czytelników na tyle, by odwrócili się od religii na dobre. Jednak tam, gdzie w grę wchodzą rzetelne statystyki porównujące postawy ludzi wierzących i niewierzących, zawsze faworyzują one tych pierwszych. Niezależnie od tego, czy mówimy o ogromie zła i rozlewie krwi, za które odpowiedzialne są ateistyczne reżimy (autor zajmuje się tym we wcześniejszych rozdziałach), czy o hojności i działalności charytatywnej osób religijnych, czy też po prostu o szczęściu, jakie daje wiara - religia za każdym razem bije ateizm na głowę. Sam ów fakt powinien dać każdemu bezstronnemu obserwatorowi wiele do myślenia."

Za: Thomas D. Williams, "Większy niż myślisz. Teolog odpowiada na pytania ateistów", wyd. Jedność 2012; oryg. wyd. - New York, 2008.

_________________________________________________

Przypisy:

(1) http:/www.cfsv.org/communitysurvey/ (strona wydaje się obecnie nie działać, za tę informację podczas rozmowy na forum internetowym jej autor został nazwany kłamliwym i nieuczciwym religiantem ("jak każdy wierzący"); osobie zainteresowanej jej uczciwość nie pozwoliła poczekać na dokończenie cytowania źródeł przeze mnie i uznała w swojej bezstronności, że badania przeprowadził zapewne jakiś hochsztapler podobny do mnie, którego wiarygodności nawet nie warto sprawdzić)

(2) A. C. Brooks, Religious Faith and Charitable Giving, "Policy Review", 212 (2003), s. X-XI.

(3) tamże.

(4) tamże.

(5) tamże.

(6) Wolter, cytat za M. Davies, For Altar and Throne: The Rising in the Vendee, MN: Remnant Press, St. Paul 1997, s. 13.

(7) A. C. Brooks, Religious Faith..., artykuł cytowany powyżej.

czwartek, 4 stycznia 2018

Nowy Ateizm oraz "rzetelność" Ch. Hitchensa w oczach Davida B. Harta

Trafiłem na dwie recenzje książki Ch. Hitchensa "Bóg nie jest wielki" i obie recenzje to w rzeczywistości lista błędów lub zafałszowań, jakich dopuszcza się jeden z czterech jeźdźców ateizmu. David B. Hart, teolog prawosławny, w artykule "Moda na ateizm", opublikowanym w czasopiśmie dominikańskim "Teofil. Dziedziniec pogan", rozprawia się brutalnie z nierzetelnością niewierzącego dziennikarza. Załączam fragmenty artykułu Harta, w którym poddaje on surowej krytyce poglądy nowych ateistów (cięty język przejął od swoich polemistów), przedstawione m.in. w pracy zbiorowej "50 głosów niewiary. Dlaczego jesteśmy ateistami", najobszerniej cytując fragmenty dotyczące książki Hitchensa:

"Wydaje mi się, że jestem bliski stwierdzenia, że cały ruch Nowego Ateizmu jest tylko chwilową modą - nie punktem zwrotnym w kulturze, jak się wydaje jego zwolennikom, ale wyłącznie jednym z okazjonalnych i niewytłumaczalnych rynkowych trendów, które w nieunikniony sposób skończą jak disco, opery mydlane czy The Bridges of Madison County. Bynajmniej nie dzieje się tak, dlatego że dzisiejszy "rynek idei" jest szczególnie wyspecjalizowany w oddzielaniu mądrych argumentów od głupich. Ale ostatni trend w kierunku pewnego typu bezbożności, jak mi się wydaje, do tej pory okazał się tak banalny, moralnie i intelektualnie, że może być zakwalifikowany jako forma lekkiej rozrywki, a kultura masowa prędzej czy później zawsze męczy się swoją ofertą i przejdzie do innych, równie ulotnych, zabawek.

Przyjrzyjmy się chociażby wydanej ostatnio książce: 50 Voices of Disbelief: Why we are Atheists. Należałoby założyć, że kolekcja esejów napisanych przez pięćdziesięciu inteligentnych ludzi, a zarazem gorliwych ateistów będzie zawierać chociażby jeden przekonujący, dobrze zorientowany, moralnie głęboki albo konceptualnie chwytliwy argument za niewiarą w Boga. Oczywiście z taką nadzieją po nią sięgałem. Zamiast tego odszedłem z całkowicie bezbarwnym nagromadzeniem gadaniny i napuszenia, czując raczej, jak gdybym opuścił wielkie przyjęcie, na którym poczęstowano mnie wyłącznie kruszonym lodem i parą wodną.
Szczerze mówiąc, płytkość nie jest równomiernie niezmącona. Niektórzy z pisarzy prezentują taki stopień niepewności, nieporadności w przedstawianiu swoich przypadków, że zasadniczo jakość esejów jest odwrotnie proporcjonalna do aury autorytetu, jaką zdają się roztaczać wokół siebie. (Dwa zdania dalej autor wymienia słabości poszczególnych argumentów, zaczynając od działu "filozofów", cytuję tylko niektóre) (...) M. Tooley nie lubi obrazu Jezusa, który wyłania się z Ewangelii, przynajmniej w jego interpretacji. Ch. Overall wskazuje, że żadna z jej dziecięcych modlitw nie została wysłuchana - ergo Boga nie ma. A.C. Grayling rzuca kilka spośród swoich ulubionych papierowych karykatur. L. Pudry myli histeryczny strach wobec religijnej prawdy z racjonalnym argumentem. G. Oppy precyzuje swoje osobiste credo, które, jak rozumiem, powinno być nie do odparcia, ponieważ ma ponumerowane paragrafy. JJ.C. Smart uważa cuda za nieprawdopodobne z naukowego punktu widzenia (kto by na to wpadł?). I tak dalej. (...)

Naukowcy prezentują się również dość marnie. Między nimi Victor Strenger jest najbardziej lekkomyślnie pewny siebie, ale jego niemożność rozróżnienia opozycji pomiędzy fizycznym czymś a niczym (w sensie "nic jako takie") a logiczną różnicą istnienia i nieistnienia czyni jego argument próżnym. Pisarze z innych dziedzin nie oferują nic więcej. Cudowny Randi, magik, wie, że w świecie jest dużo łatwowierności. Historyk nauki M. Shermer zauważa, że jest bardzo wiele sprzecznych ze sobą systemów religijnych. Dziennikarka E. Tom miała niezrównoważonego katechetę, kiedy była dzieckiem, itd. Prawdopodobnie cały projekt osiąga swoje reductio ad absurdum w momencie, kiedy pisarz science-fiction S. Williams wyjaśnia, że nauczył się odrzucać wszystko, co nadprzyrodzone pod wpływem oglądania serialu Doktora Who.
Ostatecznie książka jako całość nie wnosi absolutnie nic - jak, szczerze mówiąc, wszystkie książki tego typu - i muszę przyznać, że jest to cokolwiek przygnębiające. Wydaje się oczywiste, że niezwykła mdłość literatury Nowego Ateizmu jest po prostu odbiciem mdłości całej publicznej debaty religijnej naszych czasów, po stronie zarówno wierzących, jak i niewierzących. Po części, rzecz jasna, przyczyną są nowoczesne media, które promują tylko fragmentaryczne, pełne sloganów i emocjonalności debaty, ale również dlatego, że całe stulecia narastającej sekularyzacji społeczeństwa pozostawiły nas ze wspólną gramatyką, która być może nie jest już dłużej adekwatna do twierdzeń, jakie stawia refleksyjna wiara i refleksyjna niewiara.

Głównym powodem mojej melancholii jest jednakże moje niewzruszone przekonanie, że najbardziej krzykliwym spośród dzisiejszych niewierzących brakuje odwagi, zmysłu moralnego i głębi intelektualnej właściwych im poprzednikom w niewierze. Moim największym zarzutem wobec nich nie jest ich sceptycyzm czy ateizm; raczej fakt, że w ogóle nie są sceptyczni i kupili tanio swój ateizm, z pewnego rodzaju grubiańską arogancją, która pozwala człowiekowi uważać się za wybitnego stratega, ponieważ jego czołgi zajęły miasteczko zamieszkane przez nieuzbrojonych wieśniaków, albo za wielkiego kochanka z powodu posiadania wystarczającej sumy pieniędzy na skorzystanie z usług domu publicznego. Jak długo ktoś może z wyprzedzeniem planować kolejne podboje, wybierając miejsca najsłabszego oporu, tak długo może uważać się za Casanovę lub Napoleona (albo nawet lepiej: pierwszego bez rzeżączki, drugiego bez Waterloo).
Ale jak długo duch może się delektować tego typu zwycięstwami? I jak długo powinniśmy marnować nasz czas na najzwyklejszą banalność Nowych Ateistów - z ich dziecinnie manichejską wizją historii, brakiem poczucia tragizmu, ich obojętnością na kulturową złożoność moralnych "prawd, nieusprawiedliwionym brakiem ciekawości, ogólnikowym bełkotem o abstrakcyjnej "religii" i absurdalnym optymizmem dotyczącym przyszłości, której oczekują?

Szczerze mówiąc, nie jestem obojętny. Totalna niezdolność współczesnego ateizmu do wyciągania wniosków jest społeczną i duchową katastrofą. Coś olśniewającego i niezastępowalnego odeszło z naszej kultury - jakaś ogromna moralna i intelektualna zdolność, która kiedyś inspirowała bardziej heroiczne akty zarówno wiary, jak i niewiary. Sceptycyzm i ateizm są, przynajmniej w swoich najlepszych przejawach, pełnymi godności, wartościowymi, a nawet koniecznymi tradycjami i nawet najbardziej żarliwi wierzący powinni przyznać, że są one często powodowane moralnym sprzeciwem wobec zła i cierpienia, zepsucia religijnych doktryn, suchych dogmatyzmów i bezmyślnych fideizmów, światowej potęgi wykorzystywanej w imię nadprzyrodzonych dóbr. W najlepszych przejawach niewiary jest coś z moralnej wielkości proroków - głęboki i godny podziwu sprzeciw wobec podstępnych form idolatrii, które zniewalają umysły i usprawiedliwiają nasze najgorsze okrucieństwa.
Prawdziwy sceptyk jest również kimś, kto rozumie, że droga krytycznej podejrzliwości jest czymś innym niż łatwe porzucenie jednej wizji absolutnej prawdy i jej zamiana na inną - powiedzmy, fundamentalistycznego chrześcijaństwa na fundamentalistyczny materializm albo coś mgliście i niewłaściwie nazywanego humanizmem. Hume, na przykład, nigdy nie zamienił jednego dogmatyzmu na inny ani jednej łatwej pewności na inną. Rozumiał, jak radykalne są konsekwencje sceptycyzmu, który promował, i jak godzą one w podstawy nie tylko bezmyślnej wiary, ale i dumnej racjonalności.
Prawdziwie głęboki ateista to taki, który zmierzył się z próbą zrozumienia odrzucanych poglądów w ich najbardziej wyrafinowanej formie i zrozumienia konsekwencji, jakie wypływają z tego odrzucenia. Wśród Nowych Ateistów nie ma ani jednego, o którym można by to powiedzieć, i cały ruch musi jeszcze wciąż podejmować próby stworzenia choć jednej książki lub eseju, które byłyby czymś więcej niż tylko niesmacznie doktrynalną i zdumiewającą ignorancją diatrybą. (...)

(tu opuściłem aż kilka stron, aby przejść do Hitchensa)

Jednakże, aby docenić prawdziwego ducha Nowego Ateizmu i właściwie ocenić jego intelektualną głębię, trzeba zwrócić się do Christophera Hitchensa. Bez wątpienia jest najbardziej krzykliwym wykwitem lekkomyślności Nowego Ateizmu, jak również (nieprzypadkowo) najzabawniejszym, ale uważam to za dowód, że w najmniejszym stopniu ze wszystkich ulega samooszukiwaniu. Jego "God is not great" ("Bóg nie jest wielki" w j. polskim) nie pozostawia najmniejszego cienia wątpliwości, że kiedykolwiek zamierzał stworzyć cokolwiek innego niż tylko luźną parodię bez pretensji do logicznego porządku ani naukowego rygoru. Jego sporadyczne uciekanie się do filozoficznych argumentów świadczy o tym, że nie tylko wypływa na nieznane sobie wody, ale najzwyczajniej nie jest nimi zainteresowany. Jego okazjonalne nawiązania do Hume'a i Kanta dowodzą, że żadnego z nich nie czytał zbyt uważnie. Najwyraźniej wierzy, że Nietzsche, ogłaszając śmierć Boga, miał zamiar dosłownie stwierdzić, że najwyższa istota zwana Bogiem spotkała swój koniec. Tytuł jednego z rozdziałów jego książki brzmi "Metafizyczne postulaty religii są fałszywe", ale nigdzie w tym rozdziale Hitchens nie wspomina, jakie są to postulaty, ani jakie są ich wady.

Co więcej, w warstwie czysto historycznej i tekstowej książka Hitchensa jest tak nieprzeciętnie naszpikowana błędami, że nawet nie chce się ich liczyć (podobnie twierdzi autor innej recenzji w j. polskim, którą niedługo przytoczę na blogu). Wydobądźmy kilka na powierzchnię: mówi o etosie Dietricha Bonhoeffera jako o "godnym podziwu, ale mętnym humanizmie", co mniej więcej równa się stwierdzeniu, że Ghandi był apostołem bezlitosnego podboju i wyzysku słabszych. Miesza fakty z pierwszej i czwartej wyprawy krzyżowej. Przytacza jako fakt dawno obalony mit o tym, że chrześcijanie zniszczyli dzieła Arystotelesa i Lukrecjusza albo że systematycznie palili księgi pogańskiej starożytności, co rzecz jasna jest dokładnym zaprzeczeniem rzeczywistości. Mówi o tradycyjnej wrogości "religii" (cokolwiek by to miało znaczyć) wobec medycyny, mimo iż współczesne szpitale biorą swój początek z monastycyzmu i zaangażowania chrześcijańskich misji w badania medyczne i opiekę nad chorymi, począwszy od IV w. aż po czasy współczesne. Powiada, że niezliczona liczba osób padła ofiarą sporów wczesnego Kościoła wokół uznania, które ewangelie są prawowierne (de facto nikt z tego powodu nie zginął). Twierdzi, że Myles Coverdale i John Wycliffe zostali spaleni żywcem na stosie, mimo iż obaj umarli z przyczyn naturalnych. Zdaje sobie sprawę, że ostatnie dwanaście wersów szesnastego rozdziału Ewangelii wg. św. Marka to późniejszy dodatek, ale wyobraża sobie, że znaczy to tyle, że cały opis Zmartwychwstania również. Informuje nas, że wiadomo powszechnie, iż Augustyn jest autorem mitu Wędrującego Żyda, mimo iż św. Augustyn umarł osiem stuleci przed tym, jak ta legenda ujrzała światło dzienne. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...

Ostatecznie moglibyśmy przymknąć oko na te nieścisłości, gdyby książka Hitchensa prezentowała cokolwiek z grubsza przypominającego argument racjonalny. Przecież to nie lada przedsięwzięcie spojrzeć z pogardą na historię religii, nawet jeśli Hitchens ekstrawagancko myli prawie wszystkie fakty. Żeby jednak być absolutnie uczciwym, muszę przyznać, że nie wiem, co jest głównym argumentem Hitchensa. Nie jest nawet jasne, co rozumie on pod pojęciem "religia". Na przykład opowiada się przeciw obrzezaniu kobiet, co należy pochwalić, ale - niechże mi ktoś to wytłumaczy - co to ma wspólnego z religią? Obrzezanie kobiet jest praktyką rozpowszechnioną w kulturze Afryki Subsaharyjskiej, ale nie wiąże się z jakimś konkretnym credo. Co jeszcze dziwniejsze, oburza się na wierność młodych hindusek maltretowanych, a nawet mordowanych z powodu niewystarczających posagów. Oczywiście, wszyscy dzielimy jego oburzenie, ale o co mu właściwie w tym wszystkim chodzi?

Stwierdzam, że argumentacja Hitchensa przeciw wierze składa się w większości z serii anegdotycznych entymematów - to znaczy sylogizmów, w których jedna z przesłanek jest pominięta. Niestety, w większości przypadków brakuje przesłanki większej, więc trudno dociec, co łączy mniejszą przesłankę z wnioskiem. Wystarczy jedynie spróbować zapisać niektóre z jego argumentów w postaci klasycznego sylogizmu, żeby wykazać trudność:

Przesłanka większa: [pominięta]
Przesłanka mniejsza: Evelyn Waugh zawsze był swego rodzaju łajdakiem, a jego katolicki szowinizm jeszcze to pogarszał.
Wniosek: Religia jest zła.

Przesłanka większa: [pominięta]
Przesłanka mniejsza: Jest wielu złych buddystów.
Wniosek: Wszystkie wierzenia religijne są fałszywe.

Przesłanka większa [pominięta]
Przesłanka mniejsza: Timothy Dwight sprzeciwiał się szczepieniom przeciw ospie.
Wniosek: Nie ma Boga.

Wyobrażam sobie, że można by odpowiedzieć serią przeciwnych entymematów. Może:

Przesłanka większa: [pominięta]
Przesłanka mniejsza: Starożytni chrześcijanie budowali szpitale.
Wniosek: Religia jest dobra.

Przesłanka większa: [pominięta]
Przesłanka mniejsza: Średniowieczne skryptoria uchroniły znaczną część literatury starożytnej przed zniknięciem.
Wniosek: Wszystkie wierzenia są prawdziwe.

Przesłanka większa: [pominięta]
Przesłanka mniejsza: George Bernard Shaw (przypomnę - ateista; przyp. autor bloga) sprzeciwiał się szczepieniom przeciw ospie.
Wniosek: Bóg istnieje.

Ale to raczej zaprowadzi nas donikąd. I ostatecznie wątpię, czy ma jakiekolwiek znaczenie.

Wydaje mi się, że jedynym naprawdę skutecznym antidotum na znużenie czytaniem Nowych Ateistów jest relektura Nietzschego. W porównaniu z nimi, siła jego protestu przeciw chrześcijaństwu wydaje się o wiele bardziej bezpośrednia i niepokojąca, nawet ponad sto lat po jego śmierci. Być może jego intelektualna odwaga - gotowość wyjścia naprzeciw konsekwencjom odrzucenia chrześcijańskiej opowieści o prawdzie i transcendentnym dobru bez stosowania uników ani odwrotu - jest wielkim wymaganiem stawianym innym myślicielom i sprawia, że w porównaniu z nimi dzisiejszy ateizm wydaje się zwykłym tchórzostwem.

Przede wszystkim, Nietzsche rozumiał, jak wielkie konsekwencje miały narodziny chrześcijaństwa i jak wielkie przyniesie jego upadek. Był na tyle inteligentny, żeby nie koncentrować się na miło brzmiących moralnych pewnikach, do których nie miał żadnego prawa. Tak jak rewolucja chrześcijańska stworzyła nową wrażliwość, odwracając wiele z najwyższych wartości z pogańskiej przeszłości, tak samo upadek chrześcijaństwa, jak Nietzsche wiedział, wskazuje na inny, być może równie katastrofalny zwrot w moralnej i kulturalnej świadomości. Jego słynna opowiastka w Wiedzy radosnej o szaleńcu, który ogłasza śmierć Boga, nie jest hymnem ateistycznego triumfalizmu. Szaleniec rozpacza nad zwykłymi ateistami - tymi, którzy po prostu nie wierzą - i do nich adresuje swoją wieść. W stanie ich moralnego zadowolenia, ich spokoju sumienia widzi najczystszej postaci głupotę. Nie obawiają się śmierci Boga, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że ten heroiczny i szalony akt odrzucenia wymazał horyzont, rozdarł niebiosa, pozostawił nas tylko z niepewnymi zasobami naszej woli, za pomocą których mamy walczyć z nieskończoną bezsensownością, która odtąd zagraża światu.
Ponieważ rozumiał, co się stało, kiedy chrześcijaństwo weszło w historię, ogłaszając śmierć Boga na krzyżu i wyniesienie żydowskiego wieśniaka ponad panteon innych bóstw. Nietzsche rozumiał również, że odejście chrześcijańskiej wiary nie pozwala na powrót do pogańskiej naiwności i wiedział, że potężne przewrócenie wartości ukształtowało w nas sumienie, którego poprzedni porządek nie był w stanie rozwinąć. Zrozumiał też, że śmierć Boga ponad nami jest również śmiercią człowieka jako takiego w nas samych. Gdybyśmy byli wyłącznie przypadkowym efektem działania sił fizycznych, wolna wola byłaby nieograniczona niczym poza sobą samą, a kto potrafi wyobrazić sobie, jaki świat wyrósłby z takiej bezprecedensowej i przerażającej wizji?

Zatem dla Nietzschego przyszłość waży się pomiędzy dwiema możliwymi drogami: ostatecznym nihilizmem, który nie rości sobie prawa do niczego ponad chwilowe pociechy na drodze materialnego zaspokojenia, albo jakimś osiągnięciem kreatywnej woli, zainspirowanej przez nowy i światowy mit, na tyle silnym, żeby zdyskredytować stary mit chrześcijańskiej rewolucji (dla niego, rzecz jasna, jest to mit Ubermensch).
Może tak, może nie. Nietzsche prawie na pewno miał rację, mówiąc, że wyłącznie formalny ateizm nie jest równoznaczny z prawdziwą niewiarą. Jak pisze w Wiedzy radosnej: "Kiedy umarł Budda, ludzie przez kolejne wieki pokazywali jego cień w jaskini, ogromny i przerażający cień. Bóg umarł: ale ponieważ rodzaj ludzki jest tak skonstruowany, pewnie będą jaskinie, w których przez tysiąclecia ludzie będą pokazywać Jego cień. A my - my musimy pokonać ten cień!". Mogłoby się wydawać, że Nietzsche odnosi się tutaj do "ludzi wiary" - tych biednych dusz, które pielęgnują swój spokój, owczy pęd w kierunku kościoła w każdą niedzielę, aby czcić Boga, który umarł - ale nie o to mu chodzi.
Odnosi się przede wszystkim do tych, którym się wydaje, że pozbyli się Boga, po prostu przestając wierzyć w Jego istnienie. Dla Nietzschego scjentyzm - wiara, że nowoczesna metoda naukowa jest jedyną drogą do poznania prawdy, zdolną również zapewnić moralną prawdę i moralny sens - jest najgorszym z możliwych dogmatyzmów i najbardziej patetyczną spośród metafizycznych tęsknot. Jego zdaniem, jest to tego typu postawa jaką prezentują właśnie tacy ludzie jak Nowi Ateiści, trzymając się ulotnych śladów chrześcijańskiej moralności, którą absurdalnie nazwali humanizmem., która każe im chować się w jaskiniach i czcić cienie. Ponieważ nie rozumieją przeszłości ani natury duchowej rewolucji, która była ich udziałem, a teraz zniknęła z zachodniego społeczeństwa, nie są w stanie zrozumieć zagrożeń przyszłości. (...)

Za: Moda na ateizm, David B. Hart, artykuł w Teofilu 2 (31) 2012, poświęconym ateizmowi.